Ks. Piotr Pawlukiewicz: Bóg nie umie dawać mało

Ks. Piotr Pawlukiewicz
data07.11.2018 09:00

(fot. Kirk Schwarz / unsplash.com)

Gdyby Chrystus był dyrektorem administracyjnym, wyleciałby z każdej pracy, bo nie wiedziałby, ile trzeba kupić towaru. Zawsze zamawiałby za dużo - mówi znany duszpasterz.

 

Problem polega na tym, że my ciągle od Pana Boga za mało chcemy. Naprawdę za mało! O dużo prosimy, ale to są prośby w stylu: "Daj mi okulary", gdy Pan Bóg chce nam powiedzieć: "Ja ci oczy naprawię. Po co ci okulary będę dawał". Siostra Faustyna Kowalska, robiąc kiedyś szydełkiem jedno oczko, powiedziała do Pana Jezusa: "Jeden grzesznik z czyśćca do nieba". Jedno oczko, jeden grzesznik z czyśćca do nieba. Zaledwie jedno oczko szydełkiem... Bóg powiedział: "Faustyno! Zarozumiała jesteś! Ale odkryłaś moją tajemnicę. Ja nie umiem dawać mało".


"Ja nie umiem dawać mało" - zapiszcie sobie te słowa w sercu, w głowie, wszędzie. Wtedy możecie przyjść do Boga i chcieć wieczności, spotkania ze zmarłymi, ze swoimi przyjaciółmi. Chrystus nie umie dawać mało. Gdy był z rybakami na jeziorze, obie łodzie złowiły tyle ryb, że zanurzały się tak głęboko, iż prawie tonęły. Gdy rozmnożył chleb, po uczcie zostało dwanaście koszy ułomków. Dla apostołów złowił sto pięćdziesiąt trzy ryby. Po co tyle, Panie Jezu?


Gdyby Chrystus był dyrektorem administracyjnym, wyleciałby z każdej pracy, bo nie wiedziałby, ile trzeba kupić towaru, nie umiałby tego zrobić. Zawsze zamawiałby za dużo. Właśnie dlatego często myślę, że Pan Bóg jest zdziwiony naszymi prośbami. Mówi: "Tylko tyle chcesz? Zdrówka? Pomyślności? Smacznego jajeczka? Pieniążków, bo pieniążki najważniejsze?". Chrześcijanin tymczasem powinien mówić: "Ja chcę wieczności w Twoim świecie! Szczęścia!". My idziemy do nieba po pełnię szczęścia i rozkosze po Bożej prawicy.


"Rozkosze" - jak to słowo jest obciążone. Od razu myślimy o rzeczach, których pragniemy, i to nieco spłyca znaczenie tego słowa. Tymczasem do Pana przychodzimy przecież po pełnię szczęścia, nie jakieś jego ochłapy. Żeby zrozumieć, czym ono jest, wystarczy włączyć komputer i wpisać w wyszukiwarce: włoski komentator sportowy. Najpierw zobaczymy materializację smutku, gdy włoska drużyna przegrywa. Widać ból oczu, uszu, włosów, paznokci. Takiego komentatora wszystko boli. Aż tu nagle jego drużyna strzela jedną bramkę, wyrównuje i za chwilę wygrywa. Gdybyśmy się cieszyli dziesięć razy mniej od niego, to nasze kościoły rozpadłyby się od tego szczęścia. Jego radość jest nieprawdopodobna. Jeślibym kiedyś kręcił film o niebie, pokazywałbym na nim ludzi, którzy wyskakują z ławki, kiedy pada bramka.

Można też pójść na Okęcie do hali przylotów. Tam też się dzieją boskie rzeczy. Kiedy kobieta widzi syna, który wraca do domu po dziesięciu latach, i rzuca mu się na szyję, ma na twarzy wymalowaną pełnię szczęścia. W naszych wspólnotach tymczasem entuzjazm często sprowadzany jest do: "Alleluja, alleluja, alleluja", które i tak śpiewane jest bez zapału. Mój kolega powiedział, że był zaskoczony, kiedy w Nowym Jorku poszedł rano do kościoła i trafił na mszę, którą odprawiał jakiś czarnoskóry ksiądz.

