Jak będzie wyglądał Kościół przyszłości?

Szymon Żyśko Szymon Żyśko
data11.02.2018 09:00

(fot. shutterstock.com)

W jaki sposób dusza jest związana ze świadomością? Czy będzie ją można przenosić pomiędzy ciałami? Czy ja i mój klon będziemy mieć jedną duszę? Co się stanie, gdy ktoś postanowi sklonować Jezusa? To mogą być prawdziwe pytania, wobec których stanie Kościół za kilkaset lat.

 

Od zawsze bardziej przerażały mnie thrillery niż horrory. Były mocniej osadzone w rzeczywistości i sprawiały wrażenie, że mogą mówić prawdę. Tym kluczem podąża Netflix. Prawie każda z jego nowych produkcji mówiących o mrocznej wizji przyszłości i człowieka staje się z miejsca hitem, bo dużo w nich prawdziwych lęków. Oglądanie kina i seriali weszło na wyższy poziom, nie jest już tylko niewymagającą i niezobowiązującą rozrywką, ale seansem budzącym wątpliwości, stawiającym odbiorcę niczym studenta wobec problemów poruszanych na seminarium akademickim. Domagają się od nas odpowiedzi i pogłębionej refleksji. Jedna z ostatnich produkcji Netflixa szczególnie mnie zainteresowała, bo pokazuje Kościół katolicki przyszłości. "Altered Carbon" budzi we mnie lęk i fascynację. W życiu nie chodzi o to, by nie dożyć gorszych czasów, ale by do nich nie dopuścić. Fantastyczne problemy mogą już wkrótce być codziennością, którą będziemy konfrontować z Ewangelią. Wiara to jedno, ale czym będzie moralność i na jakie problemy odpowiedzi szukać będzie etyka za 400 lat? O tym trzeba pomyśleć już teraz.

 

"Klątwa" życia wiecznego

 

"Altered Carbon" porusza wątek digitalizacji świadomości. Ciało, które Kościół nazywa świątynią Ducha Świętego, w świecie modyfikowanego węgla beznamiętnie nazywane jest tylko powłoką. Głównie dlatego, że nie znaczy już nic samo w sobie, a jego wartość ocenia się przydatnością do użytkowania. Ciało można zmienić, porzucić, sklonować i naprawić za pomocą technologii bionicznych. Liczy się tylko mały krążek o kształcie dysku, tzw. stos, który montuje się w kręgosłupie. To w nim jest ukryta cała świadomość i osobowość człowieka, którą można przenosić pomiędzy ciałami. Istnieje też pojęcie "prawdziwej śmierci", czyli nie tylko zniszczenie powłoki, ale również samego stosu. Jedynie najbogatszych stać na przesyłanie kopii zapasowej swojej świadomości do tzw. chmury, dzięki czemu są potencjalnie nieśmiertelni. Żyją tak od setek lat, pomnażając swój majątek. Mieszkają ponad chmurami, bo brzydzi ich brud i ubóstwo ludzi, które jest efektem ich zbrodniczej polityki i układów. Sami są postrzegani jako bogowie.

 

Tu jednak do walki o człowieka wchodzi Kościół katolicki. Głosi, że jest tylko jedno "życie w ciele danym ci od Boga" oraz wieczne potępienie dla tych, którzy przenoszą świadomość między powłokami. Pojawia się pojęcie neokatolików, którzy poddają swoje stosy kodowaniu mającemu zapobiec ich ponownemu wybudzeniu po śmierci. Wierni, którzy tego nie dokonali, nie mogą przyjmować Komunii, a wybudzenie jest grzechem śmiertelnym z kategorii tych przeciwko Duchowi Świętemu, których nie można zmazać. "Prawdziwa śmierć" staje się aktem miłosierdzia, bo daje ci szansę na życie wieczne, nie zdziw się więc, gdy ktoś udzieli ci ostatniego namaszczenia i przestrzeli twój stos. Słowo "ostatnie" nie jest przypadkowe, bo to prawdziwy sakrament pożegnania ze światem. Jest też motyw święta zmarłych, który zyskuje zupełnie nowe znaczenie. Czy jego obchodzenie jest możliwe w takim świecie? Tak, ale bardziej przypomina ono meksykański kult Santa Muerte. Niektórzy wybudzają z tej okazji swoich bliskich, spędzają z nimi wieczór, a w tle wisi krzyż z Jezusem. Co doprowadziło ludzi to takiej samozagłady? Jak mówi jedna z bohaterek: "mieliśmy być aniołami".

