Adam Szustak OP o tym, jak sałatka jarzynowa utwierdziła go w powołaniu

Adam Szustak OP
data07.08.2019 16:00

(fot. Langusta na palmie / youtube.com)

"W moim przypadku wszystkie momenty «wow» są kaznodziejskie. Dawno już odkryłem charakter mojej duszy. Gdy rozpisałem sobie ponad czterdzieści moich momentów «wow», to wszystko mi się potwierdziło. Zobaczyłem ponownie, że jedną z rzeczy, która mi sprawia największą satysfakcję w życiu" - mówi dominikanin.

 

Chcę przywołać kilka przykładów ze swojego życia, w których udało mi się zobaczyć pierwszą część teorii TRZECH "U", czyli "użyj" (użyj, ukaż, utrwal - przyp.red.). (…) Otóż, mieszkam w klasztorze dominikanów w Łodzi, gdzie nie ma żadnej kucharki, która przygotowuje nam posiłki. Sami sobie więc gotujemy, co w praktyce oznacza, że codziennie jeden z braci ma dyżur i gotuje obiad dla pozostałych. Zanim trafiłem do tego klasztoru, nigdy wcześniej niczego nie gotowałem poza wodą w czajniku. Teraz robię obiad raz na miesiąc lub na dwa, bo rzeczywiście nieczęsto bywam w klasztorze przez różne rekolekcje. Ale podczas tych kilku lat mieszkania w Łodzi zdążyłem na przykład zrobić pizzę i pierwszy raz ugniatałem ciasto na nią - niesamowita frajda! Gdy to robiłem, miałem poczucie totalnego sweet spotu. Co jednak wcale nie oznaczało, że pomyliłem się w mojej drodze życiowej i powinienem zostać kucharzem.

 

Zastanowiłem się wtedy, czy mam inne, podobne sweet spoty kulinarne. I znalazłem moment, gdy przydzielono mi na wigilię zrobienie zwykłej, peerelowskiej sałatki jarzynowej. Wyszła dość niezła, choć przyznam, że dodałem trochę za dużo majonezu. Cały jednak ten proces jej gotowałem, kroiłem warzywa, zrobiłem nawet gwiazdki z majonezu dla ozdoby i na koniec stwierdziłem, że zakładam restaurację. Skoro więc odkryłem mój drugi sweet spot kulinarny, to zadałem sobie pytanie, na czym polega dla mnie moment "wow" tego działania. Okazało się, że wcale nie chodzi o to, że potrafiłem zrobić to zadanie i przyrządzić smaczną potrawę, ale o to, iż gdy usiadłem z braćmi do stołu i dostrzegłem podziw w ich oczach skierowany w moją stronę, doświadczyłem satysfakcji. Byłem zachwycony, że wszystkim smakowało to, co zrobiłem. Co więcej, u nas w Łodzi mieszka dwóch zawodowych kucharzy, więc zabieranie się za gotowanie to walka na śmierć i życie. Gdy więc zobaczyłem, jak Wojtkowi Jędrzejewskiemu, który skończył szkołę kucharską, smakuje moja sałatka, jak w jego oczach rodzi się podziw, to zrozumiałem swoje sweet spoty.

 

W moim przypadku wszystkie momenty "wow" są kaznodziejskie. Dawno już odkryłem charakter mojej duszy, czyli to, kim jestem i co mam robić, polegający na tym, że opowiadam ludziom Biblię, oni ją słyszą i choć widzieli te wszystkie sceny już tysiące razy (jak Wojtek tysiące razy jadł sałatkę jarzynową), to nagle widzą je inaczej, w końcu je rozumieją i zaczynają nimi żyć.

 

W szukaniu rysów naszej duszy nie chodzi o łopatologiczne myślenie typu: "Lubiłem rąbać drewno, więc będę drwalem". Nie, to jest bzdura. Odkrywanie duszy to o wiele bardziej wnikliwe myślenie. Przyznam szczerze, że zanim przyłożyłem do swojego życia zasadę sweet spotów, wcześniej już wiedziałem, jaką mam duszę. Ale gdy rozpisałem sobie ponad czterdzieści moich momentów "wow", to wszystko mi się potwierdziło. Zobaczyłem ponownie, że jedną z rzeczy, która mi sprawia największą satysfakcję w życiu, jest wydobywanie rzeczy nowych z rzeczy znanych. To twórcze działanie budzi we mnie olśnienie i daje szczęście. Jakkolwiek więc banalną może się wydawać ta metoda, na pewno jest bardzo skuteczna, więc warto ją zastosować. Ważne, by podjąć ten trud, bo nie chodzi o rzeczy błahe, ale charakter naszej duszy i o nasze szczęście w życiu.

