Jeśli nie będziesz tak postępował, będziesz nieszczęśliwy

WAM Chris Lowney
data09.04.2019 07:00

(fot. depositphotos.com)

Niech cię zatem mój przykład czegoś nauczy. Zapamiętaj tę jedną radę.

 

Kilka lat temu postanowiłem, że odbędę osiemsetkilometrową pielgrzymkę drogą św. Jakuba do Santiago de Compostela. Ponieważ mam osobowość typu A, zacząłem przygotowywać się solidnie do tego przedsięwzięcia i przemierzałem ulice Nowego Jorku z plecakiem wyładowanym książkami telefonicznymi (ktoś jeszcze pamięta książki telefoniczne?). Ale gdy wyruszyłem w drogę już po tygodniu, zamiast raźno kroczyć przed siebie, posuwałem się powoli, utykając.

 

Nie obwiniałem jednak Boga o to, że miałem pięty całe w bąblach - coś takiego może zdarzyć się każdemu, czego byłem świadkiem wiele razy, prowadząc grupy szlakiem św. Ignacego przez północną Hiszpanię (gorąco polecam każdemu ten szlak!). A zatem mimo bąbli starałem się iść dalej. Doczłapałem późnym popołudniem do małej wioski i tam zobaczyłem w oddali pątniczkę, którą spotkałem na szlaku kilka dni wcześniej. Stała na przystanku z plecakiem u stóp. Dokuśtykałem do niej i zagaiłem rozmowę. Powiedziała mi, że rezygnuje z dalszego marszu i właśnie czeka na autobus, żeby wrócić do domu. Fizycznie nic jej nie dolegało, ale nie było w niej już woli, by iść dalej.

 

W pewnej chwili wzruszyła ramionami, uśmiechnęła się i spojrzała na mnie smutnym wzrokiem, mówiąc: "Gdybym tylko miała twoje serce i moje stopy, zaszłabym na koniec świata". To był jeden z największych komplementów, jakie usłyszałem kiedykolwiek w życiu.

 

Zanim dojdziesz do wniosku, że w tym rozdziale prezentuję siebie jako przykład człowieka o żelaznej woli, który podejmuje się każdego zadania z pełnym entuzjazmem, chcę od razu napisać, że daleko mi do takiej osoby. Owszem, włożyłem w pielgrzymkę całe serce, ale i tak za namową lekarza zrezygnowałem z dalszego marszu. Nie byłem rozczarowany z powodu tego, że nie dotarłem do celu. Wiedziałem, że dałem z siebie wszystko, i to mi w zupełności wystarczało.

 

Gdy wróciłem do Nowego Jorku, spotkałem się z innym towarzyszem mojej drogi, który przemaszerował przez Hiszpanię niczym jakiś robopielgrzym. Początkowo szliśmy razem, ale podczas gdy mnie bąble zmuszały do tego, żeby codziennie skracać dystans, on, niestrudzony, szedł przed siebie i każdego dnia go wydłużał, wciąż testując swoje możliwości.

 

Po zakończeniu pielgrzymki jedna myśl nie dawała mu spokoju i podzielił się nią ze mną w e-mailu. Pisał: "Na szlaku widziałem, ile jeszcze jest we mnie potencjału. Teraz kiedy wróciłem do pracy, widzę, przekładając to na język pielgrzymki, że zadowalałem się dotąd każdego dnia dziesięcioma milami, podczas gdy w rzeczywistości stać mnie na znacznie więcej. Muszę to sobie wszystko gruntownie przemyśleć".

 

Ja także musiałem sobie wszystko przemyśleć. Wspominałem już, że uczyłem kiedyś w szkole średniej podstaw ekonomii. Po kilku latach uczenia krzywych podaży i popytu byłem tym już serdecznie znudzony. Zastanawiałem się, dlaczego stary ojciec Duffy nigdy nie czuł się znudzony, powtarzając z nami cały czas te same łacińskie koniugacje. Wreszcie zrozumiałem.

