Mój krzyż. Droga Krzyżowa z wykluczonymi na Wielki Piątek

DEON.pl
data19.04.2019 09:00

(fot. Exe Lobaiza / cathopic.com)

Nie ma ważniejszego piątku w całym roku. Szczególnie dziś chcemy być blisko Jezusa. Najbliżej Jego serca są ci, którzy są marginalizowani.

 

Ofiara molestowania seksualnego, samotny rodzic, osoba cierpiąca w przeszłości na depresję, ksiądz-homoseksualista, bezdomna, matka utraconego dziecka, osoba chora na raka. Przejdźmy z nimi za rękę przez Drogę Krzyżową. Postawmy ich w centrum.

 

Jezus na śmierć skazany

 

Warto dodać - niesłusznie skazany. Jestem ofiarą sąsiada-pedofila. Miałem 4 lata, gdy dobrał się do mnie po raz pierwszy. Wyrok skazujący wydany na Jezusa jest początkiem wszystkiego, wszystkich większych i mniejszych Jego cierpień. Tak samo w moim życiu tamto wykorzystanie było początkiem wszystkich moich większych i mniejszych cierpień. Każdy mój kolejny upadek był spowodowany tym, że obciążał mnie krzyż, który on mi włożył na ramiona. Tamten mężczyzna skazał mnie wtedy na drogę krzyżową przez całe moje życie. Nienawiść i obrzydzenie mieszają się jednak w moim sercu ze współczuciem dla niego. W tym jestem podobny bardziej do Piłata niż Jezusa. Piłat nie chciał zabijać Jezusa, ale miał w sobie ogromny lęk przed uwolnieniem Go.

 

Ja też pamiętam, że skazano mnie niesłusznie. I tak czuje wiele ofiar. Wykorzystanie seksualne to skaza i wyrok. Choć niesłuszny, na zawsze zostaje w twoim życiorysie, jak wpis w aktach. Jezus przyjął niesprawiedliwy wyrok wydany na siebie, ja nie potrafię. Może właśnie to jest najcenniejsze, bo uświadamia mi, że nie muszę go dźwigać. Jezus wziął na siebie wyroki nas wszystkich, mój; sąsiada-pedofila. W imieniu wielu ofiar Jezus sam stał się ofiarą, byśmy już nigdy nie musieli nosić tego piętna. To mi daje nadzieję.

 

(Zbigniew, ofiara pedofila)

 

Jezus bierze krzyż na ramiona

 

Poród, moment, na który czekałam 9 miesięcy. Rozdzierający ból i uczucie, że coś jest nie tak. Tłum na sali porodowej i krzyk lekarza, że ratujemy matkę. Jezu, Ty wiesz, że ten krzyż byłby dla mnie za ciężki. Szybka reakcja lekarzy i studentka, która trzymała mnie za rękę, krzycząc żebym nie mdlała. Udało się. Jaś jest z nami. Nic nie wskazywało na to, że coś będzie nie tak. Moment, gdy jako kilkumiesięczne dziecko przestraszył się zabawki i przestał oddychać - pierwszy raz. Ty, Jezu, wiedziałeś, że ten krzyż byłby dla mnie za ciężki. Przedszkole i różnice, których nie sposób nie zauważyć. Gorsza koordynacja, terapia ręki, logopedia, rehabilitacja.

 

I ludzkie spojrzenia. Tak, to, co sprawia, że moja walka o normalne dzieciństwo syna staje łzą w oku. Krzywe spojrzenia w kościele, bo "taki duży, a taki niegrzeczny / głośny / ruchliwy". Komentarze, że mogłabym go lepiej wychować. "Rady" tych, którzy nie znają naszej historii i nie wiedzą, że Jaś jest wyjątkowym dzieckiem. Wyjątkowym, bo wygrywając walkę przy porodzie, stracił wiele rzeczy, które dla innych są oczywistością. Z boku nie widać naszej walki, widać tylko niegrzeczne dziecko - choć to dziecko właśnie straciło kolejne godziny na ćwiczenia i terapie. Nie mów o moim dziecku, że jest niedobre. Nie dokładaj mi krzyża, który i tak czasem jest ciężki jak głaz.

