Szanuję ludzi, którzy zbierają ketchupy z McDonalda

Szymon Żyśko Szymon Żyśko
data12.11.2017 09:00

(fot. shutterstock.com / aj)

Cukier ze Starbucksa, ketchup z McDonalda, sos do kurczaka w KFC, pita jako przystawka w greckiej knajpce - jeden ruch ręki i wszystko ląduje w koszu. "Przecież to tylko mała darmówka" - mówimy. Ani to małe, ani darmowe. Tylko w Polsce każdego roku marnuje się ponad 9 mln ton jedzenia. Marnotrawstwo jest wliczone w koszty twojego posiłku.

 

Wiele razy byłem świadkiem podobnych sytuacji w restauracjach, punktach gastronomicznych i sklepach. Czasami ktoś się opierał pokusie wyrzucenia do śmieci tzw. "darmówek", ale szybko był pacyfikowany przez swoje środowisko. "Zgłupiałeś? Zostaw to. Zbierasz to jak jakiś biedak" - powiedziała kiedyś żona do swojego męża. "Frajer. Co ty nie masz w domu cukru?" - usłyszał student od roześmianego kumpla. "Patrz. Ludzie to się jednak nie szanują" - mówiły między sobą dwie eleganckie kobiety, widząc, jak matka z dzieckiem wybiera zakupy z lodówki oznaczonej napisem "produkty z krótkim terminem". W każdej podobnej sytuacji zadaję sobie pytanie, co jest nie tak z naszym społeczeństwem, że wstydzimy się, ale nie tego, czego naprawdę powinniśmy.

 

Kiedyś z ciekawości stanąłem pomiędzy ludźmi w takiej kolejce przy produktach "z krótkim terminem". Tak zrobiłem swoje pierwsze zakupy na tym dziale. Byłem ogromnie zdziwiony jego wysoką jakością i niską ceną. Od tamtego czasu pierwsze kroki zawsze kieruję w tę stronę. Nie robię tego z oszczędności, ale z poczucia obowiązku i ludzkiego odruchu. Zbyt często mijam każdego dnia ludzi, którzy nie mają co jeść. Patrząc w ich głodne spojrzenia, nie umiem im wytłumaczyć, dlaczego lepiej jest wyrzucić jedzenie niż im ofiarować, a wiem, że taki los czeka zgodnie z prawem wszystkie "przeterminowane" produkty.

 

Nie musimy się porównywać z resztą świata, by zobaczyć, że w Polsce jest pod tym względem bardzo źle. Rocznie marnujemy 9 mln ton jedzenia, a co trzeci Polak przyznaje się, że regularnie wyrzuca jedzenie, którego kupił za dużo. Dlaczego tak się dzieje? Myślę, że przede wszystkim nie jesteśmy nauczeni racjonalnych zakupów i gospodarowania. Lata komunizmu, a później otwarcie na Zachód i zachłyśnięcie się dobrobytem sprawiły, że kupujemy za dużo i za często. Wszechobecne promocje kuszą nas, by kupować podwójne czy potrójne ilości, tylko po to, aby otrzymać coś gratis. W rzeczywistości jesteśmy ofiarami doskonałej kalkulacji: nam się wydaje, że oszczędziliśmy, a producent nie jest na tym stratny. Gratisy hipnotyzują, ale w skali roku można się przerazić, ile produktów trafiło na śmietnik tylko dlatego, że kupiliśmy coś, czego nie potrzebowaliśmy.

 

Jest też druga strona medalu. Poznałem zadziwiająco wiele osób, którymi kieruje zwyczajny snobizm. Pracujemy i zarabiamy coraz lepiej. Chcemy, aby konsumpcja odzwierciedlała nasz wysoki standard życia i społeczny awans. Kupujemy już nie tylko dużo, ale i coraz drożej z jednego tylko powodu: "stać mnie". A producenci idealnie wyczuwają nastroje konsumentów. Te same produkty sprzedają w innych opakowaniach, do nazwy dodają "deluxe", a w reklamie usłyszysz najprawdopodobniej o wieloletniej tradycji upraw i recepturze znanej tylko mistrzom. Takie produkty lądują w specjalnych gablotach i nagle, idąc przez market, który znasz od lat, trafiasz do jego części ekskluzywnej, wręcz salonowej. Wszystko na półkach mówi ci, że przecież jesteś tego wart.

 

Wychowałem się w trochę innych czasach. W domu nic się nie marnowało. Suchy chleb stawał się bułką tartą, wyschnięty twaróg zmieniał się w smażony ser, a ziemniaki pozostałe z niedzielnego obiadu w środę były już świeżymi kopytkami. Była też oszczędność. Nie kupowało się więcej niż potrzebowaliśmy. Lepiej, żeby czasem zabrakło niż miało się zmarnować. Zamiast wielkiego marketu mieliśmy mały wiejski sklep, który prócz mleka i świeżego pieczywa w zasadzie zachęcał do zakupów tylko wtedy, gdy naprawdę zabrakło ci czegoś ważnego. Natomiast data przydatności była jedynie podpowiedzią, a nie wyrokiem. Nie pamiętam, byśmy wyrzucili coś w ciemno tylko dlatego, że było "po terminie". Dlatego dzisiaj jestem konsumentem świadomym. Pamiętam również dobrze historie opowiadane przez sąsiadkę, która się mną opiekowała. Ona przeżyła niespotykany głód po wojnie. Była dla mnie bohaterką, bo potrafiła przyrządzić do jedzenia rzeczy, o których nigdy bym nie pomyślał, że można je zjeść.