Pięć starszych babć, jakiś student, i kapłan mówi: "Alleluja!". "Alleluja" tych babć było prawdziwym okrzykiem radości, którego powinny się wstydzić wypełnione w Wielkanoc po brzegi polskie kościoły.


Mamy w Polsce kryzys szczęścia. Kryzys przejawia się w jeden sposób: smutek, zamknięcie, odejście, odizolowanie się. To wszystko jest zupełnym przeciwieństwem tego, do czego powołał człowieka Pan Bóg. My sami, budząc się rano, czasami też nie wierzymy w to, że jesteśmy święci. A tak powinno być! Naprawdę! Wstaję i mówię: "Kurczę, jestem święty!". Byłem u spowiedzi, w nocy nie zgrzeszyłem, mam dobre zamiary. Niestety, często jest tak, że nawet jeśli wstanę z podobną myślą, to wieczorem wracam do łóżka i stwierdzam: "Nie, dramat, po prostu jestem do niczego". To nie sprzyja stabilizacji. Szatan nami po prostu miota, jak chce, zwłaszcza jeśli chodzi o naszą samoocenę.


A propos dorzucę jeszcze jedną historię z drugiej strony. Ludzie piękni i wykształceni potrafią robić rzeczy podłe. W tym przypadku po prostu tragiczne.

 

"Jestem psychologiem - powiedziała mi pewna pani. - Rano wkładam garsonkę, robię nieskazitelny makijaż, idę do pracy. Rozmawiam z ludźmi o ich problemach, nawet je rozwiązuję. Wieczorem wracam do siebie, zmywam to wszystko z twarzy, wkładam szlafrok, siadam przy komputerze i piszę do obcego faceta: przytul mnie. Niech mi ksiądz nie mówi, że to jest złe, że to jest głupie, że to jest bezsensowne. Ja to wszystko wiem, ale nie potrafię się z tego wyrwać".

 

Jej rozum to wszystko jakoś przetrawił i sobie z tym poradził. Natomiast jej wewnętrzna dziewczynka nie może tego zmienić. I zaczyna grzeszyć.


To się nazywa konserwa roli. Już w młodości zaczynamy się uczyć specjalistycznej roli, którą będziemy się bronić przed światem. Ktoś jest bogaty, a ktoś zna trzy języki. Ktoś jest świetnym kierowcą. Każdy stara się mieć coś, co zawsze zaprezentuje jako swoją obronę. Specjalizacja, specjalizacja, specjalizacja. Kobieta, o której wcześniej pisałem, doskonale wiedziała, że robi źle, ale nie miała siły, by się od tego uwolnić.


Jest taki moment w życiorysie świętego Augustyna, w którym on doskonale wiedział, że chrześcijaństwo jest prawdziwe i jest to prawda jedyna. Wiedział, że wszystkie dogmaty są prawdą, że Pismo Święte to jest prawda, ale nie potrafił zdecydować się pójść na Chrystusem. To jest postawa typu: "Panie Boże, pozwól mi jeszcze trochę pogrzeszyć do soboty, co? Ja bym się nawrócił w poniedziałek".

 

Mówiąc o ludziach, którzy z jednej strony kochają, a z drugiej strony nie, przypominam sobie rekolekcje kapłańskie, gdzie jeden z księży powiedział:

 

"Jeśli kapłan grzeszy, na przykład jest w związku z kobietą, to zachowuje się tak, jakby był lekarzem, który w jednym szpitalu ludzi leczy, a potem jedzie do drugiego szpitala i tam ludzi zabija".

 

Kim byłby taki człowiek? To jest właśnie pytanie, które każdy z nas musi sobie zadać: kim ja jestem?


Wielcy ludzie potrafią się ześwinić, a prości, na oko niewiele warci potrafią powiedzieć coś dobrego. Mam na to przykład. Mój znajomy proboszcz szedł kiedyś ulicą, gdy podszedł do niego lekko podpity facet i rozpoznając, przywitał: "Bądź pozdrowiona, szlachetna duszo o potężnym umyśle". Skąd w tym człowieku wzięły się takie słowa? Mógł oczywiście rozpoznać proboszcza, który szedł po cywilu, więc - logiczne, skoro ksiądz idzie bez sutanny, to pragnie być incognito - chciał krzyczeć na całą okolicę: "Księże proboszczu!". Niemniej skąd się bierze to, że facet, po którym nie spodziewamy się niczego wzniosłego, potrafi posługiwać się takimi słowami?