 

(Aleksandra, mama dwójki dzieci)

 

Jezus upada po raz pierwszy

 

Pan Jezus upada na kolana. Upada na oczach wszystkich. Samotny wśród tłumu. Pod ciężarem, ogromnym ciężarem tego niepozornego krzyża. Bo ten ciężar nie ma żadnego związku z wagą drzewa, które niesie. Pot i krew zalewają Mu oczy.

 

Kobieta, mama, niesie pod sercem swoje dziecko. Malutkie i lekkie jak okruszek lub owoc. Gdy nagle powala ją ogromny ciężar. Ciężar straty. Przygniata do ziemi, zwala na kolana. Łzy bólu i rozpaczy zalewają jej oczy. 

 

Mamo Dziecka Utraconego - otrzyj łzy! Spójrz w spokojne i kochające oczy Jezusa. Jak dobrze, że tam był! Że mogłaś spotkać Go tam, tuż nad ziemią, powalona ciężarem sytuacji. Teraz możesz chwycić Go pod rękę i podnieść się. I kroczyć na przód. 

 

(Julia, matka po stracie dziecka)

 

Jezus spotyka swoją matkę

 

Miłość potrafi być największa, kiedy milczy. W tym milczeniu spotykają się ze sobą spojrzenia Matki i Syna. Bez słów. Bez zbędnych słów. Jakże często mówimy, gdy ktoś bliski nam cierpi. Mamy potrzebę, aby nieustannie mówić. Mam wrażenie, że większość z tych słów wypowiadamy z lęku. "Nie bój się, niedługo już się skończy", "Poradzisz sobie", "Zrób dziś coś przyjemnego, nie myśl o tym". Nie umiemy akceptować zwykłych niedogodności, a co dopiero większego cierpienia. Nie umiemy przyjmować go w ciszy, z całą jego bezsilnością i bólem. Boimy się smutku, bólu, niedogodności, cierpienia. Jakby to było coś nie do wytrzymania. Silny w Panu jest ten, kto potrafi milczeć i tą milczącą obecność podarować również innym, którzy cierpią. Tak jak Jezus i Jego matka w najbardziej wymownym spotkaniu. Choć bez słów. Z miłością w spojrzeniu. Z kochającą obecnością i wiarą, ogromną wiarą, że ta droga ma sens, a kiedyś spotkamy się również w innych okolicznościach. Jezu i Maryjo. Uczcie nas wyciszać serce oraz usta na naszej drodze krzyżowej i kiedy znajdziemy się na drodze krzyżowej tych, których kochamy. Wlejcie w nas świętą pewność, że Ojciec Jest, a cierpienie przyjęte z Jego wolą - ma głęboki sens. Sens, którym jest miłość i bycie jedno z Jezusem Chrystusem.

 

(Alicja, samotna matka)

 

Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż Jezusowi

 

Jego droga krzyżowa tak straszliwie i dziwnie przypomina nieraz nasze życie. Pan Jezus upada po raz pierwszy, Pan Jezus upada po raz drugi, Pan Jezus upada po raz trzeci... Mam takie wrażenie, jakby nasze grzechy go przytłoczyły, nie dały iść. Może było ich więcej niż się spodziewał? Ale On wstaje, a potem upada znowu i znowu. Straszna była ta jego droga, tak jak niejedna ludzka droga. My tak jak On upadamy, nam też zdarza się wstać i iść dalej. Może po to, żeby upaść pod ciężarem własnych grzechów? Nie wiem. Mam ciche podejrzenie: jeśli kiedyś przyjdzie do mnie "mój" Szymon Cyrenejczyk, żeby pomóc nieść krzyż, myślę, że to będzie On.

