Patrioteizm, czyli praktyczna herezja

Dariusz Piórkowski SJ Dariusz Piórkowski SJ
data09.05.2017 09:00

(fot. shutterstock.com)

Zarówno Ewangelia jak i Katechizm przestrzegają, że patriotyzm i władza może się w zły sposób sprzymierzyć z Kościołem. I na odwrót, Kościół może pokładać swoje nadzieje w przywilejach ofiarowanych przez władzę państwową.

 

Dokument Konferencji Episkopatu o chrześcijańskim kształcie patriotyzmu to ważny głos w obecnej sytuacji polityczno-religijnej w Polsce. W tekście istotne wydaje mi się przede wszystkim podkreślenie, że zdrowy patriotyzm jest formą miłości, która kosztuje i nie może sprowadzać się do wydawania okrzyków jak na rykowisku czy do obnoszenia się z narodowymi hasłami i symbolami jak paw w Łazienkach Królewskich. W czasie pokoju patriotyzm wyraża się głównie w codziennej pracy i służbie, a wychowanie patriotyczne, podobnie jak inne jego formy, wymaga współpracy wielu osób i instytucji, cierpliwości i otwarcia się na innych.

 

Słusznie też napiętnowano obojętność wobec ojczyzny, która jest wykwitem postępującej prywatyzacji życia. Polega ona na korzystaniu z dobrodziejstw przynależności do narodu przy równoczesnym minimalnym wkładzie w jego rozwój. Jakkolwiek trzeba dodać, że to wycofanie się ze sfery publicznej po części wypływa z pewnego rodzaju niechęci wielu ludzi do polityki z powodu jej niskich standardów, toczonej nadto skandalami, podziałami i wzajemnym przekrzykiwaniem się.

 

Biskupi uważają również nacjonalizm za niezgodny z Ewangelią i przeciwny miłości bliźniego. Krytykują "nadużywanie i instrumentalizowanie pamięci historycznej w bieżącej konkurencji i rywalizacji politycznej". Ale czy to jedyny obszar nadużyć odnośnie patriotyzmu? Moim zdaniem, w całym tekście brakuje szerszego spojrzenia najpierw na dobroczynny związek patriotyzmu z religią, w węższym zakresie z chrześcijaństwem i Kościołem. Niewiele znajdziemy też na temat nacjonalizmu karmiącego się i wspieranego religią. Wprawdzie pojawia się krótka wzmianka na temat fundamentalizmu, który opiera się na opacznym rozumieniu religii, ale taka postawa w naszym kontekście kulturowym jest raczej czymś pobocznym.

 

Wspomniany brak jest o tyle dziwny, że niedawno świętowaliśmy Jubileusz 1050 - lecia chrztu Polski, a nie tylko Kościoła w Polsce. Tym samym przyznaliśmy, że tożsamość religijna i tożsamość narodowa ściśle splatają się u nas ze sobą i często nie da się ich rozdzielić, chyba że za cenę ogromnych szkód duchowych, a czasem i materialnych. Być może to zlanie się Kościoła z narodem powoduje, że trudno spojrzeć na tę sprawę z dystansu. W historii wielu państw relacja między Kościołem a narodem (względnie władzą świecką) bywała napięta, czasem wroga, innym razem aż nazbyt poprawna i służalcza. Dzieje się tak, ponieważ zdrowa tożsamość narodowa jak i ideologiczny nacjonalizm w jakiś tajemniczy sposób czerpią ze źródeł religii. Nawet wtedy, gdy się ją odrzuca. Ale i sama religia (Kościół) może być wzbogacona w pewnych dziedzinach przez naród.

 

Biskupi wyczuwają, że tu i ówdzie dochodzi u nas od lat do pewnych wynaturzeń. Kwitują to ważnym, aczkolwiek nierozwijanym dalej stwierdzeniem, że w świetle Ewangelii miłość ojczyzny to "wielka miłość", ale nie "wartość absolutna".   

 

Gdy zajrzymy do Ewangelii według św. Jana dowiemy się, że Jezus zginął na krzyżu na skutek religijno-politycznej manipulacji jako uzurpator władzy. Aż dziw bierze, że tak słabo się nad tym zastanawiamy, gdyż to niebezpieczeństwo dotyczy także chrześcijan, zwłaszcza od momentu, gdy chrześcijaństwo pokryło się niemalże ze światem. Chrystus, uznany przez arcykapłanów za bluźniercę i wywrotowca, ustami Kajfasza został "poświęcony", by nie dopuścić do zaostrzenia i tak już trudnej sytuacji w Palestynie. Arcykapłani obawiali się, że Jezus może pociągnąć za sobą tłumy i wzbudzić niepokój Rzymian. Stąd werdykt Kajfasza: "Lepiej jest dla was, aby jeden człowiek umarł za lud, niżby miał zginąć cały naród" (J 11, 50).   

