"Cóż jest, pytam, co się dzieje?" - gorzkie żale

Życie Duchowe Ks. Jerzy Szymik
data24.02.2012 07:17

Michał Anioł - Pieta
(fot. rachel titiriga/flickr.com)

Gorzkie żale towarzyszą nam od trzystu lat. Powstały w Polsce na przełomie XVII i XVIII wieku z ducha ludowej pobożności okresu baroku. Ich początki i kształt są związane z działalnością Bractwa św. Rocha przy warszawskim kościele pod wezwaniem św. Rocha. Misteria i nabożeństwa pasyjne, wzorowane na łacińskich pierwowzorach, były tam odprawiane już pod koniec XVII w.

 
Opracowanie nabożeństwa w obecnej formie językowej i strukturalnej przypisuje się promotorowi bractwa, W. S. Benikowi, który korzystał z łacińskich pasji, brewiarzowych wzorów oraz z polskich XVI-wiecznych pieśni wielkopostnych. Po raz pierwszy tekst nabożeństwa opublikowano w Warszawie, w 1707 roku, pod jakże barokowym tytułem Snopek mirry z Ogroda Gethsemańskiego, albo żałosne Gorzkiej Męki Syna Bożego. Zwyczaj odprawiania nabożeństwa w wielkopostne niedziele rozpowszechnili misjonarze św. Wincentego à Paulo poprzez formację kleryków w seminariach oraz misje ludowe.
 
W drugiej połowie XIX wieku Gorzkie żale śpiewała już cała Polska oraz skupiska polonijne na emigracji. Do dziś nabożeństwo zachowało swą dawną formę, piękno archaicznego języka i żywotność przyciągające wiernych w wielkopostne niedzielne popołudnia. Mało tego, w numerze miesięcznika "List" poświęconym francuskim ruchom odnowy Kościoła, czytam słowa Piotra Słabka: "Nasze nabożeństwa majowe czy czerwcowe, Gorzkie żale fascynują Francuzów. Uważają oni, że jest to coś niesłychanie prawdziwego".
 
A więc przybywajcie, żale, z całą swoją typowo ludzką, a jednocześnie oryginalnie chrześcijańską gorzkością. Jej istota polega wszak na konsekwentnym chrystocentryzmie, który chroni duchowe smutki i wszelaki ból przed jałową melancholią egzystencji, "tęsknicą", która miewa tendencje egotyczne, narcystyczne, podoba się samej sobie i nieuchronnie prowadzi do bezbożnej rozpaczy. Autentycznie chrześcijańska "gorzkość żalu" jest natomiast "ku-Chrystusowa": przechodzi od współcierpiącego współczucia (Chrystusowi) poprzez wdzięczność (Chrystusowi) do nawrócenia (ku Niemu, ku Jego słowu i Osobie, do wspólnoty życia z Nim).
 
Współ-odczuwanie z Chrystusem, w całej swej duchowej i psychicznej pełni, przekracza (ludzkie, "tylko" i "aż") możliwości Jezusowego ucznia. Ale w duchowym procesie wzrostu chrześcijanina, której to sprawie służą Gorzkie żale, chodzi nie o sięgnięcie ideału, ale o solidarność wobec Chrystusa. On sam, Jego Osoba i dzieło zbawcze są wszak wcieloną solidarnością Boga z człowiekiem, z ludzkim bytem i losem. Chodzi więc o jakąś możliwie najgłębiej pojętą solidarność wobec solidarności. Przeszkadza w tej postawie to, co tekst wstępu nazywa "upałem serca", a co jest wewnętrznym rozkojarzeniem, brakiem skupienia na tym, co w życiu ważne, co jest uleganiem namiętnościom, twardością serca. Nabożeństwo ma przynieść trzeźwiący kontakt z pełną prawdą Męki Chrystusa. To jest właśnie lek na upał serca: "gdy w przepaść Męki Twej wchodzę". To "ochłodzenie" przynosi życiu człowieka właściwe proporcje rzeczy, prawdziwą hierarchię wartości, życiodajną harmonię ze wszystkimi i wszystkim. Widzieć życie, jak widzi je Bóg - oto cel lekcji.
 
Gorzki żal pozostanie ostatecznie żalem "bez wymowy", niewyrażalnym w swej prawdzie i głębi. Ale jednak trzeba się odważyć wejść w ową gorzkość i płakać - choć z największą, na jaką nas stać, pokorą. Ponieważ to nie estetyka ani nawet prawda naszego żalu się liczą, ale jego skutek: nawrócenie serca. "Uderz, Jezu, bez odwłoki / W twarde serc naszych opoki" - oto istota sprawy. I taka też jest różnica między pustym podziwem wobec Męki (często pełnym szacunku i szlachetności, nierzadkim w dziejach ludzkiej myśli i kultury) a dzwonem Kościoła wzywającym na Gorzkie żale. Jakość twojego współczucia i modlitwy, rzewność twojej żałoby -brzmi przesłanie owego dzwonu - poznać po przemianie twojego serca, po jakości twojego nawrócenia.
Po to więc przybywajcie, z całą swoją mocą przemiany.
  

