Czy Kościół zmieni swoje nauczanie o seksie? [WYWIAD]

abp Józef Życiński, Aleksandra Klich
data25.08.2018 15:00

(fot. wikimedia.org / Ryszard Hołubowicz - lublin.com.pl / CC BY-SA 3.0)

"I Kościół taką metodę może zaakceptować? - Nie jestem prorokiem, ale zakładam, że to możliwe" - mówi abp Życiński we fragmencie swojej ostatniej rozmowy. 

 

Aleksandra Klich: Jest więc ksiądz przeciwko środkom antykoncepcyjnym?

 

Abp Józef Życiński: Tak.

 

Przeciwko prezerwatywom też? Jeden z afrykańskich bis­kupów powiedział, że powinny być dopuszczalne w sytuacji, gdy człowiek jest chory na AIDS.

 

To problem, który ciągle powraca w kościelnych dyskusjach, dostrzegają go nie tylko afrykańscy biskupi. Tu nie ma do­brego rozwiązania. Rozumiem motywy psychologiczne, które kierowały afrykańskim biskupem z bliska patrzącym na ludzi umierających na AIDS. I rozumiem sytuację, gdy decyduje się ratować przede wszystkim tych, którzy są zagrożeni śmiercią, a przestaje radykalnie upierać się przy pewnej wizji antropolo­gicznej, która w sytuacji umierania staje się teoretyczna.

 

Aborcja, in vitro, antykoncepcja, stosunki przedmałżeń­skie - to tematy, które od kilkudziesięciu lat dominują dyskurs kościelny. Dlaczego seksuologia wypiera chrysto­logię? Dlaczego bardziej zajmujemy się seksem, a mniej Chrystusem?

 

Tak, zgadzam się. Rzeczywiście bardziej zmienia świat i jego kulturę stosunek do seksu i etyki seksualnej niż do Chrystusa.

 

To błąd?

 

Potrzeba więcej namysłu nad Chrystusem. Fascynująca jest dla mnie koncepcja kenozy, którą w skrócie można by zdefiniować tak: Bóg, cierpiący Chrystus, ten sam, który wisiał na krzyżu, dziś cierpi w biednych, umęczonych, umierających z braku wody czy pożywienia. I dlatego tak konieczna i naturalna jest nasza solidarność ze słabszymi. Bo Bóg jest z nimi solidarny, bo Bóg jest w nich. Jak oni odarty, ogołocony, pozornie upadły. A mógł triumfować. Wyobraża pani sobie zwycięską ucztę po Zmartwychwstaniu?

 

Nie.

 

No właśnie, bo Chrystus wybrał pokorę, uniżenie. To ma dale­ko idące konsekwencje w rozumieniu na przykład tego, czym jest cierpienie. Że nie cierpimy w samotności, że niepełno­sprawność nie jest wynikiem złośliwości genów. W tym, co boli, jest immanentnie obecny Chrystus. Jan Paweł II pisał, że podstawowym zadaniem teologii jest nauka, jak samych siebie składać w ofierze innym. No, ale niech pani napisze o tym artykuł na pierwszą stronę gazety. Czytelnicy pomyślą, że pani oszalała. Współczesny świat fascynuje się czymś innym.

 

Sukcesem?

 

Chrześcijaństwo jest wbrew współczesnemu światu, który wielbi sukces. Wśród świętych nie znajdzie pani ludzi ziemskich sukcesów.

 

Seksem?

 

Seks był człowiekowi zawsze bliski. Przemiany kulturowe, które dziś dotykają świat, nie doty­czą tylko seksu, a na pewno nie przede wszystkim. Dotyczą ro­dziny, pewnej antropologicznej wizji człowieka. I boję się tego, że przemiany, które zaczęły się od biologii, zupełnie zmienią kulturę Zachodu.

 

Będzie gorsza czy tylko inna?

 

Początek tych przemian to pragmatyczne ujmowanie osoby ludzkiej. A człowiek to coś więcej niż pragmatyka. Na pewnym etapie ewolucji zaczęliśmy śpiewać strofy poetyckie, stawiać pytania metafizyczne i tworzyć zręby geometrii euklidesowej, mimo że nie było z tego korzyści pragmatycznych. A dziś pyta­my, co z tego mamy teraz, natychmiast.

 

Ja bym wolała, żeby mój Kościół bardziej zajmował się na­uczaniem solidarności z ubogimi, niż non stop tłukł o in vitro. Może wtedy wyszlibyśmy z tego ślepego zaułka?

 

Mamy prawo oczekiwać, że Kościół będzie się zajmował nie tylko etyką seksualną. Ale przestrzegam przed selektywnym wybieraniem z chrześcijaństwa tego, co nam się podoba. Etyka seksualna jest równie ważna jak kenoza, choć rozu­miem, że stosunek do seksu zmieniał się przez wieki. Niektó­re oceny z zakresu etyki seksualnej formułowane w pismach choćby św. Alfonsa Liguoriego, założyciela redemptorystów, trącą myszką. Uszanujmy je jednak, okażmy szacunek przez milczenie, nie cytując szczegółów.

 

Na ile Kościół może być progresywny w sprawach etyki seksualnej?

 

Tutaj nie ma suwmiarki etycznej ani historiozoficznej. Ale przybywa rozwiązań choćby dotyczących zapłodnienia, które są zgodne z nauczaniem Kościoła. Z moich rozmów z naukow­cami z USA wynika, że na przykład nanotechnologia może okazać się wielkim krokiem naprzód. Być może dzięki jej za­stosowaniu będzie możliwe osiągnięcie zapłodnienia w orga­nizmie matki bez eliminowania zarodków.

 

I Kościół taką metodę może zaakceptować?

 

Nie jestem prorokiem, ale zakładam, że to możliwe.

 

Ale pozostanie problem, który ciągle się przewija w koś­cielnych dysputach - że sztuczne zapłodnienie to niedo­puszczalne zamienianie się człowieka w Boga.

 

To jest teologicznie bezpodstawne. Gdybyśmy tak przyjęli, to Kościół musiałby odrzucić rozwój nauki. Nie moglibyśmy pra­cować naukowo, nie byłyby możliwe odkrycia ani wynalazki czy rozwój medycyny.

 

Problem z in vitro mamy jednak dziś. To on sprawia, że wiele kobiet, które urodziły dzięki tej metodzie dzieci, drę­czy się, że to nie po bożemu. Czy biskupi mają prawo pięt­nować je i - więcej - żądać zmian w prawodawstwie?

 

Mamy prawo lobbować w sprawie katolickich zasad. Co do "piętnowania", to wolę inne metody, w innym stylu, łagodniej­szym. Raczej przypominanie o nauce Kościoła niż agresywne szukanie grzeszników i wskazywanie ich z ambon.

 

Fragment pochodzi z książki "Świat musi mieć sens. Ostatnia rozmowa" >>