 

Oczywiście, wszyscy działali w dobrej wierze. Cel był szczytny, a Jezus okazał się środkiem do jego osiągnięcia. Nie sądzili też, że krzyżują samego Boga, który, jak na ironię, w ogóle nie miał zamiaru obalać reżimów i zmieniać sceny politycznej w Izraelu. Z tego powodu zakazywał uczniom i niektórym uzdrowionym, aby nie mówili innym o Jego prawdziwej tożsamości. Ale wyszło jak wyszło.

 

Co więc zrobili arcykapłani? Jako przywódcy religijni wykorzystali władzę polityczną do swoich celów, zarówno religijnych jak i narodowych. Nie wahali się przyznać przed Piłatem, że ich jedynym królem jest Cezar, choć w duszy myśleli co innego. Dobro narodu okazało się ważniejsze niż dobro "jednego człowieka", którego św. Piotr nazwał po Zesłaniu Ducha Świętego "Dawcą Życia". To przykład, w jaki sposób władza religijna może w destrukcyjny sposób wpłynąć na władzę polityczną. Zabicie kozła ofiarnego przyniosło krótkotrwałe korzyści. Za kilkadziesiąt lat Jerozolima i świątynia legły w gruzach, bo mesjanizm polityczny w głowach Izraelitów wyparł mesjanizm religijny.

 

Zawsze można twierdzić, że cała ta sprawa dotyczy tylko Izraela. Wtedy jednak nie mielibyśmy do czynienia zr Słowem Bożym, lecz ze zwykłą relacją historyczną. Słowo Boże objawia jednak wewnętrzne pogmatwanie każdego serca ludzkiego.   

 

Katechizm Kościoła Katolickiego zaznacza, że przeciwieństwem wiary nie jest najpierw ateizm, lecz najpierw zabobon, potem bałwochwalstwo, wróżbiarstwo i magia oraz bezbożność. Ateizm i agnostycyzm pojawiają się na końcu tej listy (Por. KKK, 2110-2128). Łatwo zlokalizować główne zagrożenie dla religii w ateizmie, trudniej przyznać się do ukrytych form niewiary, która zwykle ubiera się w pobożne szaty, a jest także idolatrią. Bałwochwalstwo, jak kontynuuje Katechizm, "nie odnosi się tylko do fałszywych kultów pogańskich. Pozostaje stałą pokusą wiary. Polega na ubóstwianiu tego, co nie jest Bogiem. Ma ono miejsce zawsze wtedy, gdy człowiek czci i wielbi stworzenie zamiast Boga, bez względu na to, czy chodzi o innych bogów czy o demony ( na przykład satanizm), o władzę, przyjemność, rasę, przodków, państwo, pieniądze itd." (KKK, 2113).

 

Zarówno Ewangelia jak i Katechizm przestrzegają, że patriotyzm i słuszna troska o naród może się w zły sposób sprzymierzyć z religią czy Kościołem. I na odwrót, Kościół może, jak przestrzega Sobór Watykański II, pokładać swoje nadzieje "w przywilejach ofiarowanych przez władzę państwową" (GS, 76), często za cenę osłabienia jego właściwej misji, która "nie należy do porządku politycznego, gospodarczego czy też społecznego" (GS, 42). To modelowa pokusa, którą diabeł zwodził Jezusa na pustyni. Czar wpływu na masy przez władzę.

 

Uwielbienie narodu lub państwa może przybierać różne skrajne i pośrednie formy. Pierwsza skrajność polega na kulcie narodu, który zastępuje religię i ją zwalcza, czego przykład mieliśmy w ideologii nazistowskiej, w marksizmie czy świeckim laicyzmie. Wtedy państwo lub naród rości sobie prawo do bycia świeckim mesjaszem (z wykluczeniem Boga). Drugą skrajnością jest jej przeciwieństwo, czyli taki mariaż narodu i państwa z religią (Kościołem), w którym pogwałcone zostają granice autonomii i wzajemna symbioza idzie za daleko. Gdy państwo nie walczy z religią równie niebezpieczną pokusą, bo zawoalowaną, jest oddawanie czci narodowi pod przykrywką fasadowej religijności. I nie zawsze jest to umyślne działanie. W tym właśnie tkwi problem. Te różne formy wypaczeń w relacji między ojczyzną (narodem) a religią ocierają się o herezję, którą nazywam patrioteizmem lub nacjoteizmem. Ojczyźnie przyznaje się wówczas de facto pierwszorzędne miejsce, podczas gdy religia wykorzystywana jest do partykularnych celów patriotycznych. Ale także religia może mieć ciągotki do zbyt daleko idącego ingerowania w losy narodu.

