Ks. Piotr Pawlukiewicz o tym, jak pokonać kryzys

Ks. Piotr Pawlukiewicz
data19.11.2018 08:00

(fot. Jon Ly / unsplash.com)

Jeśli pojawia się smutek, depresja, emocje bolesne, niewygodne lub trudne, od razu chcemy je likwidować. Tymczasem powinniśmy zrobić coś zupełnie innego.

 

Co robić, żeby wyjść z kryzysu? Po pierwsze, musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, czym on jest. W pewnym sensie przecież każdy człowiek bez przerwy jest w kryzysie. Kto z nas może powiedzieć, że osiągnął taki spokój serca, o jakim marzył? Zawsze coś nam doskwiera - but gniecie, kamyczek uwiera, dziecko wylało wodę z wazonu, a do tego dowiedziałam się, że mąż ma nowotwór. Takie wiadomości docierają do nas stale i pewnie z ich powodu wielu ludziom wydaje się, że potrzebują jeszcze czegoś, może jakiegoś ostatniego osiągnięcia, by poczuć się szczęśliwymi. Ktoś powiedział nawet, że tu, na ziemi, życie człowieka jest podobne do noclegu w hostelu drugiej kategorii. Odnosimy wrażenie, że ciągle tkwimy w przedpokoju lepszego życia, że dopiero kiedyś będziemy zaproszeni na salony. Myślę, że wielu ludzi trwa w przekonaniu, że do tych salonów nie ma jeszcze dostępu.


Druga sprawa to ciągłe zmiany, jakie dotykają naszej egzystencji. Konieczne zmiany, które powinny się nam przytrafiać. To tak jak z Kościołem. Mówi się, że Kościół jest ciągle w trakcie reformy. Kiedyś, gdy często jeździłem pociągami, spotykałem wielu żołnierzy, którzy jeszcze wtedy chodzili w mundurach. Teraz już ich nie widzę, ale to nie oznacza przecież, że nasza armia przestała istnieć. Po prostu się zreformowała. Żołnierze nie noszą już mundurów na okrągło, pewnie nie jeżdżą też pociągami.


Podobnie jest z zakonami żeńskimi. Są teraz w okresie przegrupowania. Kiedyś - podobnie jak żołnierzy - ciągle widziałem na ulicach czy na dworcu jakieś siostry zakonne. Dzisiaj jest to o wiele rzadsze, ale to pewnie dlatego, że pojawiło się dużo zakonów bezhabitowych. Siostry częściej niż kiedyś jeżdżą też samochodami. Jesteśmy w stanie ciągłego reformowania się, nieustannej zmiany. Ona jest konieczna, bo ciągle musimy odpowiadać na coraz to nowe działania Szatana. Diabeł już się o to stara, żebyśmy nie spali spokojnie i ciągle musieli sobie radzić z przeróżnymi pokusami, którymi chce nas zwieść.


Profesor Suchodolski* powiedział kiedyś, że szczęście to stan, w którym niektóre dzieci trwają do piątego roku życia. Ubieranie choinki, oczekiwanie na przyjście Mikołaja, ciasteczka, które dawała mama, zabawy z koleżankami albo kolegami - to wszystko sprawia, że pierwsze lata naszego życia wydają się nam czasem niekończącego się szczęścia.


Jeśli pojawia się jakiś smutek, depresja, emocje bolesne, niewygodne lub trudne, pojawia się odruch ich likwidowania. Specjalnie nie mówię o złych emocjach - takich nie ma. Wszystkie emocje z moralnego punktu widzenia są naturalne. Wiele osób bywa wkurzonymi na kogoś od lat i nie może nic z tym zrobić. Próbowały nie raz, nawet modliły się o pokój w sercu, ale ciągle, gdy widzą danego delikwenta, otwiera im się nóż w kieszeni. To nie jest zależne od nas.


Emocje dzielą się na bolesne i przyjemne, trudne i łatwe. Nie pozbywajmy się ich za szybko. Jeśli poczujemy się smutni, wrodzony odruch każe nam umówić się z koleżanką albo słuchać głośno ulubionej muzyki, albo sięgnąć po kieliszek koniaku - w ten sposób chcemy "przywrócić się" do pierwotnego stanu spokoju, przeżywania rzeczywistości.


Tymczasem, jak mówi ksiądz Dziewiecki**, uczuć trzeba słuchać. Emocje są jak zakodowane listy, które wysyła do nas nasze prawdziwe "ja".


Uczucia są bardzo mądre, naprawdę każdemu radzę, żeby ich posłuchał. Podejrzewam, że każdemu zdarzyło się siedzieć przy stole lub jechać samochodem i nagle poczuć się po prostu smutnym. Z jakiego powodu jestem smutny?! - przechodzi wtedy przez głowę. Zaczyna się szukać źródeł emocji: "Aha, szkoła, biskup, katedra, rodzina, choroba, samochód... A, miałem zapłacić ubezpieczenie!". Tak jak lekarz, kiedy nas diagnozuje, szuka źródła choroby, tak samo my staramy się znaleźć źródło smutku. W pewnym momencie mówimy: "Ojoj! To tutaj widać zranienie, to tu jest źródło tego smutku, bólu duszy".

 

Źródeł emocji trzeba szukać, a nie likwidować je. Dobry lekarz nie zaproponuje choremu człowiekowi jedynie proszków przeciwbólowych. Nieraz musi je podać, ale są one tylko dodatkiem do właściwej kuracji. Dobry lekarz będzie starał się leczyć chorobę, a nie tylko niwelować jej skutki. Oczywiście musimy pamiętać, że są też choroby nieuleczalne, na które nie pomaga już nic prócz morfiny uśmierzającej ból, ale takie zdarzają się o wiele rzadziej niż te, którym możemy w jakiś sposób zaradzić.


Dlatego jeśli spotka nas kryzys, nie trzeba od razu od niego uciekać. Ktoś powiedział, że wielkie dzieła są dziełami nocy i samotności. Ja bym dodał do tego jeszcze: wielkie dzieła są często owocem bólu. Przecież po śmierci niejednego pisarza, aktora czy reżysera ludzie dowiadywali się o jego niesamowitej, trwającej całe lata depresji. Niby pisał komedie, niby publikował jakieś śmieszne felietony lub pokazując się w studiu, wyglądał całkiem normalnie, ale tak naprawdę jego depresja była niesamowicie głęboka. Trzeba było ją zbadać, trzeba było się jej przyjrzeć. I to niekoniecznie oddając się w ręce lekarza, często wystarczyłoby spojrzeć w głąb siebie i zobaczyć, co chce nam powiedzieć nasze wewnętrzne "ja". Mam mocne przeświadczenie, że ono wygląda jak ta pięcio- czy sześcioletnia dziewczynka czy ten kilkuletni chłopiec, którym byliśmy i który był jeszcze prawdziwie szczęśliwy. To to dziecko do nas mówi. Od wewnątrz.

 

Tekst pochodzi z książki Wstań. Albo będziesz święty, albo będziesz nikim>>

 

* Profesor Bogdan Suchodolski (1903-1992) - polski filozof, historyk nauki i kultury, wykładowca uniwersytetów we Lwowie i Warszawie. Autor licznych prac naukowych z zakresu pedagogiki.

 

** Ksiądz Marek Dziewiecki (ur. 1954) - kapłan diecezji radomskiej, znany duszpasterz i rekolekcjonista, autor licznych książek z dziedziny psychologii wychowawczej, przygotowania do życia w rodzinie, profilaktyki i terapii uzależnień.