Boże Narodzenie nie musi być perfekcyjne. Maryi i Józefowi też to się nie do końca udało

Angelika Szelągowska-Mironiuk Angelika Szelągowska-Mironiuk
data23.12.2018 15:00

(fot. shutterstock.com)

Magię świąt możemy poczuć, gdy gromadzimy się w ciasnej kuchni, by odgrzać pierogi kupione w sklepie i upiec wspólnymi siłami  szarlotkę. Wspólne dekorowanie starej, sztucznej choinki i pakowanie niskobudżetowych prezentów przy przygaszonym świetle może zostawić w naszych sercach o wiele cieplejsze wspomnienia niż przygotowywanie Świąt "na akord".

 

Wszyscy wiemy, jak powinny wyglądać przygotowania do wigilijnej wieczerzy - media (a zwłaszcza reklamy, które niemalże wtłaczają zapach pierników i choinki do naszych domów) rzetelnie edukują nas w tym zakresie. Zgodnie z przekazem, jaki znamy z telewizji, Internetu, a niekiedy także z domów, w których się wychowywaliśmy, role podczas przygotowań do świąt są stałe i niezmienne - niemal tak samo jak role, które muszą zostać obsadzone podczas jasełek. Niektórym z nas wydaje się nawet, że małe odstępstwo od "schematu" świątecznych przygotowań może zabić całą "Christmas joy" i zamienić święta w prawdziwy koszmar…

 

 

Samiec alfa i strażniczka domowego piekarnika

 

Kiedy w wyszukiwarce wpiszemy frazę "przygotowania wigilijne" lub "przygotowanie Boże Narodzenie" i przyjrzymy się grafikom, jakie wujaszek Google proponuje na tę okoliczność, nasze oczy zostaną dosłownie zalane lukrem. Będziemy mogli delektować się fotografiami przedstawiającymi panie domu w nienagannym makijażu, spod dłoni których (oczywiście upiększonych przez staranny manicure w kolorach złota i czerwieni) wyrastają piernikowe chatki lub które z szerokim i śnieżnobiałym uśmiechem wraz z dziećmi (często w czapkach Mikołaja) dekorują gigantyczną choinkę. Mężczyźni pojawiają się na tych obrazkach rzadziej - według internetowych przekazów męskie przygotowania są konkretne i raczej "jednorazowe": do przedstawicieli płci silnej należy wniesienie do mieszkania rozłożystego świerku, dokonanie przedświątecznych napraw oraz - co mnie, osobiście, bardzo zasmuca - pozbawienie życia karpia.

 

Można, oczywiście, te estetyzowane kadry puentować kpiącym uśmiechem lub lekceważyć - bo przecież wiadomo, że reklamy i wysoko pozycjonowane foty raczej nie ukazują frustracji związanych z przygotowaniami kolacji dla całej rodziny. Prawdą jest jednak to, że reklamy, memy i powszechnie dostępne komercyjne zdjęcia z jednej strony czerpią z naszych wyobrażeń o przygotowaniu wigilii, a z drugiej - mocno te wyobrażania utrwalają. Rozmowy ze znajomymi o przygotowaniach do świąt za każdym razem uświadamiają mi, że w większości naszych rodzin (także tych, których nie sposób określić mianem konserwatywnych) istnieje sztywny podział przedświątecznych obowiązków - a linia tego podziału przebiega wzdłuż płci. W naszych wspomnieniach to zwykle w mamy, babcie i ciocie wstępował przedświąteczny szał - żeńska część rodu ostatnie dni przed Bożym Narodzeniem spędzała w kuchni, próbując jedną ręką umieścić farsz w pierogach, a drugą - nastawić piekarnik, w którym miały się piec ogromne ilości tradycyjnych słodkości. Panowie natomiast brali na siebie ustawienie w domu choinki, mierzyli się z całą gamą emocji, jaka wiąże się z rozplątaniem lampek made in China, a gdy wybiła odpowiednia godzina, przywdziewali strój Mikołaja. My natomiast, będąc uczącymi się życia dziećmi, obserwowaliśmy to całe zamieszanie i często wyciągaliśmy z niego smutny wniosek: przygotowania do wigilii to totalna masakra.

 

Komisji nie będzie

 

Istnieje stary dowcip, który mówi, że do mieszkania nowożeńców teść przychodzi z wizytą, a teściowa - z wizytacją. Kiedy myślę o przygotowaniach do świąt w wielu znanych mi rodzinach, to mam wrażenie, że większość z nas oczekuje ze strony bliskich właśnie nie wizyty, lecz wizytacji, która będzie miała na celu określenie, czy dobrze wykonaliśmy swoje obowiązki. Krewni, których mamy gościć wówczas w swoich domach, jawią się nam jako komisja do spraw kontroli jakości wigilijnej wieczerzy - panie zastanawiają się, jak zostaną ocenione ich wypieki, natomiast panowie obawiają się, że szwagier bądź inny męski osobnik z rodziny dostrzeże, że choinka - mimo wysiłków - jest pochylona o parę stopni… Mój znajomy z lat dziecinnych opowiadał mi kiedyś, że gdy jego mama w dniu wigilii widziała na podjeździe pierwszy samochód gości, mawiała "będzie, co ma być!", po czym głęboko wzdychała, dodając sobie otuchy przed "egzaminem".