 

(Olga, osoba w kryzysie bezdomności)

 

Weronika ociera twarz Panu Jezusowi

 

Tak bardzo podziwiamy Weronikę za to, co zrobiła. Przedarła się przez tłum. Otarła twarz Jezusowi. Ona wierzyła. Wierzyła, kiedy wokół niej tak wiele było pogardy, poniżenia i niewiary. Weronika mnie zawstydza. Jak często ja przyznaję się do mojej wiary wśród rówieśników i rodziny, wiedząc, że oni jej nie podzielają? Jak często robię coś dla Jezusa, nawet jeśli wiem, że innym się to nie spodoba? Czy bronię mojej wiary? 

 

Wyobraź sobie siebie w roli Weroniki. Czy jesteś na tyle odważny, by zrobić to samo? Czy nie boisz się, że spotka Cię to, co Jezusa? Albo co inni powiedzą? 


Zastanów się w swoim sercu, co powstrzymywałoby Ciebie od podejścia do Jezusa i otarcia Mu twarzy. Zastanów się, co każdego dnia nie pozwala Ci przyznawać się do Niego. 

 

(Magdalena, chora na raka)

 

Pan Jezus upada pod krzyżem po raz drugi

 

Znam te wszystkie sposoby. Jednym nałogiem leczyłem drugi. Byłem na terapii już kilkanaście razy, dwanaście kroków, mam to za sobą. Znam te triki. Nawet zacząłem się zastanawiać, że może sam bym terapię prowadził, bo tyle słyszałem na ten temat. Znowu piję i radzę sobie na co dzień. Jeśli trzeba pracy, to jest praca. Bywa, że spotykam dobrych ludzi, którzy nie wiem czemu, ale chcą mi coś dać. Ostatnio trafiłem do gościa, który nie tylko pracę, ale też dom mi oferował. No ale wróciłem na ulicę, bo tak teraz chcę.
 
Mam takie poczucie, że może mnie coś jeszcze w życiu czeka i chociaż fizycznie, psychicznie jest coraz gorzej, to po raz pierwszy od dawna duchowo się poprawiło. Wiem, że jest Bóg i że umarł za moje grzechy. Ty też to wiesz? Będę się za Ciebie modlił.
 
(Henryk, mieszkaniec ulicy)

 

Jezus pociesza płaczące niewiasty

 

Jezus na drodze najsilniejszego bólu i cierpienia daje nam ważną lekcję. "Nie chowaj się pod płaszczem cierpienia. Nie zamknij swojego serca na innych." Bardzo często kiedy cierpimy, skupiamy wszystkie swoje siły na sobie i swojej sytuacji. Myślimy o rozwiązywaniu swoich problemów, zaspokajaniu swoich potrzeb. Najczęściej są to codzienne problemy i zmagania. Tak zwana proza życia. Czasem zdarzają się przytłaczające kryzysy. Oczywiście, że ważne jest, aby dbać o siebie i zaspokajać swoje potrzeby, zarówno fizyczne, jak i emocjonalne. U każdego z nas te potrzeby są na innym poziomie zaspokojenia. Chodzi o to, abyśmy nie zamknęli przy tym serca na naszych braci i siostry, którzy idą obok nas lub za nami i również cierpią. Może nawet głośno płaczą. Jak wielką siłę miałeś w sobie, Jezu, że po ukatowaniu, ubiczowaniu i dwóch upadkach usłyszałeś te kobiety. Jak wielką miłość miałeś w sobie, że Twoje serce wtedy się wzruszyło! Jezu, poszerzaj granice mojego serca. Abym w natłoku codziennych zmartwień, ilości rzeczy do zrobienia lub w końcu ogromu bólu noszonego w sercu, potrafiła dostrzegać innych. Abym mądrze ich słuchała i pomagała. I żebym umiała się wzruszyć. Bo wiem, że z tego wzruszenia popłynie miłość do drugiego, któremu też jest ciężko.  

