3 argumenty przeciwko Bogu, które wciąż słyszę

WAM Anselm Grün
data12.05.2017 07:00

(fot. Melissa Kolesnik / shutterstock.com)

Towarzysząc ludziom w ich drodze, wciąż spotykam się ze zwątpieniem w Boga.

 

Pewien asystent pastoralny, który studiował teologię i głosi Boga w Kościele, mówi o sobie, że nie jest już w stanie wierzyć. Dręczą go wątpliwości, czy wszystko to nie jest złudzeniem. Wcześniej był przekonany o tym, co mówił. Dziś nie może już z czystym sercem podpisywać się pod tym, co głosi w imieniu Kościoła. Nie czuje tego, co mówi.

 

Jego słowa stały się niezależne od niego, nie mają związku z jego konkretnym doświadczeniem. Ten rodzaj braku Boga ma naturalnie swoje źródło w doświadczeniach z kapłanami i z innymi duszpasterzami i duszpasterkami. Przeżył rozczarowanie, zobaczył, że słowa nie zgadzają się z czynami. W pewnej chwili zwątpienie wniknęło do jego duszy tak głęboko, że nie wierzy już w to, co mówi. Spotkał własny brak Boga, własną niewiarę. Niewiara ta podważyła jego wiarę.

 

Dlatego w rozmowach o tego rodzaju zwątpieniu staram się pokazać, że nie możemy posiąść Boga. Jako ludzie mówiący o Bogu jesteśmy wezwani do tego, by pytać: kim naprawdę jest ten Bóg? Co to znaczy, że Bóg w Jezusie Chrystusie stał się człowiekiem? Co to znaczy zmartwychwstanie? Co to znaczy zbawienie? Nie pomogą tu nawet studia teologiczne.

 

Muszę wciąż od nowa dokonywać wysiłku myślowego, wyjaśniając sobie, w co wierzę i dlaczego mogę w to wierzyć. Bóg jest i pozostaje niepojętą Tajemnicą. Wszystkie wypowiedzi wiary wprowadzają nas na nowo w tę Tajemnicę, którą ujmujemy intuicyjnie, choć ostatecznie do końca jej nie pojmujemy. Ten rodzaj zwątpienia oczyszcza moją wiarę, uwalniając ją od wszelkich nazbyt ludzkich projekcji. Muszę zdać sobie sprawę z tego, że w moim sercu są zawsze dwa bieguny: wiara i niewiara. Gdy obejmuję niewiarę uściskiem, traci ona swoją ostrość. Staje się ościeniem, zmuszając mnie do nieustannego kwestionowania i pogłębiania mojej wiary.

 

Jeśli jednak nie dopuszczam do siebie niewiary, muszę ją projektować na zewnątrz. Muszę wówczas zwalczać wszystkich, którzy nie wierzą lub którzy wierzą inaczej. Niewiara innych budzi we mnie niepewność, muszę więc potępiać niewierzących lub wręcz ich niszczyć. Nie usuwa to jednak tkwiących we mnie głęboko wątpliwości. Trwam w zatwardziałej nieustępliwości serca. Gdy jednak obejmę nim w uścisku zarazem wiarę i niewiarę, mogę wówczas bez lęku rozmawiać zarówno z wierzącymi, jak i z niewierzącymi, u jednych i u drugich odnajdując odbicie moich własnych myśli.

 

Z jeszcze innym rodzajem ateizmu spotykam się w doświadczeniach cierpienia. Pewna kobieta, której towarzyszyłem w ćwiczeniach duchowych, doznała w czasie ich odprawiania bliskości Boga. Gdy wieczorem na niebie ukazała się tęcza, poczuła, że otacza ją miłość Boża. Wkrótce potem jej mąż zginął w wypadku. Nagle poczuła się opuszczona przez Boga. Nie może już i nie chce wierzyć w Boga. Przepełnia ją agresja, jest wściekła na Tego, na którego najpierw otworzyła się podczas ćwiczeń duchowych, czując Jego bliskość, i który potem zadał jej taki ból. Rozmawiając z nią, zrozumiałem, w jakiego Boga nie chce wierzyć. Nie może już wierzyć w Boga, który jest do wszystkiego zobowiązany i za wszystko odpowiedzialny — także za życie i śmierć ludzi, i za zapobieganie wypadkom.

 

Obraz Boga, którego prosimy, by nas zawsze chronił, załamał się wskutek nagłej śmierci jej męża. Cierpienie, choroba, utrata ukochanej osoby są dla wielu ludzi argumentem przeciwko Bogu. Już poeta Georg Buchner mawiał, że cierpienie jest największym dowodem przeciwko istnieniu Boga. Buchner nie chciał jednak kwestionować istnienia Boga, tylko doprowadzić do przemiany Jego obrazu. Cierpienie przekształca nasz obraz Boga. Obraz wszechmocnego, dobrotliwego Boga, który przychyla nam nieba, załamuje się w obliczu cierpienia. Pytanie tylko, do jakiego obrazu Boga prowadzi nas cierpienie.