 

Oczywiście, że musiało go to czasami nudzić i nieraz miał pewnie dość uczniów, którzy nie przykładali się do nauki. W końcu był takim samym człowiekiem jak każdy z nas, dotykały go zniechęcenie i frustracja, które dręczą każdego, niezależnie od tego, czy robimy pranie, wychowujemy krnąbrnego nastolatka bądź obliczamy zwrot rocznego podatku dla naszej firmy. Różnica między mną a ojcem Duffym polegała na tym, że ja czasami prowadziłem lekcje, żeby tylko zrobić swoje, natomiast ojciec Duffy nigdy nie zadowalał się pracą na pół gwizdka i szukał na ulicach i w wagonach metra pomocy wizualnych, które mogły rozpalić wyobraźnię uczniów i pobudzić ich do myślenia. Był ucieleśnieniem zasady przypisywanej św. Augustynowi, który miał powiedzieć: "Pokażę ci, jak możesz chwalić Boga cały dzień, jeśli tylko tego pragniesz. Cokolwiek robisz, rób to dobrze, a będziesz w ten sposób chwalić Boga"1.

 

Augustyn parafrazuje tutaj prawdopodobnie słowa z Księgi Koheleta: "Wszelką pracę, na jaką natkną się twoje ręce, podejmij według swoich sił" (Koh 9,10). Na pewno postępowałem zgodnie z zaleceniem Koheleta na drodze św. Jakuba, ale nie zawsze, gdy uczyłem w szkole. Niech cię zatem mój przykład czegoś nauczy. Trzymaj się Koheleta albo, innymi słowy, wkładaj we wszystko całe serce.

 

Postępując inaczej, ryzykujesz, że będziesz nieszczęśliwą osobą. Tak to właśnie widział nieżyjący już słynny psycholog Abraham Maslow: "Jeśli będziesz celować poniżej tego, na co cię stać, nie będziesz szczęśliwy"2.

 

Co więcej, podchodząc do swoich zadań z entuzjazmem, możesz nim zarazić inne osoby. Przypomnij sobie jeszcze raz ojca Duffy’ego. Jego zaangażowanie, by robić najlepiej to, co robił, podsycało absurdalne przekonanie, iż czternastolatki są w stanie zrozumieć teologię na poziomie akademickim, pod warunkiem że się ją im odpowiednio poda. Jego oczekiwania nie były wygórowane. Przeciwnie, wierzył, że i my możemy górować, to znaczy wykraczać poza własne możliwości i pociągać za sobą innych.

 

Jeden z moich kolegów, z którym pracowałem przed laty w banku, trenował przez jakiś czas lekkoatletów. Przed każdym ważnym biegiem podchodził do zawodnika, przybliżał swoją twarz do jego twarzy, wbijał w niego wzrok i mówił: "Masz pobiec tak, jakby to był ostatni bieg w twoim życiu". Była to technika motywacji, ale nie manipulacji. Kto wie, czy dzisiejszy bieg nie jest dla kogoś ostatnim biegiem?

 

Zawał lub wypadek samochodowy mogą zmienić życie człowieka w ułamku sekundy. My jednak możemy wykorzystać jak najlepiej możliwości dnia dzisiejszego, niezależnie od tego, czy chodzi o pracę, rozmowę, trening na siłowni czy codzienną modlitwę. Nie wiemy bowiem, ile nam jeszcze zostało tych dni.

 

Te przytoczone przed chwilą słowa mojego kolegi trenera mają zastosowanie nie tylko do kluczowych chwil w naszym życiu, takich jak rozmowa o pracę, oświadczyny czy obrona pracy magisterskiej. Niech ta zachęta wejdzie ci w krew, ilekroć korzystasz ze swoich rozlicznych talentów. Bo Bóg powierzył ci skarb, obdarzył wieloma zdolnościami, zasobami i możliwościami.

