Święty, który pomaga w rozeznaniu powołania [ŚWIADECTWO]

Andrzej Hajduk SJ
data16.05.2018 07:00

(fot. shutterstock.com)

Po krótkiej rozmowie zaprosili mnie na obiad i potraktowali już niemal jako swojego. Zostałem przyjęty po trzech rozmowach egzaminacyjnych, tak trochę w biegu, bo najwyraźniej zostałem "zwerbowany" przez św. Andrzeja Bobolę.

 

W 1957 roku uroczyście obchodzono 300-lecie śmierci św. Andrzeja Boboli. W kwietniu tego roku przyszedłem na świat i mam wrażenie, że Andrzej sam upatrzył sobie mnie na swojego współbrata. Wierzę w świętych obcowanie - wierzę, że możemy mieć tutaj, na ziemi, relacje ze świętymi, którzy są w niebie i często to oni nas odnajdują, a nie my ich. Tak było w moim przypadku.


Moje powołanie do kapłaństwa zacząłem odkrywać w Ruchu Światło-Życie, do którego trafiłem jako człowiek niezbyt pobożny, luźno związany z Kościołem, na ostatnim roku studiów uniwersyteckich, w roku wyboru Jana Pawła II na Stolicę Piotrową. Ale w ruchu oazowym miałem częsty kontakt ze Słowem Bożym i ku mojemu zaskoczeniu tą drogą odkryłem, że Pan Bóg woła mnie do kapłaństwa. Miałem wcześniej wątpliwości, czy nadaję się do kapłaństwa także z tego powodu, że nie potrafię dobrze śpiewać, a wydawało mi się, że umiejętność śpiewu jest konieczna, aby zostać księdzem.


Jednak na początku lutego 1981 roku, kiedy pytałem na modlitwie Boga, czego On ode mnie oczekuje w moim życiu, Pismo Święte otworzyło mi się na powołaniu Mateusza i pojawiło się przekonanie, że Pan wzywa mnie do kapłaństwa. Czułem jednak, że to ma być jakiś zakon, chociaż żadnych zakonów bliżej nie znałem. Zacząłem się modlić i prosić Boga, aby mi pokazał, gdzie chce mnie mieć, aby dał mi mocny znak. Pod koniec marca złożyłem wypowiedzenie w szkole, w której uczyłem wówczas drugi rok, ale nie wiedziałem jeszcze, gdzie mam pójść. Kolega z parafii wybierał się do pallotynów i na początku maja zaprosił mnie do nich na spotkanie powołaniowe. Stamtąd jednak wróciłem przekonany, że to nie moje miejsce. 13 maja 1981 roku, w dniu bierzmowania mojej siostry i wielu innych moich uczniów, przeżyłem zamach na papieża i dalej nie wiedziałem, gdzie iść. W tym czasie rozeznawania częściej chodziłem na Eucharystię do kościoła, nawet kilka razy w tygodniu. 16 maja 1981 roku, kiedy na mszy świętej proboszcz czytał życiorys św. Andrzeja, przyszła mi do głowy myśl: "A czemu nie do jezuitów?". Wprawdzie ich nie znałem, ale w styczniu, gdy jeszcze nie myślałem poważnie o kapłaństwie, kupiłem Pisma wybrane Ignacego Loyoli. Dwa grube tomy stały na półce i czekały do 16 maja, kiedy zacząłem je czytać. Duchowość i charyzmat zakonu, które tam odkrywałem, odpowiadały mi. Kiedy zdecydowałem, że to jest ten zakon, to serce wypełnił mi pokój potwierdzający, że taka jest wola Boża. W tym samym czasie dowiedziałem się od sióstr urszulanek, jakie dokumenty są potrzebne i gdzie mogę je złożyć, by zostać jezuitą. 11 czerwca 1981 roku pojawiłem się w Krakowie. Najpierw poszedłem do kolegium jezuitów przy ul. Kopernika, ale odesłano mnie do ojca odpowiedzialnego za powołania na Mały Rynek. Tam jezuici, gdy dowiedzieli się, że mam już ze sobą dokumenty, po krótkiej rozmowie zaprosili mnie na obiad i potraktowali już niemal jako swojego. Zostałem przyjęty po trzech rozmowach egzaminacyjnych, tak trochę w biegu, bo najwyraźniej zostałem "zwerbowany" do Towarzystwa Jezusowego przez św. Andrzeja Bobolę.