 

Nie sądzę, by chęć przygotowania dań, które będą smakowały gościom, była czymś niewłaściwym - tak samo jak pragnienie posiadania pięknie udekorowanego domu. Świąteczne tradycje są urocze, a ich celebrowanie - jak mówią spece od antropologii - może pomóc ludziom zbliżyć się do siebie nawzajem. Problem (i to mega poważny) zaczyna się jednak wtedy, gdy zwyczaje przestają być miłą otoczką dla Bożego Narodzenia, a stają się jarzmem, którego dźwiganie zabiera nam radość tego wielkiego święta. Traktowanie świątecznego spotkania jak testu "białej rękawiczki" lub okazji do sprawdzenia siebie w roli gospodyni lub gospodarza jest przecież zaprzeczeniem rodzinnego szczęścia. Dla "jakości" naszego świętowania nie ma absolutnie żadnego znaczenia, kto ubrał choinkę, kto upiekł (lub kupił!) makowiec czy pierniki, kto umył okna i zrobił zakupy. Jeśli zatem pani domu nie lubi pakować prezentów - niech zrobi to pan; w sytuacji, gdy gospodarz nie czuje się pewnie w świecie przewodów elektrycznych - świetlistą łunę dekoracji może przecież przygotować małżonka.

 

Zamiast traktować przedświąteczne zamieszanie jako egzamin na "prawdziwą kobietę" i "prawdziwego mężczyznę", lepiej jest po prostu zająć się tymi sprawami, których "ogarnięcie" przychodzi nam łatwiej lub sprawia nam przyjemność. Obchodzenie świąt nie musi zaczynać się przecież wtedy, gdy odstawieni w najlepsze ciuchy (i nieziemsko zmęczeni) zasiadamy do stołu, który został suto zastawiony za kasę z kredytu zaciągniętego specjalnie na tę okazję. Magię świąt możemy poczuć także wtedy, gdy gromadzimy się w ciasnej kuchni, by odgrzać pierogi kupione w sklepie garmażeryjnym i upiec - wspólnymi siłami - totalnie nieforemną szarlotkę. Wspólne dekorowanie starej, sztucznej choinki i pakowanie niskobudżetowych prezentów przy przygaszonym świetle może zostawić w naszych sercach o wiele cieplejsze wspomnienia niż przygotowywanie Świąt "na akord". W czasach, gdy gros osób żyje w permanentnym niedoczasie, najwspanialszym darem dla ukochanej osoby (lub osób) może być wspólne spędzenie czasu. Niespieszne przygotowywanie czerwonego barszczu, rodzinne mycie okien i krojenie warzyw na sałatkę w asyście dzieci to przecież niezwykle wartościowe momenty, które mogą stanowić najpiękniejsze "preludium" świąt.

 

Przepraszam, chciałabym zgłosić nieprzygotowanie

 

Zdarza się również tak, że pomimo szczerych chęci i przekonania o sensowności celebrowania świątecznych zwyczajów, coś po prostu bierze w łeb - igliwie z choinki, która miała przypominać tę z filmów familijnych, zaczyna się sypać, pierogi rozpadają się podczas gotowania, a kot - w uniesieniu typowym dla swego gatunku - demoluje pięknie zastawiony stół. Pewnie, że w takiej sytuacji trudno jest wzruszyć ramionami i uznać, że nic się nie stało - w końcu każdy człowiek lubi widzieć efekty swojej pracy. Jeżeli jednak wigilię traktujemy nie jako performance, ale jako spotkanie, to tego rodzaju wpadki mają szansę stać się rodzinnymi anegdotami, zamiast zasilać pulę życiowych niepowodzeń.

 

Jeśli podczas przygotowań do świąt skupiamy się na celebrowaniu wzajemnych relacji, a nie na próbie olśniewania innych, to nie powiemy przecież, że z tak błahych powodów wigilia się "nie udała" - bo wzajemna serdeczność i czułość są o wiele bardziej trwałe niż najlepsze nawet ciasto pierogowe. Wierzę, że świat nie zawali się, jeśli z różnych powodów nie zdążymy kupić pachnącej lasem choinki i zamiast niej zdecydujemy się na postawienie na stole jedynie minimalistycznego stroika. Brak dwunastu potraw czy nieobecność na stole śnieżnobiałego obrusu też nie sprawią, że wigilia straci swój urok. Podczas spotkania z rodziną mamy prawo nie trzymać się ściśle scenariusza, możemy zgłosić "nieprzygotowanie". Jeśli mimo wszystko obawiamy się oceny lub mamy wrażenie, że "zawiedliśmy" jako gospodarze, to przypomnijmy sobie, że przecież mały Jezus przyszedł na ten świat nie w pięknie udekorowanym domostwie, lecz w podróży (i to, prawdopodobnie, dość trudnej). Nawet awaryjny plan Jego Mamy i Józefa, by Dziecko urodziło się w cywilizowanych warunkach - w gospodzie - nie wypalił. Pozostało więc przywitać Alfę i Omegę, Słowo Wcielone i Zwycięzcę Śmierci w zwykłej stajence.

 

A my już od ponad dwóch tysięcy lat obchodzimy "rocznicę" Narodzenia, na które Marii i Józefowi nie udało się perfekcyjnie przygotować.

 

Angelika Szelągowska-Mironiuk - psycholog i copywriter. Wierząca i praktykująca. Prowadzi bloga katolwica.blog.deon.pl