 

Jeszcze innej formy ateizmu doświadczam w rozmowach z rodzicami. Często są oni bezsilni wobec argumentów swoich dorastających dzieci, które wprost mówią swoim rodzicom, że nie ma Boga. Twierdzą, że jest jedynie ludzką projekcją. Za Ludwigiem Feuerbachem lub Sigmundem Freudem uważają, że Bóg jest nie tylko projekcją, lecz wręcz iluzją. Iluzją, w którą ludzie chętnie uciekają, chcąc poczuć się nieco lepiej w tym okrutnym świecie. Wraz z Freudem dowodzą, że religia jest infantylna, że chodzi o to, żeby dorosnąć i przyjąć  rzeczywistość taką, jaka jest, aby moc się z nią zmagać. Często za protestem dorastających dzieci przeciwko Bogu kryje się też próba wyrwania się spod opiekuńczych skrzydeł rodziców i ich przekonań religijnych. Nie zauważają przy tym, że ta krytyka religii kładzie na ich barki zbyt wielki ciężar. Stanowisko Freuda jest bardzo pesymistyczne. Według niego człowiekowi nie jest pisane szczęście. Musi się zadowolić jedynie życiem takim, jakie jest. Dla młodego człowieka nie jest to znośna perspektywa. Taki pogląd prowadzi do rezygnacji, pesymizmu i zamknięcia się na wszystko, co mogłoby być większe od nas samych, co mogłoby zakwestionować nasz ograniczony obraz siebie. Rodzice, którzy często są bezsilni wobec argumentów swoich dzieci, pytają mnie, jak mają na nie odpowiedzieć.

 

Według mnie są dwie odpowiedzi. Jedna to osobiste świadectwo o tym, czym jest dla mnie Bóg. Przy całym moim zwątpieniu czuję się niesiony przez Boga. I to mi daje oparcie i wytchnienie. Znam wszystkie te argumenty o projekcji i iluzji. Mimo to jednak trzymam się Boga. Doświadczyłem, że On nie jest iluzją. Moje doświadczenie mówi mi, że Bóg jest podstawą, gruntem, na którym mogę pewnie stanąć.

 

Druga z odpowiedzi to raczej pytanie, które możemy postawić dzieciom. Co słyszysz, kiedy słuchasz muzyki? Czy to jedynie pobudzenie komórek nerwowych? Co widzisz, gdy zachwycasz się pięknem kwiatu, kiedy oglądasz piękny obraz? Dla mnie to piękno jest śladem Boga. I to nadaje mojemu życiu barwę, koloryt, energię i głębię. Co przeżywasz, kiedy czujesz w sobie miłość? Czy jest to jedynie przelotne uczucie, czy też dotykasz może tajemnicy bytu, fundamentu wszelkiej rzeczywistości, którym jest miłość? Bezbożne argumenty niektórych młodych ludzi wiodą, moim zdaniem, do banału. A ja nie chcę żyć banalnie. Bronię się przed tym. Chcę żyć pełnią życia. Moje zadanie polegałoby zatem na opowiedzeniu im o tej pełni w taki sposób, by również mogły jej doznać. Nie pomogą tu argumenty czysto intelektualne. Chodzi o pytanie, czym jest prawdziwe życie oraz jak i gdzie je znaleźć.

 

Trzy argumenty przeciwko Bogu, z którymi wciąż spotykam się w rozmowach, skłaniają mnie do postawienia samemu sobie pytania o to, kim jest dla mnie Bóg oraz jaki jest mój własny obraz Boga i wiary. Niewiara innych konfrontuje mnie w ten sposób zawsze z moją własną niewiarą. Tłumiąc niewiarę w mojej własnej duszy, staję się nieprzejednany wobec niewierzących. Odmawiam im prawa do własnych poglądów, zwalczam ich, kwestionuję ich wartość, zarzucam im ślepotę, głupotę lub egoizm. Jeśli nie chcę pozwolić na to, by niepokoiła mnie niewiara innych, muszę zwalczać niewierzących i bronić się przed nimi.

 

A przecież chodzi o to, by w rozmowie z ludźmi, którzy uważają się za ateistów w tym potrójnym sensie, poważnie potraktować ich argumenty. Są to też zawsze argumenty nieobce naszej własnej duszy. Argumentów tych nie mogę w sobie zdusić czy wyplenić z siebie. Muszę się z nimi zmierzyć. Nie zburzą one wówczas mojego obrazu Boga, lecz go przekształcą. Nie mogę uznać wiary w Boga za własność, którą na pewno zachowam. Muszę zawsze walczyć o wiarę, wciąż pytać siebie: kim dla mnie jest Bóg? Czym jest Bóg? Jak mogę w Niego wierzyć? I w co wierzę, gdy mówię o Bogu?

 

Fragment pochodzi z książki Anselma Grüna i Tomáša Halíka "Bóg zagubiony. Wiara w objęciach niewiary"