"Bozia zawsze nam towarzyszy"

Victor Codina SJ Victor Codina SJ
data05.06.2018 09:00

(fot. shutterstock.com)

Kończąc kurs chrześcijańskiej formacji dla dorosłych w ubogiej dzielnicy Cochabamby (Boliwia), jedna z kobiet uczestniczących w zajęciach wykrzyknęła: "Bozia zawsze nam towarzyszy".

 

Było to prawdziwe wyznanie wiary podobne do tego, które zostało wypowiedziane przez kobietę z tłumu, podczas gdy Jezus przemawiał: "Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś" (Łk 11,27).

 

W Boliwii, podobnie jak w innych krajach Ameryki Łacińskiej, ludzie uwielbiają wszelkiego rodzaju zdrobnienia: na chleb mówi "chlebuś" [pan - pansito], na kawę "kawusia" [café - cafecito], na tatę wołają "tatuś" [papá - papito], o żołnierzu mówią "żołnierzyk" [soldado - soldadito], ksiądz jest "ojczulkiem" [cura - padrecito], siostra zakonna jest "mateczką" [religiosa - madrecita], co więcej, nawet o zmarłym mówi się "umrzyk" [muerto - muertito], a gdy umrze dziecko, to jest ono "aniołkiem" [angelito]... Istnieją także zdrobnienia, których w żaden sposób nie da się przetłumaczyć na inne języki, jak na przykład zaimek wskazujący "tutaj" [aquí], który w Ameryce Łacińskiej wypowiadany jest jako aquisito. Wszystkie te zdrobnienia wskazują na bliskość, czułość, bezpośredniość, niemalże rodzinny stosunek to wszystkich ludzi i całej otaczającej rzeczywistości. W tym kontekście łatwiej zrozumieć, że także o Bogu mówi się, używając zdrobnienia "Bozia" [Dios - Diosito].

 

Mówienie o Bogu "Bozia" jest dalekie od patrzenia na Niego jako na pierwszego poruszyciela, czyli Tego, który jest przyczyną ruchu i podtrzymuje ruch w trwaniu, jako na przyczynę wszystkich przyczyn, jako na byt konieczny i absolut lub byt, ponad który nic większego nie można pomyśleć, jak określali Boga greccy filozofowie i średniowieczni scholastycy. Nie jest On też mysterium tremendum et fascinans ani totaliter aliter fenomenologii religii.

 

Określenie to ma niewiele wspólnego z Bogiem, którego niektórzy teologowie nazywają niezmierzoną i absolutną Tajemnicą, Bogiem, który jest "zawsze więcej i jeszcze więcej", nieosiągalnym Bogiem ukrywającym się w czeluściach nieskończonej niepoznawalności. Nie jest "wszechmogącym i wiekuistym" Bogiem, jak najczęściej określa Go nasza liturgia w modlitwie. "Bozia" jest daleki od wzbudzającego grozę Jahwe, który wśród grzmotów i piorunów objawia się na Synaju, i od nieprzejednanego Sędziego karzącego grzeszników, jak przedstawiały Go liczne moralizatorskie kazania lub też freski i obrazy Sądu Ostatecznego, choćby te najbardziej znane przedstawienia z kaplicy Sykstyńskiej. Nie jest to też Bóg nicejsko-konstantynopolitańskiego wyznania wiary.

 

"Bozia" jest Bogiem bliskim, niemalże członkiem rodziny, dobrym, przebaczającym, miłosiernym, który pragnie naszego szczęścia, aby powodziło nam się w życiu i aby nic złego nas nie spotkało. Jest tym samym Bogiem, do którego Jezus zwracał się Abbá, to znaczy "tatusiu", i czynił to nawet w trwodze konania ogrodu Oliwnego w chwili zbliżającej się męki i śmierci (Mk 14,36). "Bozia" odzwierciedla obraz Boga jako ojca i matki, gdyż jak mówi prorok, gdyby nawet matka zapomniała o swoim niemowlęciu, On nigdy o nas nie zapomni (Iz 49,15). "Lędźwie i wnętrzności" Boga przepełnione są miłosierdziem: On nas prowadzi, troszczy się o nas, jest zawsze blisko nas. Nie jest abstrakcyjnym Bogiem mistyków nadreńskich, lecz Bogiem, którego Tereska z Lisieux odkryła na małej drodze dziecięctwa duchowego.

 

Bez wątpienia ten obraz Boga jest ściśle związany z tajemnicą wcielenia i narodzeniem Jezusa, kiedy to odwieczne Słowo przyjęło ludzkie ciało i zamieszkało wśród nas (J 1,14). Bóg odarł się ze swojej chwały, przyjął postać sługi i stał się podobny do ludzi (Flp 2,6-7). Obraz Boga, jaki ma lud, rodzi się z kontemplacji Dzieciątka Jezus, Małego Mańka - jak się go czasem określa zdrobnieniem imienia Emmanuel. Jest to Bóg, który stał się maleństwem i któremu lud oddaje chwałę w noc Bożego Narodzenia i czci go w figurce domowej szopki. Duch Zmartwychwstałego, duch przybrania za synów, w którym możemy wołać: "Abba, Ojcze!" (Rz 8,15; Ga 4,4), jest tym samym Duchem, który pozwala nazywać Boga, używając zdrobnienia "Bozia" [Diosito].