 

Każdy z nas ma miejsca, które budzą w nas właśnie stan szczęśliwości. Znalezienie ich jest zaś pierwszym krokiem do tego, by zacząć w nich coraz więcej działać. Czyli zastosować pierwszy punkt zasady TRZECH "U" - "użyj", który polega po prostu na tym, by odkryć te przestrzenie spełnienia i zacząć realizować je w życiu na całego. Używać tego, co mamy, co Pan Bóg nam dał. Bo każdy z nas ma w niebie wypisaną taką tabelkę sweet spotów. U Pana Boga jest ona oczywiście o wiele bogatsza. Trzeba więc w końcu uświadomić sobie, że On nas stworzył niepowtarzalnymi, według jednorazowego schematu. Gdy go znajdziemy, odkryjemy jednocześnie to, co mamy robić, poznamy jednocześnie zakres tematyczny, okoliczności i relacje, w których nasza dusza jest szczęśliwa. W końcu zobaczymy, jak powinniśmy ułożyć sobie swoje życie.

 

Jeśli bowiem ktoś ma duszę, która uwielbia ogarniać chaotyczne i nieuporządkowane przestrzenie życia, a na co dzień siedzi w biurze rachunkowym i tylko wpisuje liczby do tabelki, to choćby nie wiem, jak się zaparł, nigdy nie będzie w tym szczęśliwy. Znalazłem kiedyś statystyki dotyczące satysfakcji z wykonywanej pracy wśród Amerykanów. Okazuje się, że siedemdziesiąt procent Amerykanów jest niezadowolonych ze swojej pracy, a czterdzieści procent ma mordercze myśli względem własnych szefów. To jest straszna perspektywa. Może część z nas tak żyje i może myśli sobie: "Dobra, zmienię pracę", ale jeśli wcześniej nie znajdzie kształtu swojej duszy, to znajdzie równie beznadziejną pracę, jak ta poprzednia. Nie warto w takiej sytuacji zmieniać pracy, ale trzeba dowiedzieć się, kim się jest, a potem zmienić to, co się robi. Bez tej pierwszej czynności znalezienia duszy każdy ruch będzie bez sensu, bo niczego nie zmieni.

 

Oczywiście, taki proces nie dzieje się z dnia na dzień. Potrzeba czasu, by zaplanować zmiany, bo wielu z nas żyje w różnych dobrych zależnościach, o których trzeba myśleć, typu utrzymanie domu czy wychowanie dzieci. Trzeba jednak podjąć tę decyzję od razu i małymi krokami posuwać się w szukaniu swojej duszy, a co za tym idzie zmienianiu rzeczywistości i tego, co się robi na co dzień.

 

Błąd, który często popełniamy, polega na tym, że bazujemy na ogólnikach i nie szukamy głębiej. To zaś jest poziom zwierzęcości w nas, który wszyscy mamy taki sam. Koniecznie musimy więc znaleźć w nas zupełnie odrębnie ukształtowaną, ociosaną duszę, która mówi: "To ja. To jest kość z mojej kości, ciało z mojego ciała. To jest moja Sara, tak mam na imię".

 

Pierwsze z TRZECH "U" to zatem "użyj", czyli rozpoznaj, co masz w sobie do użycia. Chodzi o zobaczenie, jakie predyspozycje mamy od Pana Boga w swojej duszy, co nam sprawia radość i szczęście. Warto w tym szukaniu być inteligentnym, by zbyt prosto nie wyciągać wniosków. Tylko tak znajdziemy kierunki i tendencje naszej duszy.

 

***
 

Tekst pochodzi z książki "Wielka ryba - droga do odpowiedzialności. Lekcje Sary i Tobiasza", którą możecie kupić w sklepie Wydawnictwa WAM.