 

Patrioteizm jest trudny do wykrycia i uznania, ponieważ chętnie i obficie szafuje pobożnymi hasłami. Człowiek ogarnięty tą herezją świadomie twierdzi, że stawia Boga na pierwszym miejscu. Deklaruje przywiązanie do wiary i tradycji. Ale podświadomie naczelne miejsce przydziela ojczyźnie. Świadczą o tym jego czyny, nie deklaracje. Przecież skrajne ruchy i środowiska nacjonalistyczne w naszym kraju powołują się na Boga, Ewangelię i krzyż. Często bywa to jedynie przykrywka dla wrogości i skrywanej nienawiści do nie-Polaków lub nie-katolików. Nieraz, niestety, takie tendencje są wspierane przez duchownych w publicznych nabożeństwach i wystąpieniach. Co więcej, po upadku komunizmu różne partie polityczne co rusz puszczają oczko w kierunku biskupów i wiernych, publicznie manifestując swoje przywiązanie do katolicyzmu i wykorzystują je jako kartę przetargową - "dobry polityk, bo katolik".  

 

Sobór Watykański II przypomina o "zdrowej współpracy" między wspólnotą polityczną a Kościołem. Wiadomo, że często stąpamy tutaj po kruchym lodzie. Kościół nie może wycofać się ze świata i odciąć od współpracy z władzą, skupiając się jedynie na królestwie niebieskim. Ale też nie powinien tak się z nią bratać i gloryfikować narodu, że relacja między nimi wygląda jak małżeństwo z rozsądku. Sobór wyznacza ciekawe kryterium właściwej współpracy:

 

"Gdy apostołowie i ich następcy oraz ich pomocnicy otrzymują posłannictwo, aby głosić ludziom Chrystusa, Zbawiciela świata, wspierają się w swym apostolacie na potędze Boga, który często w słabości świadków ukazuje moc Ewangelii. Ci bowiem, którzy poświęcają się posłudze słowa Bożego, powinni korzystać z dróg i pomocy właściwych Ewangelii, które pod wieloma względami różnią się od środków stosowanych przez państwo ziemskie" (GS, 72).

 

Konstytucja pastoralna zarysowuje paradoks potęgi Boga, która objawia się w słabości, w ubogich środkach, a czasem nawet w porażce. Tymczasem władza ziemska z zasady nie jest słabością. Oznacza wpływ i możliwości. Marzenie o wielkim narodzie zwykle idzie w parze z wyobrażeniem wielkiego i potężnego Boga, ale według ludzkiej miary. Pułapką nacjonalizmu jest próba zdobycia takiej pozycji, władzy i znaczenie w świecie, by mieć przemożny wpływ na innych. Władza podnieca. Paradoksalnie nadzieję pokłada się wtedy nie w Bogu, lecz w sile armii. Z tym sprzężony jest mesjanizm polityczny, bycie "wybranym" i lepszym,  rzekomo usankcjonowany boskim mandatem, a na pewno starotestamentalną koncepcją narodu. Nie widzi się wtedy własnych wad i słabości. Brakuje realizmu i pokory.

 

Kościół może ulec atrakcyjnej ponęcie wsparcia ze strony panującej władzy. Jeśli za bardzo oczekuje, że dzięki niej i odpowiedniemu prawu (a nie na mocy Boga działającego w ukryciu i powoli) uda się szybciej zaprowadzić królestwo Boże, rozmija się ze swoim powołaniem.  

 

Z kolei partia odwołująca się do korzeni chrześcijaństwa i narodu, może dla zdobycia elektoratu i przeprowadzenia pewnych reform przypochlebiać się Kościołowi, co często dzieje się dzisiaj na naszych oczach. Następuje tutaj jednak pewien rozziew. Celem partii nie jest bowiem zbawienie człowieka, lecz rozwój doczesnego porządku i usprawnienie życia na ziemi, a w skrajnym przypadku jedynie wygranie kolejnych wyborów. Kościół oprócz wspierania rozwoju tego świata (choć nie za wszelką cenę) dba nade wszystko o powołanie wiernych do wieczności. Ma cel uniwersalny, ogarniający całą rzeczywistość, nie tylko tę widzialną.  

 

We wzajemnej relacji narodu (państwa) do Kościoła obowiązuje nas dążenie do wolności wewnętrznej. Myślę, że zadanie Kościoła w Polsce polega dzisiaj na tym, by stopniowo oczyszczać głębokie uczucia do narodu ewangeliczną miłością. Ale też Kościół potrzebuje ciągłego samooczyszczenia, by nie ulegać powabom władzy, gwarantującej skuteczność i wpływy. Mam nadzieję, że ten dokument to pierwszy ważny krok w tym kierunku. Oby nie ostatni.

 

Dariusz Piórkowski SJ - dyrektor naczelny Wydawnictwa WAM