Siostry za kratami?

Przemysław Radzyński
data17.07.2014 10:48

(fot. ingirogiro/flickr.com/CC)

Ot jak krata, o której myślałem, że oddziela zakonnice od świata, stała się dla mnie lustrem, przed którym przeglądam się w realizowaniu swojej wolności.

 

W jeden z wakacyjnych weekendów wybrałem się ze znajomą w Beskid Sądecki. Pogoda była tak fatalna, że musieliśmy szukać alternatywy dla górskich wycieczek. Większość czasu spędziliśmy w klasztorze starosądeckich klarysek, gdzie moja znajoma ma zaprzyjaźnione siostry i - jak się niedawno okazało - dalekie krewne.

 

Radosnego dawcę miłuje Bóg

 

W krótkim czasie, dzięki kilku spotkaniom i rozmowom oraz podpatrzonym sytuacjom doświadczyłem, że zamknięty klasztor, w którym za ścisłą klauzurą mieszka trzydzieści kilka mniszek jest miejscem niezwykłym. Dawno w tak małej przestrzeni, jaką są rozmównice starosądeckiego klasztoru, nie widziałem tyle ludzkiej życzliwości, wdzięczności i radości.

 

Jedną z sióstr odwiedziła kobieta w średnim wieku z mężem i małym dzieckiem - kobiety znają się z pielgrzymek do Częstochowy w młodości; właściwie obce osoby, ale tak silnie duchowo połączone, że widują się przynajmniej raz w roku - w tej sytuacji dla małżeństwa z dziećmi problemem nie jest chociażby podróż z drugiego końca Polski...

 

Pani Grażynka jest wdową, której dzieci już wyfrunęły z rodzinnego gniazda. Przychodzi do sióstr pomagać załatwiać różne sprawy po "drugiej stronie kraty". Ale jak sama mówi, to nie ona, ale siostry jej pomagają - swoją obecnością, słowem i modlitwą.

 

W tym samym czasie co my, klasztor odwiedził pewien ksiądz prałat, który obchodzi w tym roku okrągły jubileusz kapłaństwa a przez lata był tutejszym proboszczem. Siostry z tej okazji przygotowały specjalną piosenkę. W sąsiedniej rozmównicy dało się słyszeć gitary i śpiew, a po poznaniu kilku starosądeckich klarysek nie zdziwiłbym się, jeśli byłyby też tańce :).

 

Kilkukrotnie mijając klasztorną furtę spotykaliśmy ubogich, którzy posilali się przygotowanymi przez siostry posiłkami. A w niedzielę można było zobaczyć proboszcza, który coś pospiesznie przekazywał zakonnicom "na drugą stronę". Przyniósł mniszkom lody :).

 

Z pewnością przyda im się coś dla ochłody, bo na co dzień rozwiązują bardzo palące problemy. Co tydzień - różnymi kanałami - do klarysek dociera kilkaset próśb o modlitwę w trudnych sytuacjach, najczęściej rodzinnych. Z korespondencji rysuje się poważny problem ludzi z alkoholizmem, hazardem, niemożliwością poczęcia dziecka, duchowymi zniewoleniami i opętaniami. Jest też dużo radości, gdy szczęśliwi rodzice przysyłają siostrom zdjęcia wymodlonych przez mniszki dzieci albo piszą o odzyskaniu wzroku, w czym ponoć "specjalizuje się" św. Kinga - fundatorka i patronka klasztoru w Starym Sączu. Zupełnie na marginesie tych wszystkich historii matka ksieni wspomina, że raz na jakiś czas ktoś nazwie je darmozjadami...

 

Kto tu siedzi?

 

W przerwie między kolejnymi poważnymi tematami w klasztornej rozmównicy miał miejsce taki dialog:

- To co? Siedzicie... - próbowała zażartować moja znajoma sugestywnie pokazując na dzielącą nas kratę.

- Przecież to wy jesteście za kratą - odpowiedziała zakonnica.

Ciągnąc więzienną analogię staraliśmy się rozwijać myśl o przyczynach zniewolenia "w świecie" - z jednej strony - i źródłach wolności w klauzurze - z drugiej strony. Ale nic tak wiele nie dało mi do myślenia, jak odwrócenie perspektywy przez siostrę. Bo kto de facto jest za kratą? My czy one?

 

To z założenia nie jest tekst o sprawie prof. Chazana i nie przypomniałbym jej tutaj, gdyby nie fakt, że jest żywa także w starosądeckim klasztorze (może w ogóle właśnie w takich miejscach powinna cieszyć się największym "zainteresowaniem...), mimo szczytu pielgrzymkowego związanego z uroczystościami ku czci św. Kingi (wspomnienie 24 lipca) i nawałem prac związanych z przygotowaniem przetworów na zimę. To tylko dygresja, bo wielu (w tym prezydium KEP) już zwróciło uwagę, że na całą tę sprawę należy patrzyć oczami przynajmniej kilku bohaterów głośnych ostatnio wydarzeń. Z pewnością nie oceniać zbyt pochopnie i bez brania pod rozwagę argumentów każdej ze stron.

 

W ramach odwracania perspektywy i we wspomnianym kontekście warto zwrócić uwagę na często powtarzane "prawo kobiety do aborcji" w określonych sytuacjach (mowa o trzech przypadkach przewidzianych w Ustawie o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży z 1993 r.). Prawo mówi dosłownie: "przerwanie ciąży może być dokonane wyłącznie przez lekarza, w przypadku gdy..." i tu wylicza znane okoliczności (por. Art. 4a.). Zatem nie jest to prawo kobiety, a prawo lekarza i właśnie prawo a nie obowiązek. Ustawa de facto "chroni" lekarza dokonującego aborcji w trzech określonych przypadkach.

 

Świadomość istnienia innej niż nasza perspektywy ważna jest nie tylko w sprawie prof. Chazana, ale w każdej codziennej sytuacji, gdy staramy się kogoś przekonać do swojego zdania. Może nie od razu nasz oponent musi mieć rację, ale jego argumenty mogą dotykać takiej wrażliwości, która nam jest obca, a która domaga się szacunku. Nie chodzi o relatywizm, ale o pewną otwartość na światło padające na dany problem z różnych stron. Nie chodzi też o prześwietlenie, ale o naświetlenie tego problemu. Życzę zatem dużo światła i równocześnie sugeruję unikanie przegrzania. No i polecam odwiedzać zakony klauzurowe - nie tylko w wakacje!