Groza terroryzmu i cynizm polityków

Karol Kleczka Karol Kleczka
data11.05.2017 10:40

(fot. shutterstock.com)

Kryzys uchodźczy, który dotyka obecnie Europę, prędzej czy później będzie także dotyczył Polski. Niezależnie od tego, co twierdzą politycy niemal wszystkich partii w tym kraju.

 

Niedawno słuchałem dyskusji na temat uchodźców z Czeczenii, którzy pragną dostać się do Polski, ale ze względu na niechęć władz tkwią na dworcu w Brześciu. To głównie kobiety i dzieci. W pewnym momencie padło pytanie o to, "jak pomóc, skoro rząd nie zgadza się na ich przyjęcie", na które jeden z rozmówców odpowiedział, że należy o tym pamiętać przy kolejnych wyborach parlamentarnych. Warto zobaczyć, czy powyższy argument ma jakiekolwiek znaczenie. Po ostatnich wypowiedziach polskich polityków wydaje się, że niestety nie.

 

We wtorkowy wieczór niektórych Polaków mogła zaskoczyć wypowiedź Grzegorza Schetyny, który zapytany przez dziennikarza o stosunek Platformy Obywatelskiej do przyjmowania uchodźców wprost odpowiedział: "Nie, jestem za tym, żeby nie przyjeżdżali do Polski". Dopytany o to, czy prezentuje oficjalne stanowisko partii, szef PO odparł: "Tak, tak, Platforma nie jest za przyjęciem uchodźców". W środę oficjalny przekaz został odrobinę zmieniony, bo "uchodźców" zastąpili "nielegalni migranci", ale co się stało, to się nie odstanie.

 

Do tej kwestii ustosunkował się także Ryszard Petru, lider liberalnej Nowoczesnej, pytany przez portal Onet.pl. Jego zdaniem uchodźcy powinni być przyjmowani przez tych, którzy "są w stanie ich przyjąć, mają pomysł, jak to zrobić w sposób bezpieczny, asymilacyjny, taki, żeby te osoby nie tworzyły gett", co przy jednoczesnej krytyce odgórnie nakładanych na Polskę kwot przyjmowania można rozumieć jako nieprzychylność do otwierania granic przed obcymi. "Powinniśmy być otwarci, ale nie możemy sobie dać narzucić [kwot - przyp. red.] i trzeba mieć na to pomysł, jak robić to w sposób rozsądny" - argumentował Petru.

 

Jeśli do tej pary dołączymy jednoznacznie negatywne stanowisko partii Kukiz’15 oraz wielokrotnie powtarzany sprzeciw rządzącego PiS-u, to bez 16 posłów PSL-u mamy komplet Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej VIII kadencji. Politycy partii parlamentarnych, niezależnie od przynależności, są zgodni w jednej kwestii: odmowy przyjmowania uchodźców. Koniec kropka, nie ma wyjątków. Jeżeli ktoś czuje się jakkolwiek zaskoczony taką postawą i poszukuje dla niej wyjaśnienia, to odpowiedzi dostarczą sondaże ujawniające niechęć większości Polaków względem przyjmowania obcych. Pewną oznaką jest też wyraźny wzrost liczby przestępstw w stosunku do muzułmanów przy niewielkiej liczbie osób tego wyznania w Polsce - przecież nasze państwo uchodźców nie przyjęło i nie przyjmie. Mówiąc krótko, politycy robią to, co zwykle, czyli "dbają o elektorat". To naród jest suwerenem, a zatem jego sympatie będą odzwierciedlane przez reprezentantów politycznych. Wszak walczymy o głosy.

 

Powiedzmy to jasno: obserwujemy obłudną, a co najmniej głupią czy naiwną strategię. Bo czy tego chcemy czy nie, prędzej czy później w Polsce pojawią się migranci. Teraz widoczny jest duży napływ Ukraińców poszukujących pracy, jutro przybędą ofiary wojny i biedni z Południa. Dwa lata temu w doskonałym wywiadzie udzielonym "Więzi" biskup Krzysztof Zadarko, przewodniczący Rady ds. Migracji działającej przy Konferencji Episkopatu Polski, mówił bez ogródek: "Nie jesteśmy wyspą, która ocali się przed migracją. Dokumenty papieskie wychodzą od tej jednoznacznej konstatacji, że migracja jest największym problemem społecznym. Nawet już nie bieda, lecz migracja".

 

Natura tego problemu sprowadza się do trzech elementów. Po pierwsze uchodźcy i migranci nie wzięli się znikąd. Kryzys, z którym mamy do czynienia, ma wiele źródeł, a to najdalsze sięga kolonialnej polityki Północy względem Południa, która spowodowała stale zwiększającą się przepaść między dwoma półkulami jednego globu. Zwracają na to uwagę nie tylko komentatorzy świeccy, ale i Watykan. Nie tylko w postaci papieża Franciszka z encykliką "Laudato si’", ale także dokumentów papieskich rad zajmujących się migracjami czy ukochanego w Polsce św. Jana Pawła II (wystarczy przeczytać orędzie na Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy z 2005 roku). Na razie nie widać jaskółek nadziei na wprowadzenie równowagi między Północą i Południem, jest wręcz przeciwnie.