 

Nie mam tu na myśli tylko darów i talentów w wąskim znaczeniu tego słowa. Nie potrafię zrobić wsadu do kosza jak Michael Jordan ani zagrać z finezją koncertu fortepianowego Mozarta - zresztą większość z nas nie potrafi. Ale mamy przecież prócz tego jakąś smykałkę, energię, wolny czas, drobne na zbyciu, sieć znajomych i przyjaciół, wiedzę całej ludzkości w smartfonie i odrobinę zdobytej z latami mądrości.

 

Rozmawiałem ostatnio z moją znajomą Margaret, dyrektorką szkoły średniej, która opowiadała mi, jak zobaczyła na korytarzu swoją uczennicę z długimi czarnymi włosami sięgającymi jej do talii. "No, no - powiedziała Margaret z uznaniem - masz naprawdę piękne włosy! I takie długie!" "Racja" - odparła uczennica. "Chcę, żeby były jeszcze dłuższe, a wtedy obetnę je i przekażę na peruki dla osób, które straciły włosy z powodu różnych chorób". "Po prostu ścięło mnie z nóg" - opowiadała mi później Margaret. "Strasznie mnie to zainspirowało. Jakim cudem taki pomysł zrodził się w sercu takiej młodej osoby?"

 

Nawet w ł o s y mogą być darem lub sposobnością do działania? Moje raczej nie, to pewne. Ale włosy kogoś innego w jakimś konkretnym momencie - czemu nie?

 

Ta uczennica, moje doświadczenie z drogi św. Jakuba, słowa Maslowa, postawa ojca Duffy’ego - każdy z tych przykładów uczy nas jednego: angażuj się we wszystko całym sercem, korzystaj maksymalnie z każdej okazji, postrzegaj jak najszerzej wszelkie swoje możliwości, rozwijaj swoje talenty i rób z nich użytek, żeby zrealizować wielkie cele. I postępuj tak każdego dnia, niezależnie od tego, czy wkuwasz łacinę, uczysz dzieci, kierujesz pracownikami lub realizujesz mnóstwo innych rzeczy. Wznieś się na szczyt swoich możliwości i pociągnij za sobą nas wszystkich, tak jak zaangażowanie ojca Duffy’ego pomogło jego uczniom wznieść się na szczyt ich możliwości.

 

Tamtego roku w Hiszpanii miałem stopy niezdatne do marszu. Miałem jednak zdatne serce, a chętne serce i zaangażowanie - mogę o tym zaświadczyć - dają nam szczęście i zadowolenie. Biegnij zawsze tak, jakby to był twój ostatni bieg, żeby potem móc spojrzeć w lustro i powiedzieć sobie: "Włożyłem w to całe serce", "Wykorzystałam najlepiej swoje dary i umiejętności", "Przyświecał mi cel, który budzi we mnie dumę".

 

ZASTOSUJ TO DO SIEBIE

 

Pomyśl o dwóch lub trzech sytuacjach w swoim życiu, gdy widać było, że angażujesz się w coś całym sercem: w troskę o rodzinę, w pracę, w rozwijanie własnych darów i umiejętności. W jakie inne sfery życia chcesz odtąd wnosić takiego samego ducha? Sięgając szczytu swoich możliwości, inspirujesz do tego również innych. Pomyśl o nadarzających się w najbliższym miesiącu okazjach do tego, by zachęcić osoby w twoim otoczeniu do sięgnięcia szczytu swoich możliwości.

 

Tekst pochodzi z książki "Stać cię na więcej. 10 nawyków dobrego życia".

 

1 Cytat za: https://catholicsaints.info/saint-augustine-of-hip-po/, dostęp 30 października 2017.

2 Ch. Lowney, Heroiczne życie. Odkryj cel w życiu i zmieniaj świat, przeł. Ł. Malczak, Kraków 2013, s. 151.