 

Ten serial zasiał we mnie ziarno niepewności. Dość poprawnie zdefiniował problemy i położył nacisk na kluczowe dla Kościoła sprawy, które trudno dziś sobie wyobrazić. Może właśnie dlatego nie wydaje się on tak bardzo wydumany i budzi mój niepokój. Myśląc o przyszłości wielu twórców wymazuje z niej obecność chrześcijan. Świat jest bez religii albo powraca do pierwotnych wierzeń, bardzo naturalistycznych. Pierwszy raz spotkałem się z obecnością katolików w całkowicie nowym uniwersum, a to zmusza do refleksji. Czy potrafimy sobie w ogóle wyobrazić naszą obecność za kilkaset lat?

 

Kościół uczy się reagować

 

Na przestrzeni wieków wydarzyło się wiele rzeczy, których Kościół się nie spodziewał, na które nie był przygotowany i które krytykował. Pod koniec XIII wieku papież Bonifacy VIII uznał większość zabiegów medycznych za grzech, zakazując też sekcji zwłok. Nikt nie myślał o naruszaniu ciągłości tkanek, absolutną fantastyką było w ogóle myślenie o możliwości przeszczepu organów. Efektem tych samych lęków znacznie później było stworzenie przez popkulturę postaci potwora Frankensteina. Teoria heliocentryczna siała zgorszenie w XV wieku, a Galileusza, który przyznawał rację Kopernikowi, zrehabilitował dopiero Jan Paweł II, przyznając, że prześladowanie go było błędem Kościoła.

 

Świat jednak wciąż się rozwijał i dużą zasługę mieli w tym właśnie duchowni oraz wierni, którzy latami musieli czekać na uznanie ze strony Kościoła. Każde nowe odkrycie rodziło niezadane wcześniej pytania. Gdy pod koniec XIX wieku mroki miast zaczyna rozjaśniać opatentowana przez Thomasa Edisona żarówka, duchowni zaczęli pytać, czy użycie elektrycznego światła w kościołach jest godne i zgodne choćby z prawem liturgicznym. Odkrywcy i misjonarze opisywali lęki tubylczych plemion przed nagrywaniem i fotografowaniem - pojawiło się pojęcie okradania z duszy. Nawet Elżbieta II miała opory przed pierwszą telewizyjną transmisją życzeń bożonarodzeniowych do poddanych i poczucie, że traci przez to coś bardzo ważnego. W czasach jej wczesnej młodości radio wydawało się szczytem technologii, na którą może sobie pozwolić monarchia. Dzisiaj kamera towarzyszy nam wszędzie od transmisji mszy świętych po papieskie błogosławieństwo "Urbi et Orbi". Te wszystkie przełomy robią wrażenie tylko z perspektywy dłuższego czasu, ale zmiany postępują nawet teraz. Im bliżej jesteś rewolucji, tym trudniej ją dostrzec. Chociaż od 1990 roku do 2000 minęło zaledwie 10 lat, to między nimi tak naprawdę jest luka mieszcząca całe pokolenie. Ludzie urodzeni w tym przedziale różnią się od siebie mentalnie bardzo mocno. Jakby zabrakło fragmentu układanki.