 

Z tego wynika drugi element: wydaje się, że w chwili obecnej kryzys uchodźczy jest  nie do zatrzymania. Jeżeli nie nastąpią zmiany na poziomie jego przyczyn, to liczba migrantów będzie tylko rosła. Biskup Zadarko we wspomnianej rozmowie mówi, że "fale uchodźców i migrantów do Polski dotrą, i to duże", ale dodaje także element trzeci - "być może nawet sami będziemy ich szukać i zapraszać". Dziś być może nie widać tego gołym okiem, ale prognozy demograficzne wyraźnie wskazują na to, że za kilkanaście lat Polska będzie potrzebowała kilku milionów ludzi do pracy. "Trzeba się do tego przygotowywać, pisać programy, kształcić ludzi, także duszpasterzy. Żebyśmy nie mówili w przyszłości, że jesteśmy zaskoczeni" - dodaje biskup. Zatem cokolwiek by politycy mówili, uchodźcy i migranci do Polski dotrą.

 

Polskie państwo jest na to nieprzygotowane. Nie chodzi tutaj tylko o istotne kwestie strukturalne, jak zapewnienie bezpieczeństwa. Główny problem Polaków polega na tym, że wielu z nas żyje w lęku, a politycy zamiast go łagodzić, cynicznie wykorzystują negatywne emocje Polaków, skupiając się na walce o elektorat, kadząc niechęci. Taka tchórzliwa postawa jest skuteczna tylko krótkoterminowo, mianowicie do kolejnych wyborów bądź zewnętrznych sankcji, które mogą paraliżować rodzimą gospodarkę. W dłuższym biegu, w którym przyjdzie nam mierzyć się z kryzysem, pozostaniemy nieprzygotowani. Co więcej operowanie na lęku będzie skutkowało wzrostem rasizmu i ksenofobii, które są ogromnymi wadami narodowymi wypaczającymi polską, jagiellońską tradycję. Mówili o niej polscy biskupi w dokumencie potępiającym nacjonalizm, a niedawno o jej bolesnym braku pisał dla DEON.pl ojciec Jacek Siepsiak. Gdy migranci do nas przybędą, właśnie te dziś podsycane nastroje mogą nam zgotować piekło na ziemi.

 

Na niechęci można dużo zyskać. Łatwo wtedy zbudować atmosferę empatii z "nami" i skoncentrować własne środowisko na sprzeciwie wobec "innych". Bardzo prosto operuje się na podziale "my" kontra "oni". Problem w tym, że właśnie z takich opozycji wzięła się gettoizacja i niechęć do migrantów, a także ich dzieci w krajach, które dawniej ich przyjęły. Właściwie wszyscy zamachowcy, którzy w ostatnich latach dokonywali ataków w Europie, byli Europejczykami, którzy tu się wychowali i otrzymali wykształcenie. Wielu zadaje sobie pytanie: jak to możliwe, że to zrobili? Podkreślanie ich europejskości staje ością w gardle - łatwiej przestraszyć figurą obcego, "islamisty", a nie człowieka wywodzącego się z naszej kultury. Skąd się wzięli? Z odrzucenia i niechęci podsycanej przez państwo, media, wyszydzenie przez innych współobywateli.

 

Znamy te scenariusze, bo w Polsce przerabialiśmy je przed wojną w stosunku do Żydów. Z jednej strony dziś lubimy myśleć o tym czasie jako o idyllicznej epoce zgodnej koegzystencji, ale zwykle Żydzi byli traktowani jako obcy. Przypinano im łatkę kolaborantów z zaborcami (bo to do Żyda należała karczma, w której zaborca rozpijał Polaków), wroga chrześcijan czy kogoś, kto mieszka zaraz obok, a nie chce się integrować. Oba te obrazy zawierają jakieś ziarno prawdy, bo choć Polska stanowiła szczególny przykład udatnie funkcjonującego państwa wielokulturowego, to jednak patrząc na dwa środowiska - polskie i żydowskie - nie sposób widzieć w nich monolity. W obu przejawiały się rozmaite poglądy na temat "tych drugich", ale i nas samych. Występowały podziały, ruchy integrystyczne, ale i postawy otwartości. Dzielnice żydowskie stanowiły samodzielne enklawy, w których właściwie nie mieszkali Polacy. Przecinały się rozmaite poglądy polityczne: tak jak wśród Polaków byli i socjaliści, i narodowcy, tak też wśród Żydów miały miejsca często brutalne starcia między prawicą i lewicą. Wielu Polaków traktowało z nieufnością nawet tych Żydów, którzy pragnąc się zintegrować, przechodzili na katolicyzm. Jednak musimy pamiętać, że obok grozy antysemityzmu pojawiała się postawa prawdziwego chrześcijańskiego miłosierdzia. To nie przypadek, że wśród Polaków jest najwięcej Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. W godzinie najtrudniejszej próby narodu wybranego sprawiedliwi ratowali przecież swoich sąsiadów - tych, którzy mieszkali obok nich.

 

"Najważniejszym punktem odniesienia nie może być interes państwa czy bezpieczeństwo narodowe, lecz jedynie człowiek" - to zasada wyrażona w 2013 r. w dokumencie "Cor Unum" wydanym przez dwie papieskie rady. Jak przyjmiemy migrantów, gdy wreszcie przybędą do Polski? Czy chrześcijańską gościnnością - jako braci i siostry, czy odrazą? Chciałbym się mylić, lecz biorąc pod uwagę obecną, groźną tendencję, prawdopodobnie Polska potraktuje ich jako obcych i gorszych. Nie wiem, czy w Polsce dojdzie kiedyś do zamachu terrorystycznego i gorąco się modlę o to, by nie doszło, ale takie zachowanie może przynieść niebezpieczeństwo terroru, za który współodpowiedzialni będą między innymi ci, którzy dziś na lęku operują i go podsycają - także z sejmowych mównic i pierwszych stron gazet.

 

Karol Kleczka - redaktor DEON.pl, członek Klubu Jagiellońskiego, doktorant filozofii na UJ.