 

Ja też nie zawsze byłem tak radykalny w swoich poglądach na ten temat. Mam na sumieniu marnotrawstwo. Nie zaprzątałem sobie tym głowy, dopóki nie spotkałem ludzi, dla których moje resztki były luksusem ponad szarą codzienność. Dużo do myślenia dała mi również praca w wielu restauracjach. Polskie prawo sanitarne jest bezlitosne i często zupełnie nieracjonalne. Prawo się zmienia, ale wciąż zbyt wolno. Wciąż jest zbyt wiele sytuacji, w których nie opłaca się producentom i sprzedawcom być dobrym.

 

Mogę zrobić naprawdę wiele. Za każdym razem, gdy mam pewność, że nie wykorzystam dodawanych do zamówienia cukrów, ketchupów czy sosów, zaznaczam, aby mi ich nie dodawać. Większość lokali daje taką możliwość wyboru. Nawet jeśli sami ich nie wyrzucimy, tylko odłożymy gdzieś na bok, to i tak zostaną zutylizowane. Nikt nie zastanawia się, w jakim stanie zwróciłem produkt. Z góry jest oceniany jako niepełnowartościowy. Ryzyko straty jest wliczone w koszty mojego posiłku. Nie dostaję nic za darmo. Za wszystko zapłaciłem z góry. Zabranie ze sobą "darmówek" nie jest wcale ujmą na honorze. Docenisz to, ile razy skończy ci się cukier i przypomnisz sobie, że masz w szufladzie kilka saszetek z ulubionej kawiarni. Czy to naprawdę jest powód do wstydu? Bardziej wstydzę się swojego zachowania, gdy przed laty bezrefleksyjnie marnowałem żywność.

 

Koszty żywności, która trafia na śmietniki, również są pokrywane z kieszeni klientów. Za pomocą podwyżek markety wyrównują swoje straty. Najbliższą okazję, aby to zaobserwować, będziemy mieć tuż po Nowym Roku. Przełom stycznia i lutego to najgorszy okres konsumpcji. Wszyscy są przejedzeni, na śmietnikach wylądowały tony żywności. Płacimy za to i ceny rosną.

 

Kilkanaście lat temu pojawił się freeganizm, czyli antykonsumpcyjny styl życia nazywany złośliwie "jedzeniem ze śmietników". Oszczędzanie nikogo nie kręci, ale wystarczyło nadać chwytliwą nazwę i zrobić z tego modę, żeby w każdym mieście (nawet w Polsce) znalazła się grupa podobnych zapaleńców. Przywołuję ich tutaj świadomie, bo kilka dni temu przeczytałem ciekawy reportaż o tej subkulturze. Byłem przerażony tym, jak marnuje się jedzenie dobrej jakości tylko dlatego, że właśnie minął termin. Freeganie mają doskonale zorganizowany system dystrybucji. Wiedzą, kiedy i gdzie robione są przeglądy i wyrzucane jedzenie. Z koszy wyjmują żywność jeszcze chłodną od lodówek, w których była przechowywana. Wiedzą doskonale, jakie rzeczy są obarczone większym ryzykiem i co można dłużej trzymać.

 

Nie zachęcam nikogo do freeganizmu, ale z tej historii płynie ważna lekcja: znaczenie terminu przydatności do spożycia w dużej mierze ma swoje korzenie w ekonomii. Chodzi o gwarancję, którą daje producent. Prawidłowo przechowywane produkty jeszcze po terminie bywają pełnowartościowe. W wielkich marketach jedzenie oddaje się do utylizacji w obawie przed konsekwencjami prawnymi. Sprzedawcy obliczają zapotrzebowanie na podstawie różnych wskaźników. Jednym z ważniejszych są preferencje konsumentów, które zdradzają nie tylko co, ale też ile jesteśmy w stanie kupić. W dłuższej perspektywie mamy więc wpływ na to, co trafia na sklepowe półki, a może bardziej ile tego trafia. Uświadamianie sobie, jak wygląda konsumpcja w moim domu, to nie tylko wzmocnienie budżetu w czasie teraźniejszym, ale również inwestycja w przyszłość. Nasze dzieci wejdą w dorosłe życie z konkretnymi nawykami, jakie przejęli w rodzinnych domach.

 

Szanuję tych wszystkich ludzi, którzy żyją świadomie. Cenię osoby, dla których większym wstydem jest brak szacunku dla żywności, niż kupowanie przecenionych produktów. Cieszy mnie, że powstają "jadłodzielnie", gdzie po sąsiedzku możesz oddać nadmiar jedzenia do lodówek, z których każdy, kto tylko potrzebuje, może coś dla siebie wyjąć. To wszystko jeszcze nam się wydaje zbyt śmieszne, zbyt hipsterskie, ale głód może nadejść w każdej chwili. Żyjemy na kredyt wobec ziemi i siebie wzajemnie. Dziś klęska głodu nawiedza kraje Afryki, ale powoli zbliża się też do Europy. Bogactwo nie jest źródłem odnawialnym, gdy jedni je gromadzą, inni muszą tracić. Jak mówi stare przysłowie: apetyt rośnie w miarę jedzenia. Miarą wielkości społeczeństwa nie jest uśredniony dobrobyt wyrażony w liczbach i tabelach, ale to, czy realnie służy on wszystkim obywatelom. Przepaść między najbiedniejszymi a bogatymi jest pełna zmarnowanej żywności. Przydałby się raczej most, który pomoże się nam dzielić.

 

Szymon Żyśko - redaktor DEON.pl, grafik, autor bloga nothingbox.pl