Trudna droga do apostazji

ks. Adam Błyszcz CR
data21.11.2014 18:19

(fot. glasseyes view / Foter / CC BY-SA)

W mojej praktyce duszpasterskiej było i tak, że świadków apostazji wskazywałem i ja, jako proboszcz parafii. Po to, aby komuś, kto nie chce być członkiem naszej wspólnoty, nie utrudniać aktu wystąpienia.

 

Kilka dni temu GW zamieściła felieton pana Michała Wilgockiego o tym, jak trudno wystąpić z Kościoła katolickiego.

 

Czytam a oczom nie wierzę. Otóż okazuje się, że według autora materiału taki akt apostazji możliwy jest jedynie do pewnego czasu. Bo jeśli świadkiem apostazji - jak pisze pan Wilgocki - ma być rodzic to wyciągam stąd słuszny wniosek, że mój parafianin mający lat 90 już z Kościoła nie odejdzie, wiary się nie zaprze i będzie nasz. Na wieki wieków i dzień dłużej. Amen.

 

To nieprawda.

 

27 września 2008 roku Konferencja Episkopatu Polski promulgowała dokument noszący tytuł Zasady postępowania w sprawie formalnego aktu wystąpienia z Kościoła. W punkcie 5 tego dokumentu jest powiedziane, że "aktu odstępstwa, który wywołuje skutki kanoniczne, może dokonać tylko osoba pełnoletnia (kan. 98 § 1 i 2), zdolna do czynności prawnych, osobiście, w sposób świadomy i wolny (kan. 124-126), w formie pisemnej, w obecności proboszcza swego kanonicznego miejsca zamieszkania (stałego lub tymczasowego) i dwóch pełnoletnich świadków. Zaleca się, by - jeśli to możliwe - przynajmniej jednym ze świadków był ktoś z rodziców lub chrzestnych odstępcy, którzy towarzyszyli mu niegdyś w przyjęciu do Kościoła".

 

Zaleca się, co oznacza, że tak nie musi być. 

 

W mojej praktyce duszpasterskiej było i tak, że świadków apostazji wskazywałem i ja, jako proboszcz parafii. Po to, aby komuś, kto nie chce być członkiem naszej wspólnoty, nie utrudniać aktu wystąpienia.

 

Wspomnieć trzeba i o tym, że Konferencja Episkopatu Polski skierowała do Watykanu prośbę, aby świadkowie apostazji zostali ograniczeni do osoby proboszcza.

 

Trudno jednak przyjąć, żeby anonimowa deklaracja wystąpienia z Kościoła miałaby być wiążąca dla wspólnoty. Zdarza się, że otrzymuję list od kogoś kogo nie znam a kto mi pisze (reprodukując deklarację z Internetu), że występuje z Kościoła a na dowód tego, że nie doszło do kradzieży tożsamości przysyła kserokopię dowodu osobistego. To brzmi logicznie, pod warunkiem, że wcześniej nie doszło do kradzieży dowodu osobistego. Tego nie mogę wykluczyć!

 

Czasami mam wrażenie, że osobom występującym z Kościoła bardziej chodzi o to, aby zrobić to po swojemu a nie o to, żeby z Kościoła wystąpić. Wygląda to tak jakby ktoś na boisko piłkarskie przyszedł w krótkich spodenkach i z piłką siatkarską pod pachą a widząc dwudziestu dwóch facetów grających w piłkę nożną krzyczał, że teraz będziemy grać w siatkówkę i koniec. Życie uczy mnie, że nie zaryzykuje jednak takiej wolty, bo wie, że tych dwudziestu dwóch spuściłoby mu łomot niemiłosierny.

 

Po prostu trzeba respektować reguły.

 

W felietonie pana Wilgockiego pojawia się również wątek nieuznawania przez Kościół w Polsce deklaracji apostazji składanej na Zachodzie Europy wobec urzędnika państwowego. W zdecydowanej większości dotyczy to osób, które nie chcą (lub nie mogą) płacić podatków kościelnych. Ja jednak, jako duszpasterz, nie mogę zakładać, że taka deklaracja oznacza wystąpienie z Kościoła. Muszę założyć, że taka osoba zmaga się z jakimś problemem finansowym i nie jest w stanie materialnie wspierać wspólnoty Kościoła. Czyż w Polsce za akt apostazji traktujemy odmowę złożenia swojej daniny podczas Mszy świętej niedzielnej? Przecież to nie jest tak, że każdy wierny uczestniczący w liturgii niedzielnej wrzuca swoje pieniądze na tacę. 

 

Chciałbym doczekać takich czasów, że piszący o sprawach Kościoła będą te sprawy Kościoła, rzetelnie i uczciwie, znać. Chciałbym doczekać takich czasów, że piszący o sprawach ateistów będą znać zagadnienia ateizmu. Mówimy do siebie i nie słuchamy siebie.