"Zsiniałe potem krwią usta zachodzą"

 
Taki więc jest cel modlitwy i procesów duchowo-psychicznych, w które nabożeństwo ma nas wprowadzić. Chodzi o wiodący do przemiany mojego życia żal za własne grzechy, żal płynący z osobistej miłości do Chrystusa. Słowa "mojego", "własne", "osobistej" nie pojawiają się przypadkowo w takim nagromadzeniu. To bardzo ważne, to "serdeczny punkt" chrześcijaństwa, które nie jest ani sentymentalizmem, ani instrumentem poprawiania innych, ani suchym religijnym moralizowaniem. Chrześcijaństwo nie może się obejść w jakiejkolwiek dziedzinie bez miłości. Lament duszy nad cierpiącym Jezusem konsekwentnie prowadzi do wyznania "Jezu mój kochany". "Jezu", "mój", "kochany" - żadnego z tych słów nie można pominąć. Chodzi bowiem o miłosną relację między Jezusem a mną. I w gruncie rzeczy o nic więcej.
 
Może też stąd tak (aż tak!) znakomity język tekstu, gęsty od językowych pereł staropolszczyzny, pełen obrazowania, skrótu, najczystszej poezji, tkliwy i rzeczowy zarazem. Nie sposób w tym miejscu poświęcić tej sprawie więcej miejsca, ale kto wie, czy od zwrotów takich jak "wszystkam w mdłości", "z wielkiego wzgardzenia", "przecież Go bardziej niż katowska dręczy, złość twoja męczy", od rymu "smutliwa" do "boleściwa" nie należy rozpoczynać edukacji językowej dla młodych adeptów homiletyki. Gęstość, czyli "so-czyste", precyzyjne i nieprzegadane piękno języka religijnego, bywa często wprost proporcjonalna do jakości doświadczenia religijnego, które usiłuje wyrazić i opisać; czystość języka bywa owej jakości owocem, pochodną. To dzięki czystości języka udaje się Gorzkim żalom uzyskać tak prawdziwą (pozbawioną sztuczności) tonację w najtrudniejszym z tematów: w mówieniu o cierpieniu. Tego się da słuchać, po prostu, a jest to przejmujące, proste, mroczne, poruszające i rozum, i emocje.
 
 Nie ma chyba współcześnie ważniejszego ewangelizacyjnie tematu, jak kwestia bólu, nieszczęścia, męki. Z jakichś powodów - tkwiących zapewne w gehennie wieku XX - człowiek przełomu tysiącleci grzebie w ranach własnych i cudzych z intensywnością niespotykaną chyba do tej pory w historii. W jaskrawy sposób problem bólu i gąszcz otaczających go pytań (o źródło zła, o sens cierpienia) staje się głównym tematem dzieł kultury i sztuki końca XX i początku XXI wieku. Wiele z nich stawia Boga na ławie oskarżonych. To On - słychać zewsząd - musi się wytłumaczyć ze swojego niewszechmocnego, słabego (nie)istnienia. To jedno ze źródeł rosnącej popularności takich autorów jak Cioran, Nietzsche, Weil. Prawie książką roku stały się wiersze Rymkiewicza (Zachód słońca w Milanówku, 2002), a rząd dusz sporej części młodej polskiej inteligencji dzierżą niezmiennie Gombrowicz i Janion. To o czymś świadczy, przynajmniej o stanie ducha współczesnych. Ateizm i rozpacz jako odpowiedź na ból obecny w strukturze świata wydają się naturalne dla umysłów wystarczająco przenikliwych - wyraźnie taka jest sugestia wielu koryfeuszy współczesnej sceny intelektualnej. W Piesku przydrożnym Miłosz przypomniał jakże charakterystyczny dla tej sprawy fragment z Dzienników Nałkowskiej. Jest 14 kwietnia 1943 roku, hitlerowcy skończyli właśnie likwidację warszawskiego getta, Nałkowska pisze: "Dlaczego tak się dręczę, dlaczego wstyd mi żyć, dlaczego nie mogę wytrzymać? Czy świat jest straszliwy? To, co się dzieje, jest zgodne z resztą natury, jest zwierzęce - więc takie, jaki jest świat pozaludzki, jaki jest świat. Koty i ptaki, ptaki między sobą, ptaki i owady, człowiek i ryby, wilk i owce, mikroby i ludzie. Wszystko jest takie. Czy świat jest straszliwy? Świat jest zwyczajny. Dziwna w nim jest tylko moja zgroza i takich jak ja".
 
Życie jest więc tragiczne ze swej istoty. Jakie wyjście? Nie ma wyjścia - powiadają. W najlepszym razie jest nim ponowoczesna odmiana stoicyzmu, czyli ironia oraz jedynie "dorosłość jak gorzki uśmiech Bogarta". Że tak mało? Cóż, bunt ma swoją cenę.
 
1 2 3