 

Tesla w kosmosie

 

Jak bumerang wracają dawne przepowiednie, które spełniają się na naszych oczach. Stanisław Lem w "Powrocie z gwiazd" przewidział już w 1961 roku walkę klasycznych książek z czytnikami e-booków. Sama hipoteza, że mogłyby istnieć alternatywne źródła słowa pisanego, nie była nadzwyczajna, ale już precyzyjne opisanie, jak mogłoby to wyglądać, tak. "Książki to były kryształki z utrwaloną treścią. Czytać można je było za pomocą optonu. Był nawet podobny do książki, ale o jednej, jedynej stronicy między okładkami. Za dotknięciem pojawiały się na niej kolejne karty tekstu" - pisał Lem. Później wszystko przyspieszyło. Ludzie wylądowali na Księżycu, zaczęli klonować złożone struktury i organizmy, aż doszliśmy do momentu, kiedy wirtualny świat stał się na tyle rzeczywisty, że powstało pojęcie cyberprzestępczości.

 

Gdzieś mniej więcej do końca lat dziewięćdziesiątych największe odkrycia związane były z medycyną i technologiami wojskowymi. Kilka dni temu Elon Musk pokazał, że w najbliższych dekadach będą się liczyć w tym wyścigu prywatni inwestorzy zdobywający swój ogromny kapitał na usługach i produktach, od których uzależnia się społeczeństwo. Bo o ile jesteśmy w stanie zrozumieć, że wystrzelenie Falcon Heavy miało też wymiar badawczy i naukowy, to już wysłanie na orbitę czerwonego samochodu Tesli wydaje się jedną z najbardziej absurdalnych rzeczy, jakie widzieliśmy w historii. Manekin przebrany w strój kosmonauty pędzi w stronę Marsa, słuchając Davida Bowiego, tylko po to, by udowodnić przewagę Muska nad innymi w tym wyścigu. A to ma ośmielić konkurencję do rywalizacji nie tylko o podbój kosmosu, ale przede wszystkim o przesuwanie granic, które uchodziły za niezmienne. Z punktu widzenia klienta była to z kolei mocna reklama z jasnym przekazem: Musk jest szaleńcem dotrzymującym słowa, dlatego wart jest twoich pieniędzy. Jednocześnie pragniemy i boimy się sztucznej inteligencji. Jeśli nami kiedyś zawładnie, to nie dlatego, że okaże się sprytniejsza, ale dlatego, że my pozbawieni jej okażemy się całkowicie bezradni.

 

 

Wirtualna łaska Boża

 

Wszystko, co widzimy w takich serialach jak "Black Mirror" i "Altered Carbon", jest do osiągnięcia przez naszą cywilizację. Jeżeli komuś wydaje się, że w świecie przyszłości nie ma miejsca na wiarę i religię, to jest w błędzie. Może wręcz nigdy bardziej nie będzie ona potrzebna niż za kilkaset lat. Ewangelia nawet przetłumaczona na inne języki lub wyrażona niewerbalnie niesie zawsze to samo przesłanie. Jest jedynym uniwersalnym prawem, które ma szansę podjąć dialog z absolutnie każdą sytuacją, w jakiej znajduje się człowiek; z każdym światem, jaki zostanie stworzony jego rękami.

 

Trudno wymagać od Kościoła, żeby zajmował się fantastyką. Setki lat jego istnienia pokazują, że choć momentami opieszale, to jednak częściej reagował w porę na zjawiska społeczne i zmiany. Trzeba jednak umieć patrzeć w przyszłość. Nie po to, by pisać scenariusze i przesuwać możliwie jak najdalej granicę wyznaczoną przez paruzję, ale by być przygotowanym. Byśmy za kilkadziesiąt lat nie musieli tłumaczyć naszym wnukom, dlaczego coś jest złe i przekracza pewne granice, ale by rozumieli to naturalnie. By potrafili wartości ewangeliczne przekładać na zupełnie nowe sytuacje, które nie zostały wcześniej przez nas opisane.

