Dlaczego ksiądz boi się kobiet w spodniach?

Angelika Szelągowska-Mironiuk Angelika Szelągowska-Mironiuk
data15.05.2018 09:00

(fot. Nastya Polyakova / Unsplash)

Mężczyźni, którzy głoszą tego rodzaju reakcjonistyczne teorie, zwykle po prostu nie mają pojęcia o kobietach. Mają w głowie urojony obraz dawnych (cokolwiek to znaczy) niewiast. Jeżeli takie rewelacje wypowiada duchowny Kościoła katolickiego - i to w stopniu doktora! - to jest to znak, że być może wielu księży i duchowych przewodników o kobietach, czyli połowie ludzkości, wie tyle, co nic. To z pewnością nie zachęca pań do bycia sobą we wspólnocie Kościoła.

 

Jak nazywa się system, w którym mężczyźni mówią kobietom, jakie powinny być, bo uważają, że mają prawo (lub uświęcony obowiązek) kształtować je według swoich upodobań? Taki stan rzeczy nazywamy patriarchatem. A czy chrześcijanin powinien taki ustrój wspierać i wzmacniać?


Otóż nie. Uczniowie Chrystusa wierzą w to, że wszyscy ludzie rodzą się równi (co nie znaczy tacy sami), a kobiety nie są przedmiotami, których rolą jest zadowalanie mężczyzn. Taki tok rozumowania był właściwy dla niektórych religii pierwotnych oraz ustrojów, które niby flirtowały z chrześcijaństwem, ale ich rdzeń pozostał twardy, nieugięty wobec postulatu uczłowieczenia niewiast, który głosił sam Chrystus. 


W Kościele męski głos wciąż jest dominujący - i do pewnego momentu można się do tego przyzwyczaić i okazać wyrozumiałość. W końcu przez wieki to mężczyźni (biali i nieżonaci) uprawiali naukę i opisywali świat oraz Boga, a swój punkt widzenia przekazywali - czasami wręcz narzucali - innym. Wiadome jest zatem, że musi minąć trochę czasu, zanim kobiety zostaną w Kościele dostrzeżone, duchowieństwo zacznie wreszcie dostrzegać ich potrzeby (bo, z całym szacunkiem, nie dotyczą one tylko macierzyństwa i tego, jak przekonać chłopaka do życia w czystości przedmałżeńskiej).


Zdarzają się jednak sytuacje i wypowiedzi, na które nie można patrzeć przez palce, które wręcz "ociekają" absurdem. Jedną z nich jest kazanie ks. dr. Pawła Murzińskiego, który wyraził zaniepokojenie postępującą emancypacją dzisiejszych kobiet. Owo zepsucie i upadek kobiecości wyraża się między innymi w tym, że współczesne panie noszą spodnie. Można się z tego wystąpienia śmiać, można się wściekać, można pewnych cytatów użyć do produkcji antykościelnych memów. Ja jednak w związku z tym filmem czuję przede wszystkim głęboki niepokój. Dlaczego?


Po pierwsze dlatego, że mężczyźni, którzy głoszą tego rodzaju reakcjonistyczne teorie, zwykle po prostu nie mają pojęcia o kobietach. Mają w głowie urojony obraz dawnych (cokolwiek to znaczy) niewiast, które były pokorne i cichego serca, w wolnych chwilach oddawały się nabożnej modlitwie i zbieraniu ziół, a czyniły to zawsze boso i w białych, zwiewnych sukienkach. Gdy dostrzegały mężczyznę, rumieniły się i chowały niczym Aurora ze "Śpiącej królewny" na widok księcia, a każda z nich marzyła jedynie o tym, by pewnego dnia móc powić syna. Takie wyobrażenia o dziewczynach i kobietach z dawnych epok nie mają, rzecz jasna, zbyt wiele wspólnego z prawdą - jest to jedynie projekcja marzeń niektórych mężczyzn, pragnących mieć przy boku partnerkę słabą i uległą - bo przecież, jak pisał o naszym gatunku Tolkien, "ludzie ponad wszystko pożądają władzy". Jeżeli takie rewelacje wypowiada duchowny Kościoła katolickiego - i to w stopniu doktora! - to jest to znak, że być może wielu księży i duchowych przewodników o kobietach, czyli połowie ludzkości, wie tyle, co nic. To z pewnością nie zachęca pań do bycia sobą we wspólnocie Kościoła.