 

(Alicja, samotna matka)

 

Trzeci upadek Pana Jezusa

 

 

Jezus upada po raz trzeci. Nie wiadomo ile było tych upadków, ale każdy kolejny świadczy o tym, jaki ciężar niósł na sobie. Krzyż jest tym, co naprawdę przerasta, czego nie da się wygodnie ułożyć na plecach. Krzyż przygniata, wielokrotnie rzuca człowieka na ziemię. Tak jak rzucał na ziemię Boga. Jestem księdzem i jestem osobą homoseksualną. Poszedłem do kapłaństwa z głębokim przekonaniem, że Bóg mnie do niego powołuje. Byłem naprawdę pociągnięty Jego miłością. To nie było coś, co sobie sam wymyśliłem jako pomysł na życie. To było coś, co przyszło i wierzę, że przyszło od Niego. Dziś jestem kilka lat po święceniach. Nadal wierzę w to, że za tą historią stoi Bóg i widzę Go w tej historii. Ale jest coraz ciężej iść do przodu. Coraz częściej pojawiają się we mnie pytania o to, czy powinienem. W ostatnim czasie pojawia się wiele głosów, że księża o orientacji homoseksualnej powinni odejść, bo nie ma dla nich miejsca w Kościele. Strasznie trudno jest słyszeć, że nie ma dla mnie miejsca w Kościele, któremu oddałem łącznie z seminarium już kilkanaście lat swojego życia i to naprawdę z oddaniem. To jest przygniatające uczucie: być niechcianym. Używając słów św. Pawła: czuję się jak poroniony płód, jak błąd w systemie. Jestem rozdarty i zmagam się z depresją. Trzeci upadek symbolizuje ten najcięższy, przy którym już nie ma sił, żeby wstać i pójść dalej. Tak jest właśnie u mnie: myślę o tym, żeby się poddać i odjeść. Mój krzyż naprawdę mnie przerasta i przygniata. A jednak jest coś, co sprawia, że ciągle jestem. Ciągle jest jeszcze we mnie wiara, że to powołanie jest prawdziwe, że On za nim stoi. Ciągle przychodzą jakieś znaki, że On działa i jest w tym wszystkim. Po upadku nie wstaje się z ochotą, wstaje się na siłę, żeby zrobić kolejne kilka kroków. Ja też dzisiaj wstaję na siłę. Jeszcze wstaję i robię kilka kolejnych kroków, choć nie wiem ile jeszcze dam radę. Przy trzecim upadku naprawdę nie da się grać już duchowego pewniaka. I może o to chodzi. Może trzeba zostać przygniecionym, żeby nie mieć pokusy stać ponad innymi. Może ten krzyż rzuca mnie na ziemię, odbiera siły, rani, po to, żebym był jednym z tych, którzy są obciążeni swoim krzyżem, połamani, żyją z piętnem bycia innymi, gorszymi, wykluczonymi. Żebym mógł ich rozumieć, współodczuwać z nimi, być ich bratem. Może ten upadek jest bardziej potrzebny niż zrobienie kolejnych kroków. Nie, to nie sprawia, że jest lżejszy. Jest ciągle dramatycznie bolesny, ale może ma jednak swój sens.

 

(Mateusz, ksiądz homoseksualista)

 

Jezus z szat obnażony

 

To jeden z najtrudniejszych momentów całej drogi krzyżowej. Dla mnie. Dopóki idziesz ubrany, twoje rany mogę sobie tylko wyobrazić. Mogę sobie dopowiedzieć jakąś historię do nich; nadać im jakieś własne znaczenie; mieć wiele recept na ukojenie twojego bólu. Ale Jezus w pewnym momencie staje nagi przed wszystkimi - tak samo przed tymi, którzy Go kochają i nienawidzą. Już nie ma niedopowiedzeń. Zupełna nagość i wstyd. Obraz bez żadnego ALE. Widać głębokie rany, strupy, porozrywane ciało, obite mięśnie i nagość, która dotychczas zarezerwowana była dla najbliższych. Czułem się podobnie, kiedy musiałem przyznać przed ludźmi, że choruję na depresję. Jedni patrzyli na to z troską i okrywali moją bezradność, nagość - tak, czułem się zupełnie nagi. Inni oceniali mnie, co było jak posypywanie otwartych ran solą. Byli też tacy, którzy mówili, że sobie zasłużyłem; że mnie Bóg pokarał. Nie lubię porównywać cierpień, licytować się na zranienia, ale ta stacja przypomina mi, że przeszliśmy przez to razem. Ty i ja, Boże. Czy musiałem się przyznać? Nie, czuję, że to na mnie wymuszono. Tak samo patrząc na krzyż, pytam się siebie - czy musiałeś zginąć na nim nagi? Po drodze dość Cię skatowano. Pewnie, że nie musiałeś. Ale ludzie chcą zgłębić to, czego nie znają, czego się boją. Dla nich taką niewiadomą było twoje Bóstwo i moja depresja. Szukali odpowiedzi na pytanie, czy na pewno jesteśmy do końca ludźmi. Każdego dnia uczę się nie mieć o to do nikogo żalu. Ale wiem, że ta stacja była zupełnie nie potrzebna.