Nieraz spotkaliśmy się z bajkami, w których król jechał ze swoją żoną królową i synkiem królewiczem karocą, gdy nagle powóz na kamieniu podskoczył i książę wypadł na drogę. Znaleźli go tam jacyś ludzie ze wsi i wychowywali ze swoimi dziećmi. Niby był taki jak one, ale jednak jakiś inny. Bo ciągle się zamyślał, jakieś wierszyki układał, obrazki malował. Inni chłopcy biegali, rzucali kamieniami, ryby łowili, a ten jeden był melancholikiem. Pewnego dnia król wysłał swoich detektywów, żeby znaleźli jego dawno zaginionego syna, i im się to udało. Natrafili we wsi na chłopca, który całkowicie nie pasował do otoczenia. Wychowywał się na wsi, a jednak w nim płynęła krew, która nakazywała mu inne zachowanie. Gdyby robił to, co większość chłopców w jego wieku, grałby rolę, która nie wypływałaby z niego, a w rezultacie jego ojciec król nigdy by go nie odnalazł.

 

Z nami może być podobnie. Może być tak, że jeśli założymy maski pasujące do roli, którą chcemy grać, schowamy się przed Bogiem tak, że nie będzie mógł nas znaleźć.

 

Czy zdajemy sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy z tego świata? Ciągle marudzimy. Prosimy kogoś, żeby zrobił coś za nas, a potem nie podoba nam się to, co zrobił. Ciągle coś się nam nie podoba. Jeden z zakonników opowiadał mi kiedyś, że siedział w refektarzu naprzeciw innego brata, swojego rówieśnika, który jedząc, strasznie mlaskał i siorbał. Pierwszy z nich cały rok się modlił: "Jezu, żeby on tak wystąpił z tego klasztoru. Co on tu robi? Nie można się przy nim najeść, bo to mlaskanie obrzydza jedzenie". Po roku
ten drugi rzeczywiście wystąpił z klasztoru, ale wtedy, pierwszy z zakonników odkrył, że jego sąsiad w refektarzu też siorbie. Znów miał na kogo narzekać.


Koleżanka z pracy odejdzie. Ktoś powie: "No, nareszcie jej nie ma!", a za tydzień zacznie mówić: "A ta druga, co z nią siedziała, to też mnie trochę wnerwia". Zawsze znajdziemy sobie jakąś ofiarę. Nasz wewnętrzny chłopiec zawsze sobie kogoś wyszuka.


Każdy grzech musi być poprzedzony kłamstwem. Od kłamstwa wszystko się zaczyna. Ktoś, kto kradnie, mówi: "Ja mam prawo do pieniędzy. Zakład pracy poradzi sobie bez tych trzech stówek, a mnie one zawsze pomogą". Jeśli mam kogoś zwymyślać, to najpierw muszę sobie udowodnić, że on rzeczywiście jest draniem, łajdakiem. Jeśli mam współżyć w jakimś związku pozasakramentalnym, poza prawem Bożym, to przecież muszę okłamać siebie: "Ona jest taka samotna, ja też jestem samotny i się dogadujemy. Pan Bóg przecież zrozumie". Jeśli chodzi o dorobienie ideologii do naszych pragnień, pan Pulikowski powiedział kiedyś: "Nie ma takiego świństwa, do którego facet nie dorobi ideologii".


I podaje przykład: spotkało się dwóch starych kolegów ze szkoły, dziś już czterdziestoletnich. Jeden mówi:

 

- Wiesz, rozwiodłem się.


- Rozwiodłeś się z Hanią? Taka żona, człowieku. Ty drugiej takiej kobiety już nigdy nie znajdziesz!


Po dwóch miesiącach z nową żoną znów się spotkali:


- Wiesz, jedną kobietę opuściłem i widziałem, jak ją to bolało. To drugiej już nie opuszczę!


Mistrzostwo świata, proszę państwa. Mistrzostwo świata!

 

Tekst pochodzi z książki Wstań. Albo będziesz święty, albo będziesz nikim>>