Czy można mówić o sztuce spowiadania?

Życie Duchowe Cezary Sękalski
data09.12.2009 17:14

(fot. sxc.hu)

Leczenie w konfesjonale polega tak naprawdę na nauce dźwigania krzyża, dźwigania własnej słabości. Jezus mówi: Błogosławieni ubodzy, cisi, płaczący, prześladowani, skrzywdzeni… To, co z punktu psychologicznego wydaje się tylko przeszkodą do szczęścia, z punktu widzenia duchowego może stawać się jego źródłem.

 

Elżbieta Sujak: Moim zdaniem lecznicze działanie sakramentu pojednania ma całkiem inny wymiar niż w psychologii. W jego trakcie zostają odpuszczone nasze grzechy. Psychologia tego dać nie może. Spowiednik dysponuje łaską, której Pan Bóg udzielił mu z miłości dla niego i dla mnie, a to jest zupełnie inny rodzaj leczenia niż łagodzenie bólu czy pocieszanie.


Tak naprawdę element złagodzenia bólu nie jest tutaj najważniejszy. Pamięć o bólu powinna zostać. Ona bowiem chroni mnie przed powrotem do grzechu. Moim zdaniem istotne jest odnalezienie siebie w prawdzie i w swoim prawdziwym kształcie, w takim, w jakim spogląda na mnie miłość Boża, z perspektywą rozwojową, z przebaczeniem idącym wstecz, wobec tego, czego się dopuściłam. Tego się nie da przełożyć na język psychologii ani na język medycyny.

 

Psychologia, psychoterapia bardzo często starają się zdiagnozować stan człowieka, nazwać pewne jego emocje, a przez to określić jego osobowość. Czy spowiedź podobnie ukazuje całościową wizję człowieka?

 

Józef Augustyn SJ: Psychologia i psychoterapia nie ukazuje całościowej wizji człowieka, ale jedynie pewien wycinek. Kiedy wycinek ten zostaje zabsolutyzowany, mamy do czynienia z redukcjonizmem, w tym przypadku z redukcjonizmem psychologicznym. O ile możliwe są opisy psychologiczne człowieka, które nie uwzględniają religii, o tyle nie ma religijnego i duchowego opisu człowieka, który nie uwzględniałby psychologii. Prawdziwa religia i autentyczna duchowość nigdy nie rozbijają człowieka na części, nie redukują go do jednego wymiaru, ale integrują i scalają wewnętrznie. Choć religia zajmuje się przede wszystkim duchowym i moralnym wymiarem człowieka, uwzględnia jednak w swoich rozważaniach jego psychiczność i somatyczność.


Nierzadko zdarza się, że penitentowi potrzeba nie tylko spowiedzi, ale także psychoterapii, jednak tym wymiarem kapłan się nie zajmuje. Sztuka spowiadania polega między innymi i na tym, by rozróżnić, gdzie potrzebny jest lekarz, a gdzie ksiądz.

 

Elżbieta Sujak: Oddzielanie psychologii i życia duchowego nie jest łatwe, ponieważ te dziedziny posługują się różnymi językami. I czasem to samo wydarzenie, ten sam fakt, ten sam czyn ma kilka twarzy. Uczciwość terapeuty wymaga jednak, by w razie wątpliwości, czy dany problem ma podłoże duchowe, poinformować o tym pacjenta.

 

Zatrzymajmy się na moment na rzeczywistości nazywanej krzyżem spowiednika. Dla kapłana bardzo bolesne może być stwierdzenie, że penitent nie zauważa swojego grzechu ani jego rozmiaru, że nie jest w stanie żałować ani poprawić się...

 

Józef Augustyn SJ: Jeżeli ksiądz sam jest dobrym i ofiarnym penitentem, łatwiej jest mu nieść krzyż spowiednika. Sztuka spowiadania wiernych zaczyna się od sztuki spowiadania siebie. Jan Paweł II przemawiając do księży, mocno podkreślał, że tylko dobry ksiądz - penitent może być dobrym spowiednikiem. Krzyż spowiednika polega na "dźwiganiu" zła, którego penitent sam nie chce widzieć, nie chce uznać i nie chce dźwigać. Czasami chodzi o bardzo trudne ludzkie sytuacje: wielkie krzywdy czy nawet zagrożenie ludzkiego życia. Na rozmowę o tym z penitentem ma ksiądz niekiedy tylko kilka minut. Trzeba wówczas pozwolić przede wszystkim działać Duchowi Świętemu. Bez Jego światła takich sytuacji nie da się rozwiązać.

 

Czy krzyż spowiednika można porównać z ciężarem terapeuty?

 

Elżbieta Sujak: Czasem tak, ale rzadko. Zakres odpowiedzialności terapeuty jest inny aniżeli zakres odpowiedzialności szafarza sakramentów. Terapeuta ma większą swobodę działania. Może tak poprowadzić rozmowę, by pokazać problem z innej strony. Posłużę się przykładem. Kiedyś pacjentka mnie - jako terapeutce - zwierzyła się, że zamierza zamordować swojego męża. Opowiadała, że pierwsza próba się nie udała, ale następnym razem lepiej sobie poradzi. Postawa zupełnie amoralna. Znalazłam się w kłopotliwej sytuacji. Prawo wymagało ode mnie, abym zawiadomiła organy ścigania o zamierzonym przestępstwie. Z drugiej strony, leżało mi na sercu dobro mojej pacjentki. W tym momencie gorąco modliłam się o światło Ducha Świętego, jak dalej poprowadzić rozmowę. Przyszło światło: "Dobrze, wyobraźmy sobie, co się stanie. Jak to zrobisz?". Powiedziała, co zamierza. Ja na to: "I co potem?". "On umrze". "I co potem zrobisz?". "Odbędzie się pogrzeb…". Ja na to: "Jak to? Silny mężczyzna wrócił z pracy i nagle umarł? Policja zarządzi sekcję zwłok i stwierdzi zabójstwo. Ciebie aresztują i zamkną w więzieniu, a dziecko oddadzą do domu dziecka". Na te słowa moja pacjentka otrzeźwiała. Miała jedno dziecko, pięcioletnią córkę, a sama była wychowanką domu dziecka. "Co?! Moje dziecko do domu dziecka? Mowy nie ma. Nie zabiję go".


Mówię o tym, by pokazać, że czasem można zadziałać także przez wyobraźnię. Udało mi się trafić w miłość macierzyńską, jedyną, którą ta osoba w sobie miała. Nie było bowiem czasu na odwoływanie się do sumienia, które nie zostało obudzone w procesie wychowania. Taką możliwość ma jednak tylko psycholog.

 

  1 2 3