 

(Paweł, kiedyś chorujący na depresję)

 

Pan Jezus przybity do krzyża

 

Stało się. Jezus wziął na siebie grzechy moje i twoje. Cierpi. Tak często nam też zdarza się cierpieć. Choroba, ból rozstania, utrata dziecka. Czujemy, jak to cierpienie zabiera nam siły. Jezus jednak nas z tym nie pozostawia. On cierpiał jako pierwszy za nas po to, by nasze cierpienie nie było wieczne. On obdarzył nas nadzieją.


Przypomnij sobie - jak wygląda twoje życie, kiedy cierpisz? A może właśnie teraz, tu gdzie jesteś, nie dajesz rady? Co wtedy robisz? Czy wierzysz, że On może to cierpienie zabrać? Czy przeżywasz je razem z Nim? I co robisz kiedy mija - zapominasz i żyjesz tak jak wcześniej? 

 

(Magdalena, chora na raka)

 

Śmierć na krzyżu

 

Jezus umiera na krzyżu wśród przestępców, umiera śmiercią przestępcy, choć nie ma w Nim winy. Od pewnego czasu można odnieść wrażenie jakby za całe zło w Kościele byli odpowiedzialni księża o orientacji homoseksualnej. Osoby nieheteroseksualne pokazywane są jako zagrożenie dla wartości, dla społeczeństwa, dla chrześcijaństwa. Jestem księdzem o orientacji homoseksualnej i czuję się z racji tego jak przestępca. Przestępcy to ta gorsza część społeczeństwa, patologiczna. To ludzie, którym często odmawia się szacunku, a wręcz przeciwnie, odnosi się do nich z pogardą. Jezus wiszący na krzyżu spotyka się z drwinami ludzi stojących obok. Wyśmiewany i upokorzony przyjmuje to milcząco. Spotykam się wśród księży i wśród świeckich z pogardliwym mówieniem o homoseksualistach. Ile razy mówili o mnie, choć nie wiedząc, że mówią o mnie, że jestem pedałem, zboczeńcem. Ile razy czułem się upokorzony i musiałem słuchać tego w milczeniu, choć czasem miałem ochotę powiedzieć: a wiesz, że mówisz o mnie? Nie mam na to odwagi. Więc po prostu przyjmuję te drwiny i pogardliwe wypowiedzi w milczeniu. Ktoś kiedyś powiedział, że jedną z największych tragedii człowieka jest nosić w sobie prawdę i nie móc się nią dzielić. Od pewnego czasu czuję, jak narasta we mnie ten dramat, że nie mogę żyć w pełni, w prawdzie o sobie. Nie chodzi o jakiś spektakularny "coming out". Chodzi o wolność w powiedzeniu prawdy o sobie. Chciałbym móc dać świadectwo o tym, że Bóg kocha mnie takiego, jakim jestem, także z moją orientacją i ma dla mnie miejsce w Kościele. Ale to jest prawda, której nie mogę powiedzieć głośno. To jest coś, co muszę ukrywać przed wieloma ludźmi. Prawda, którą trzeba uśmiercać, a to sprawia ból i pytanie: czemu nie mogę się przyznać, czemu to jest traktowane jako zło, którego trzeba się wstydzić? Czy to jest to "zaprzeć się samego siebie, wziąć swój krzyż i iść za Nim"? Cały czas muszę zapierać się siebie i prawdy o sobie, bo ona jest niechciana. I tu rodzi się ten dramat w sercu: jestem chciany czy niechciany. Jezus miał zapewnienie Ojca, że jest Jego umiłowanym Synem, a jednak na krzyżu woła sercem przepełnionym bólem: "Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił". Tak, niejeden raz pytałem się Boga, czemu mi to robi, czemu dopuszcza do tej tragicznej sytuacji, w której z jednej strony jestem przekonany o Jego miłości, a z drugiej strony czuję się z moją orientacją jak przestępca, który powinien głęboko ukrywać prawdę o sobie. To rozdzierające uczucie. Boże, daj mi zawsze wierzyć w to, że jestem umiłowanym dzieckiem Boga i ufać, że Twoja miłość jest większa od wszystkiego.

