Ulf Ekman o swoim przejściu na katolicyzm

WAM Ulf Ekman
data19.08.2017 09:00

Ulf Ekman z żoną Birgittą (fot. ulfekman.org)

Byłem wtedy pastorem ponadwyznaniowego Kościoła. Coś zaczęło mnie nękać, a potem już nie chciało się ode mnie odczepić. To wydarzenie poprowadziło, krok po kroku, do pełnej wspólnoty z Kościołem katolickim.

 

Pod koniec maja 1970 roku Jezus wkroczył do mojego życia. Jeden z moich przyjaciół niespodziewanie został katolikiem, co mnie naprawdę zaskoczyło. Ta zmiana w jego życiu mocno na mnie wpłynęła. Często go unikałem, denerwował mnie. Pewnego dnia, kiedy byłem w jego mieszkaniu, zapytał, czy może się za mnie pomodlić. Kiedy zaczął, poczułem się bardzo nieswojo i wybiegłem. Jadąc do domu kolejką, usłyszałem głos, który powtarzał w kółko: "Twoje grzechy mogą być odpuszczone".

 

Rosło we mnie głębokie przekonanie, że tak właśnie jest. Zrozumiałem, że tylko Jezus może mi pomóc. Kiedy dotarłem do domu, wszedłem do mojego pokoju, uklęknąłem i poprosiłem Jezusa, by odpuścił mi grzechy i został moim Panem i Zbawcą. Od tego dnia do dziś nazywam się chrześcijaninem. Praktykującym chrześcijaninem.

 

Miałem wtedy dziewiętnaście lat. To był cudowny i intensywny czas, tamtego lata moje życie zostało wywrócone do góry nogami. Odkryłem i poznałem Jezusa osobiście. Wraz z nawróceniem moje życie zaczęło się na nowo. Chciałem pójść za Chrystusem. Wszystko się dla mnie fundamentalnie zmieniło. Bycie chrześcijaninem było czymś tak skrajnie innym, a zarazem jakby powrotem do domu. Dotykało głębi mojego jestestwa. Miłość Boga stała się w moim życiu tak namacalna i konkretna, że nie dało się przed nią bronić. To, co dawne, naprawdę minęło i rozpoczęło się coś zupełnie nowego.

 

Biblia stała się dla mnie żywą i absolutnie fascynującą księgą, którą czytałem i którą wciąż czytam, codziennie. Po ukończeniu studiów licencjackich rozpocząłem studia teologiczne. Wtedy na poważnie zaczęła we mnie kiełkować myśl, by zostać pastorem w ewangelicko - luterańskim Kościele Szwecji. Nie w pełni to zauważałem, ale stopniowo coraz bliższy stawał mi się także Kościół katolicki.

 

Jeden z moich kolegów ze studiów wymyślił, że powinniśmy udać się z biurem podróży na wycieczkę do Rzymu, na Wielkanoc 1976 roku. No i pojechaliśmy. Przez tydzień włóczyliśmy się po mieście. Nie było nas stać na wycieczki fakultatywne, za które trzeba było dodatkowo płacić, i dlatego zazwyczaj sami organizowaliśmy sobie czas. Zapewne sporo nas przez to ominęło, ale i tak podróż okazała się bardzo pouczająca.

 

Punktem kulminacyjnym stała się Wigilia Paschalna, kiedy to udało nam się dostać do bazyliki św. Piotra. Przecierałem oczy ze zdumienia na widok entuzjazmu, z jakim zareagował tłum, gdy do wnętrza kościoła wniesiono siedzącego na wysokim tronie papieża Pawła VI. Zakonnice dosłownie eksplodowały z radości, a cały kościół wiwatował. Do tej pory wiedziałem jedynie, że to właśnie ten papież w roku 1968 wypowiedział się krytycznie o antykoncepcji i że go za to znienawidzono. Jakże odmiennym doświadczeniem było zobaczyć go wtedy z bliska, a zamiast agresywnych lewicowych napaści poczuć miłość, jaką obdarzał go lud. Wyglądał na zmęczonego. Był chory i niedługo potem umarł, ale wtedy jeszcze siedział spokojnie i przyjaźnie machał do tłumów. Ten widok zrobił na mnie ogromne wrażenie.

 

Już od kilku lat modliłem się o żonę. Po sześciu latach samotnego życia byłem na to naprawdę gotowy. Pewnego dnia, niedługo po moim powrocie z Rzymu, znajomy pastor poprosił, abym dołączył do prowadzonych przez niego rekolekcji. Podczas rozważania fragmentu Biblii o Duchu Świętym pojawiło się kilka nowych osób. Jedna z nich natychmiast przyciągnęła moją uwagę. Była to Birgitta. Po rekolekcjach poszliśmy na spacer. Szybko okazało się, że podzielamy te same zainteresowania i wartości. Birgitta była piękna, życzliwa, inteligentna i kochała Pana. Zakochałem się w niej do szaleństwa. Pobraliśmy się jeszcze w tym samym roku, w grudniu. Byłem bardzo szczęśliwy.