Po drugie, z tego kazania wyziera wręcz przemoc i opresyjny stosunek do kobiet - kolejny raz mądry, postępujący moralnie mężczyzna uczy niemądre i zepsute kobiety, jak powinny żyć, aby... podobać się mężczyznom (czyli właściwie podmiotowi mówiącemu). To naprawdę nie sprzyja rozwojowi Kościoła, że jego pasterze tak bardzo osadzeni są w patriarchalnym stylu myślenia. Jezus głosił przecież ponadczasowe zasady moralne, a nie zalecenia dotyczące mody - dzięki temu Jego Słowo wciąż pociąga ludzi i potrafi zmieniać rzeczywistość. Kościół, który skupia się na zagadnieniach związanych z podziałem ról płciowych i zewnętrznych formach wyrazu męskości lub kobiecości (które nieustannie się zmieniają), ryzykuje zepchnięciem na margines. Za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat antyklerykałowie będą przemówienia ks. dr. Murzińskiego używać jako dowodu na to, że KK to instytucja, która była i jest wroga kobietom. Przemoc względem kobiet to przecież nie tylko bicie za "zbyt słoną zupę", ale także wywyższanie się, emocjonalny szantaż "na dawne, lepsze czasy", brak pokory. To smutne, że ks. dr Murziński (i pewna część duchowieństwa) jest wciąż dotknięta tą chorobą.


Po księdzu z doktoratem można się także spodziewać znajomości Pisma i wiedzy, które fragmenty są obowiązującym nas Prawem, a które stanowią zapis zwyczajów żydowskich sprzed tysięcy lat. Powoływanie się na Księgę Kapłańską w celu "udowodnienia", że mamy dziś do czynienia z upadkiem kobiecości, jest nieporozumieniem. Ks. Murziński nie jest w swoim żonglowaniu cytatami odosobniony - czyni to wielu katolików, którzy albo nie mają wiedzy, jaką przekazują nam bibliści, albo też ich lęk przed zmianami zachodzącymi w świecie jest tak wielki, że wolą z fragmentów Biblii uczynić sobie schron - nawet za cenę merytorycznych klap. A przecież zwyczaje, styl życia czy ubioru zmieniały się zawsze i będą się zmieniać, dopóki ziemia istnieje. To, w jaki sposób ludzie wyrażają swoją przynależność do określonej płci i jakie obowiązki mają kobiety i mężczyźni, również nie jest niezmienne. Należałoby się z tym pogodzić. Swoją drogą, ks. Murziński, mówiąc o kryzysie kobiecości, sugeruje, że kobiecość może "obumrzeć", "zniknąć" - a przecież krytycy "ideologii" gender (do których ksiądz ten również się zalicza) twierdzą, że płeć jest niezmienna, że wiara w to, że męskość i kobiecość są płynne, to urojenia wrogich Kościołowi "genderystów"... Wyczuwam tutaj zatem pewną niespójność.


Film z kazaniem ks. dr. Murzińskiego po raz kolejny przypomniał mi o pewnej ważnej prawdzie: cokolwiek czytamy, oglądamy czy słyszymy, musimy zachowywać czujność. Nawet to, że ktoś jest ubrany w sutannę, ma tytuł naukowy i do udowodnienia swoich tez używa cytatów z Pisma Świętego, nie oznacza wcale, że jego słowa są prawdziwe i zgodne z nauczaniem Kościoła katolickiego czy zdrowym rozsądkiem. Duchowni, znane autorytety, a nawet wielcy święci czasami mówią rzeczy, które są zwyczajnie irracjonalne - przykładem może być wypowiedź św. Ojca Pio, który twierdził, że kobiety ubrane w spodnie powinny mieć zakaz wchodzenia do kościoła...


Obecność tego rodzaju wystąpień duchownych w Internecie jest wyzwaniem dla naszego intelektu - bo musimy niejako "przecedzać" przez sito rozumu i naszej wiedzy ich wypowiedzi. Sądzę, że jest to także sprawdzian naszej wiary oraz... miłości - bo przecież musimy (i chcemy!) wytrwać w wierności Kościołowi. Nawet wtedy, kiedy personel tej instytucji mówi rzeczy absurdalne - bo przecież jesteśmy tutaj przede wszystkim ze względu na Założyciela naszej wspólnoty, który odznaczał się przecież łagodnością, rozwagą oraz Boską mądrością.
I, w odróżnieniu od wielu współczesnych duchownych, umiejętnością wygłaszania doskonałych przemówień.

 

Nagranie homilii ks. Pawła Murzińskiego można zobaczyć tutaj>>

 

Angelika Szelągowska-Mironiuk - psycholog i copywriter. Wierząca i praktykująca. Prowadzi bloga katolwica.blog.deon.pl