 

Pytania o możliwość udzielania sakramentów w wirtualnym świecie wydają się najlżejsze z tych, które możemy zadać dzisiaj. Zresztą od wielu lat, jeszcze przed epoką Internetu, Kościół zajmował się tym problemem. Sakrament to znak łaski, która wydarza się między Bogiem i ludźmi, dostępny jest tylko w pewnej określonej relacji. Czy relacje utrzymywane przez łącza i światłowody są prawdziwe, czy tylko symboliczne? Jak zmierzyć obecność człowieka w jego wirtualnym awatarze? Czy świat stworzony przez Boga może Go ograniczać? Czy to, co stwarza człowiek, jest zawsze tym, co chciał stworzyć też Bóg? Tylko to jedno zagadnienie budzi tak wiele wątpliwości.

 

Jestem w stanie sobie wyobrazić, że Kościół może odnieść się do fantastycznych teorii i ustalić pewne nieprzekraczalne granice dla technologii, medycyny oraz spraw, o których dziś nam się jeszcze nie śni. Jesteśmy dumni z postępów w klonowaniu i in vitro, szukamy skutecznej metody poddawania człowieka sztucznej hibernacji - wydaje nam się to bezpieczne, ale kiedyś możemy zabrnąć za daleko. I pytania wtedy mogą być naprawdę przerażające. Czy sklonowany człowiek ma tę samą duszę, co jego pierwowzór? Czy przyjęty przeze mnie chrzest naznacza również mojego klona? Czy jeśli poddam się hibernacji to jestem żywy, czy już martwy i czy można mi udzielić sakramentów? Czy Cud Eucharystyczny może kiedyś posłużyć uzyskaniu DNA i sklonowaniu Jezusa? Kim wtedy będzie ta postać? Gdzie mieszka ludzka dusza: w świadomości, w podświadomości, a może sama nimi jest? A co jeśli przyjdzie nam do głowy pomysł tworzenia klonów jako fabryki organów na przeszczepy dla nas? Jak je traktować, podmiotowo czy przedmiotowo? To szalone teorie i mam nadzieję, że nigdy się nie wydarzą. Nie wiem, jak daleko zabrnie człowiek w swojej ekspansji i czy będzie tak źle i mrocznie, jak to rysuje popkultura. Jestem natomiast pewny, że Ewangelia i ludzie nią żyjący zawsze będą stać na straży godności każdej istoty żywej. W każdym stuleciu będą tak samo stanowczo sprzeciwiać się podobnemu traktowaniu kogokolwiek.

 

Słabość wszystkich wizji przyszłości

 

Kościół nie powinien bać się trudnych pytań i hipotez - jego odpowiedź dzisiaj generuje przyszłość jutra. Chociaż głupio je brać bezpośrednio z seriali i takich tekstów jak ten, to są one jakimś obrazowaniem naszych lęków i wątpliwości, a te zawsze warto brać pod uwagę. Pytania będą z czasem coraz trudniejsze, ale odpowiadanie na nie ma sens tylko wtedy, jeśli ceną jest zbawienie człowieka. Bo najważniejsze Kościół zawsze ma do zrobienia tu i teraz.

 

Ludzie uwielbiają się bać w granicach bezpieczeństwa, najnowsze produkcje Netflixa burzą ten spokój. Zaczyna się robić nieprzyjemnie, gdy odkrywamy, że za fantastycznymi odkryciami przyszłości mogą stać nasze uzależnienia od Facebooka, Instagrama i Twittera. Z lękiem spoglądamy na własny telefon leżący przy łóżku i odkrywamy, że tak naprawdę pragniemy wolności. Wszystkie te filmy mają jedną słabość - pokazują ludzkość jako upadłe i zniszczone stworzenie, któremu zależy tylko na bogaceniu się kosztem innych. A ja wierzę w człowieka, bo został stworzony na podobieństwo Boga. Nawet najbardziej mroczne, ale wciąż jednostkowe przykłady nie zmienią tego, że w naturę mamy wpisane szukanie dobra.

 

Szymon Żyśko - dziennikarz i redaktor DEON.pl, publicysta, prowadzi autorskiego bloga www.nothingbox.pl