Jestem przekonany, że mój współbrat św. Andrzej, wraz ze św. siostrą Faustyną i św. Janem Pawłem II, wstawił się za mną u Pana Boga, gdy poważnie zachorowałem już jako jezuita. Od 1997 roku pełniłem obowiązki przełożonego domu rekolekcyjnego w Częstochowie. Po trzech latach pracy, tuż przed Wielkanocą, pojawiło się bardzo duże osłabienie. Niezbyt się tym przejmowałem, bo przede mną był wyjazd do Jastrzębiej Góry i głoszenie rekolekcji naszym młodym jezuitom. Ale życzliwe siostry służebniczki, pracujące w naszym domu, dostrzegły, że to nie jest zwyczajne osłabienie, i zmusiły mnie, abym się poradził znajomej lekarki. Okazało się, że mam wodę w płucach i w Wielki Czwartek 20 kwietnia 2000 roku wylądowałem w szpitalu. Tam zacząłem czytać Dzienniczek siostry Faustyny. 30 kwietnia 2000 roku Ojciec Święty Jan Paweł II miał ją ogłosić świętą.

 

Siostra Faustyna w Dzienniczku często ubolewała, że brakuje dobrych spowiedników, a szczególnie dla dusz mistycznych. Dlatego pomyślałem, że poproszę ją o to, abym był dobrym spowiednikiem, bo w dzień kanonizacji Pan Bóg szczególnie obficie wylewa łaski za pośrednictwem wynoszonych na ołtarze świętych. Nie prosiłem o zdrowie, ale - jak to stwierdził później życzliwy mi współbrat - ujawnił się tutaj mój jezuicki spryt, bo żeby chorujący spowiednik mógł prowadzić dusze, potrzeba, aby Pan Bóg obdarzył go zdrowiem. Poprosiłem także o sakrament namaszczenia chorych, bo choroba wyglądała na poważną. Na zdjęciu rentgenowskim widoczna była jakaś plamka na płucu i lekarze brali pod uwagę, że może to być nowotwór. Zostałem skierowany na chirurgię płucną do Bystrej Śląskiej. Tam zrobili mi ponowne badania i 16 maja 2000 roku, w święto św. Andrzeja Boboli, okazało się, że na zdjęciu rentgenowskim nie ma żadnej plamki, zniknęła. Wcześniej jedna z sióstr zakonnych, pisząc do Ojca Świętego życzenia na jego 80. urodziny, dołączyła prośbę o modlitwę o moje zdrowie i otrzymałem od niej list, że Ojciec Święty się modli w mojej intencji. Zostałem odesłany z Bystrej po kilku dniach pobytu do domu na dalsze profilaktyczne leczenie przeciwgruźlicze. Nastąpiło to 18 maja 2000 roku, w dzień 80. urodzin Ojca Świętego Jana Pawła II. Z pewnością wstawiali się za mną u Pana Boga św. Andrzej Bobola, św. siostra Faustyna i jeszcze - święty już za życia - Jan Paweł II. Powiedziałem prowadzącemu mnie lekarzowi, że może mój powrót do zdrowia jest owocem tych wszystkich modlitw, a lekarz nie zaprzeczył, tylko powiedział: "Może ksiądz mieć rację, mówię to z autopsji".

 

W szpitalu leżałem z mężczyznami chorymi na nowotwór. Wieczorami bardziej się otwierali, mówili o swoich lękach. Jeden z nich zapytał mnie, czy odprawiam "gregorianki", i wziął sobie mój telefon. Ten człowiek wyszedł ze szpitala po operacji, ale niedługo potem zadzwoniła jego córka z prośbą o msze święte gregoriańskie, bo jej ojciec odszedł do Pana na skutek powikłań pooperacyjnych. Może miałem się znaleźć na sali razem z tym człowiekiem, któremu nie dane było dłuższe życie, ale dana była łaska, aby pomyślał o ratowaniu swojej nieśmiertelnej duszy? Mój współbrat św. Andrzej tak bardzo kochał ludzi, że do ostatnich dni swego życia walczył o zbawienie ich dusz i pomaga mi wypełniać moje powołanie.


Jestem mu bardzo wdzięczny za wszystkie łaski, które dla mnie wyprosił u Pana, i wierzę, że wyprasza je nadal. Podejrzewam także jego udział w moim przyjeździe do Starej Wsi, do której przybyłem, aby pełnić tu przez siedem lat posługę magistra nowicjatu, kilkanaście kilometrów od miejsca jego urodzenia. Jemu też zawierzam tę nową sytuację, jaka zaistniała w starowiejskim sanktuarium po przeniesieniu nowicjatu do Gdyni w sierpniu 2016 roku.

 

Tekst pochodzi z książki Cuda świętego Andrzeja Boboli