 

Stopniowo w moim religijnym życiu zaczęły brać górę strona charyzmatyczna. Zrozumiałem, że chcę zostać pastorem w szwedzkim Kościele luterańskim. Modliliśmy się z Birgittą w tej sprawie. Poczuliśmy, że było to zaproszenie od Boga. Z entuzjazmem zacząłem więc przygotowywać się do życia pastora. Pragnąłem nauczać i głosić Słowo Boże oraz ewangelizować w zsekularyzowanym społeczeństwie. Zostałem wyświęcony przez biskupa Bertila Gärtnera w diecezji göteborskiej w styczniu 1979 roku.

 

Podczas mojej pierwszej wizyty w Albani, we wrześniu 1991 roku, dane mi było wziąć udział w niezwykłym wydarzeniu. Byłem pastorem ponadwyznaniowego Kościoła Słowo Życia (Livets Ord) w Szwecji, który otrzymał od komunistycznych władz pozwolenie na zorganizowanie "wymiany kulturowej". Miała się ona odbyć podczas dużego otwartego spotkania chrześcijan na Stadionie Narodowym w Tiranie. Miałem wyjątkową możliwość głoszenia Dobrej Nowiny dwudziestu tysiącom zebranych. Całe wydarzenie było transmitowane na żywo przez telewizję państwową. W ściśle kontrolowanej Albanii takie rzeczy działy się po raz pierwszy. Krajem wciąż rządzili komuniści, nawet jeśli ich władza chyliła się ku upadkowi.

 

Tamto spotkanie było dla mnie silnym i oszałamiającym przeżyciem. Poruszyło także tysiące ludzi w całej Albanii. Ludzi, którzy po raz pierwszy na własne uszy w publicznym miejscu usłyszeli o Jezusie Chrystusie. Wielu z nich otworzyło Mu swoje serca i postanowiło za Nim pójść. Przez wiele lat docierały do mnie świadectwa o rzeczach, które wydarzyły się tamtego wieczoru na stadionie i przed telewizorami w całym kraju.

 

Rok później dane mi było gościć kolejny raz w Albanii. Wraz ze mną w biurze przyszłego prezydenta Sali Berisha, był jego bardzo serdeczny sekretarz, starszy już człowiek. Podszedł do mnie i radośnie oświadczył łamaną angielszczyzną: I’am also a Catholic (Też jestem katolikiem). Nie ulegało wątpliwości, że cieszył się ze spotkania brata w wierze. Zaskoczyły mnie nie tylko jego słowa, ale i radość, którą promieniował.

 

W jednej sekundzie przemknęły mi przed oczami spore fragmenty historii Kościoła. Pomyślałem, że przecież jestem protestantem, nie katolikiem. Nie miałem pojęcia, co odpowiedzieć. Luteranizm, metodyzm, baptyzm, ruch zielonoświątkowy, ruch charyzmatyczny, Ruch Wiary - wszystkie te najróżniejsze warianty chrześcijaństwa przemknęły mi przez głowę i wreszcie na samym końcu niewielkiej gałęzi, gdzieś wysoko na ogromnym drzewie, zobaczyłem siebie.

 

Dotarło do mnie, że nie zdołam tego wszystkiego wytłumaczyć stojącemu przede mną mężczyźnie. Jak miałem mu wyjaśnić, że w istocie nie jestem katolikiem, lecz członkiem czegoś, co się nazywa Słowo Życia? Oczami wyobraźni zobaczyłem nagle obraz podzielonego Kościoła, w całym konkrecie tego faktu, i w ciągu krótkiej chwili zrozumiałem, że nie umniejszając naszej jakże owocnej pracy misjonarskiej, sam zajmuję w chrześcijaństwie miejsce daleko na jego obrzeżach. I że sam przyczyniam się do tego podziału. Uśmiechnąłem się więc nieco skonfundowany, spojrzałem w oczy mężczyźnie i odpowiedziałem: Oh, that’s wonderful, brother! (O, to cudownie, bracie!). Nie mogłem powiedzieć nic innego.

 

Wtedy właśnie - tak, dokładnie wtedy - coś zaczęło mnie nękać, a potem już nie chciało się ode mnie odczepić i to coś miało związek z Kościołem katolickim. Jestem przekonany, że właśnie tamto tak nieoczekiwane doświadczenie było pierwszym, które najpierw mną wstrząsnęło i mnie przebudziło, a następnie poprowadziło, krok po kroku, do pełnej wspólnoty z Kościołem katolickim. Choć zanim do tego doszło, miały upłynąć kolejne dwadzieścia dwa lata.

 

***

 

Świadectwo pochodzi z książki "Wielkie Odkrycie. Nasza droga do Kościoła katolickiego" Ulfa i Brigitty Ekman.

 

Znane na całym świecie charyzmatyczne małżeństwo opowiada o swoim nawróceniu i konwersji na katolicyzm: "Książka ta dotyka jednej z najważniejszych decyzji, jaką podjęliśmy na naszej chrześcijańskiej drodze".

 

***

 

Ulf Ekman - charyzmatyk, szwedzki teolog, misjonarz i etnograf. Były pastor i założyciel Kościoła Livets Ord. Przeszedł na katolicyzm wraz z żoną.