 

(Mateusz, ksiądz homoseksualista)

 

 

Jezus zdjęty z krzyża

 

Długa droga za Nim. Jego ciało i dusza były umęczone. Ale teraz Jego ciało już nie cierpi, za chwilę zostanie złożone do grobu. A dusza? Dusza jest już w czułych objęciach Ojca Niebieskiego. Ciało Jezusa zostało zdjęte z krzyża. Ale tak naprawdę to z Jezusowych ramion został zdjęty krzyż ziemskiego bólu i cierpienia.

 

Mamo Dziecka Utraconego! A może Twojemu dziecku został zdjęty ciężar krzyża? Ciężar chorób i problemów, które mu groziły ? Ciężar zagrożeń duchowych, które czyhałyby na nie w ziemskim życiu?

 

Twoje kochane dziecko jest już w ramionach Najlepszego, Najczulszego Taty. Odpoczywa. I ty odpocznij. I żyj tak, aby się z nim tam spotkać i mocno je przytulić.

 

(Julia, matka po stracie dziecka)

 

Jezus złożony do grobu

 

Żałobę można przeżywać po kimś lub po czymś dla nas niesamowicie ważnym. Jezusa pogrzebali najbliżsi Mu ludzie. Ci, którzy wytrzymali ciężar stania pod krzyżem, gdy umierał oraz ci, którzy nie bali się przed Piłatem przyznać, że są jego uczniami, choć przecież wszyscy widzieli, jak przegrał na krzyżu. Przyjaciele Jezusa pozwolili mu naprawdę odejść. Wiedzieli, że On nie należy już do nich, ale do Ojca.

 

Ta historia przypomina mi, jak ważni są przyjaciele i rodzina, jak cenne są więzi, które mamy z ludźmi. Po czasie depresji i ciemności, jakiej w związku z nią doświadczyłem, przyszedł też czas, aby przeżyć swoją żałobę, uporać się ze stratą części życia na rzecz choroby. Bliscy mi w tym pomogli. Uświadomili, że tamta historia jest już za mną, że powinienem dać jej odejść i oddać w ręce Boga. On uzdrawia, On daje zmartwychwstanie. To się może wydać śmieszne, że pisząc rozważanie do Drogi Krzyżowej, koncentruję się na sobie. Ale tak naprawdę nie mam do zaoferowania nic innego poza własną historią, w której zadziałał Jezus. To dowód na to, że po tamtym epizodzie w grobie, On naprawdę wstał i żyje. Ja jestem na to dowodem. Na mojej drodze krzyżowej postawił wielu ludzi - psychiatrów, terapeutów, lekarzy i bliskich, którzy mnie wsparli. Ale do krzyża nie przybito mnie, tylko Jego. Wziął na siebie wszystkie moje trudności, które zabrał ze sobą do grobu. Zmartwychwstał już bez nich. Dla nas na ziemi grób jest pomnikiem pamięci o naszej stracie i bólu. Grób Jezusa jest jedynym, który stał się pomnikiem nadziei. Jeśli masz w życiu takie rzeczy, które musisz pochować, zrób to w obecności bliskich Ci ludzi. Nie zostawaj ze swoją żałobą sam. Daj się objąć z czułością nad własną mogiłą.

 

(Paweł, kiedyś chorujący na depresję)