Katechetka - kryzysowy wychowawca czy nauczyciel do bicia?

Joanna Długosz
data24.05.2018 08:00

(fot. Archiwum Prywatne - Joanna Długosz)

Katechetka, pani od religii - byt pośredni między zakonnicą a przedszkolanką. Kojarzony przez wielu z szarym golfem i oazowymi piosenkami. Ile krzywdzących stereotypów wciąż jeszcze powiela się, mówiąc o nauczycielach religii?

 

Dzisiaj katecheta to ktoś więcej niż nauczyciel, który przez osiemnaście godzin tygodniowo wykłada katechizm i odpytuje z przykazań. W moim idealnym wyobrażeniu nauczyciel religii to "dobry duch" szkoły, który ewangelizuje zawsze i wszędzie, a kiedy jest to konieczne, używa do tego także słów, nie tylko czynów. A w praktyce...

 

Jestem katechetą wszędzie dla wszystkich

 

Katēchéō oznacza wywoływać echo - pobudzać do wiary, do dobra. Praca katechety nie kończy się z dzwonkiem i zamknięciem drzwi sali lekcyjnej, nie tylko dlatego, że dzieci potrafią z drugiego końca zatłoczonej ulicy krzyczeć: "O! Pani od religii!!!". To oczywiste, że nauczyciel pracuje także poza szkołą, przygotowując się do lekcji i poprawiając sprawdziany. Zazwyczaj jednak nie uczy matematyki podczas przerw czy przypadkowych spotkań w sklepie, a tym bardziej nie uczy rodziców uczniów czy swoich koleżanek z pracy. Mam silne poczucie, że bycie nauczycielem religii nie kończy się na lekcjach z moimi uczniami.

 

Bardzo często także podczas rozmów z rodzicami przekazuję - nawet mimowolnie - treści związane z wiarą i etyką. Każda rozmowa wychowawcza jest dodatkową możliwością, by wskazać na chrześcijańskie nurty w wychowaniu dzieci, na rolę wiary i wartości, a czasami na przekór opiniom na temat ucznia szukać w nim dobra i to na nim koncentrować uwagę rodziców, dając pozytywne wzmocnienia do poprawy zachowania. Katechetą jest się także w pokoju nauczycielskim - tam też swoją postawą i słowami ewangelizuję. Powinnam i chcę być źródłem optymizmu i uśmiechu, który mówi o Bogu niejednokrotnie więcej niż długie wykłady czy kazania.

 

Jestem wychowawcą wszędzie dla wszystkich

 

Zgodnie z wciąż jeszcze obowiązującym prawem, słusznie czy nie, nauczyciele religii nie mogą pełnić funkcji wychowawcy. Jednak z mojej perspektywy niewiele to zmienia. Wielu z moich uczniów traktuje mnie jak zapasowego, kryzysowego wychowawcę. Przychodzą ze swoimi osobistymi problemami, klasowymi konfliktami i niejednokrotnie także z trudnościami w nauce. Jako pani od religii pełnię niekończący się dyżur wychowawczy i w zasadzie nie ma dnia, w którym nie przeprowadziłam z uczniem rozmowy na mniej lub bardziej istotny temat szkolno-życiowy.

 

Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ na lekcjach religii mówię o Dobru, mówię o Miłości i innych normach, które regulują nasze życie. Uczniowie kojarzą więc religię i automatycznie mnie również z pozytywnym i otwartym podejściem do życia, z łagodnością i szacunkiem do drugiej osoby. Często, być może nawet podświadomie, wybierają mnie na osobę, która jest ich zdaniem najbardziej kompetentna do rozwiązywania ich problemów. Nauczyło mnie to, że słuchanie bywa ważniejsze niż mówienie. Najczęściej te dzieci chcą się w pierwszej kolejności wygadać i już samo wypowiedzenie na głos wątpliwości pomaga im samym stawić czoła wyzwaniom.

 

Po drugie nauczyłam się, że czas jest zawsze - na lekcji, na długiej przerwie, w przejściu między salami, w drodze na przystanek. Łatwo znaleźć wymówkę i zaszyć się w pokoju nauczycielskim, by uzupełniać dziennik, ale poświęcenie kilkunastu minut młodemu człowiekowi i obserwowanie jego rozpogadzającego się czoła daje zdecydowanie więcej satysfakcji.

 

Po trzecie i najważniejsze nauczyłam się wdrażania prymatu miłosierdzia nad sprawiedliwością. W szkole, która ze swej natury opiera się na regulaminach i statutach, ożywczą bryzą jest zwrócenie uwagi na człowieka. Nie zawsze jest najważniejsze to, kto poniesie (często bezmyślną) karę, kto zgodnie z przepisami dostanie negatywną uwagę. O niebo - nomen omen - ważniejsze jest, by rozmową i poświęconym czasem dotrzeć do motywacji działania, by uczeń sam sobie potrafił odpowiedzieć na pytania dotyczące jego samego. To podejście z miłością procentuje na przyszłość.

 

Jestem panią od religii... a jaka jest twoja supermoc? (Flp 4,13)

 

Joanna Długosz - z wykształcenia teolog i menadżer. Z pasji i powołania "pani od religii". Prowadzi autorskiego bloga pod tym samym tytułem