 

To jednak nie wszystko. Prosta kobieta z Cochabamby, nazywając Boga "Bozią", dodała: "On nam zawsze towarzyszy".

 

Nie jest to Bóg daleki, nieczuły, niewrażliwy jak bogowie z Olimpu. Nie pozostawia nas naszemu losowi, jakbyśmy byli rozbitkami pośrodku oceanu życia, lecz pielgrzymuje wraz z nami: słucha jęków uciemiężonego ludu w Egipcie, prowadzi lud wybrany przez pustynię, jest razem ze swym ludem, dzieląc z nim chwile chwały i upadków, pozwala mu powrócić z niewoli babilońskiej.

 

Jest zmartwychwstałym Panem, który przybliża się jako nieznajomy wędrowiec do uczniów zdążających do Emaus: tłumaczy im Pisma i łamie dla nich chleb (Łk 24,13-35). Jest Nauczycielem, który mówi, że pozostanie z nami aż do skończenia świata (Mt 28,20), i który to poprzez Ducha Świętego prowadzi ludzkość, napełnia okrąg ziemi i dzieli z ludźmi naszej epoki wydarzenia, potrzeby i pragnienia, ucząc rozpoznawać, jakie w nich mieszczą się znaki obecności Boga lub zamysłów Bożych (Gaudium et spes, nr 11). Bo w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy, jak to powiedział św. Paweł na ateńskim areopagu, cytując niektórych greckich poetów (Dz 17,28).

 

"Bozia" towarzyszy nam przez całe życie, w chwilach szczęścia i niepokojów i nie opuści nas w momencie śmierci, gdyż jest tym, który wskrzesił Jezusa z martwych i przywróci do życia także nasze śmiertelne ciała mocą mieszkającego w nas swego Ducha (por. Rz 8,11; Flp 3,21). Któż nas zatem może odłączyć od miłości Chrystusowej (por. Rz 8,28-39)? "Bozia" jest gwarantem naszej nadziei, gdyż zawsze nam towarzyszy, jest Bogiem z nami.

 

Liczni teologowie poszukują krótkiej formuły, w której można by streścić całe wyznanie wiary i która zarazem odpowiadałaby mentalności współczesnego człowieka. "Bozia zawsze nam towarzyszy" jest definicją zawierającą w sobie całą treść biblijnego Objawienia wyrażoną przez zmysł wiary prostego ludu. Wielu biblistów zwraca uwagę, że podstawową prawdą Objawienia nie jest to, że Bóg istnieje, lecz to, że towarzyszy swemu ludowi. Prosty lud nie doszedł do tej prawdy dzięki lekturze mądrych książek i uczestnictwu w kursach teologii, lecz na drodze życiowego doświadczenia. "Bozia zawsze nam towarzyszy" streszcza w prostych słowach większą część biblijnej historii zbawienia. Jest ludową wersją Ewangelii, jest wyznaniem wiary ubogiego ludu.

 

Mesjańska radość Jezusa, który pełen Ducha Świętego wysławiał Ojca, Pana nieba i ziemi, że zakrył tajemnice Królestwa przed mądrymi i roztropnymi, a objawił je prostaczkom (Łk 10,21), nie była brana na poważnie zarówno przez Kościół, jak i przez teologię. Owymi prostaczkami są ci, którzy nie mają władzy ani znaczenia, z którymi nikt nie musi się liczyć. Święty Paweł powiedział nam jednak, że to właśnie tych ubogich i głupich w oczach świata wybrał Bóg, aby zawstydzić mądrych i wielkich tego świata (por. 1 Kor 1,26-31).

Teologia zbyt często nie bierze pod uwagę tej popularnej mądrości chrześcijańskiej mającej swe źródło we współnaturalności ludu z Ewangelią Jezusa i w naturalnym zmyśle wiary, o którym mówi Sobór Watykański II (Lumen gentium, nr 12). Jakoś nie chcemy uwierzyć, że Duch mówi przez ubogich i maluczkich i że to oni posiadają namaszczenie od Ducha Świętego (1 J 2,20.27).

 

Ewangelizujemy lud, uczymy go katechizmu, głosimy kazania, uprawiamy teologię i prowadzimy działalność duszpasterską, używając słownictwa i pojęć wypracowanych przez mądrych i uczonych, które to sformułowania najczęściej przedstawiają Boga jako Wszechmocnego i Wiekuistego, bliższego feudalnym władcom i królom tej ziemi, bogatym właścicielom ziemskim, wielkim przedsiębiorcom i finansistom, bogatym i możnym Pierwszego Świata, a nie jako Boga, który jest abba Jezusa, jest łaskawym i miłosiernym Ojcem ubogich, Bogiem z Magnificat, który strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych, Bogiem, którego Symeon rozpoznał w małym dzieciątku przyniesionym do świątyni przez ubogich rodziców (Łk 2,22-35). Bóg, którego głosimy i nauczamy na katechizacji, bardzo często jest daleki od "Bozi" ubogiego ludu. Być może właśnie dlatego ubogi i prosty lud odchodzi od Kościoła i przeżywa swoją wiarę na marginesie instytucji, często w sposób nieformalny. I być może właśnie dlatego także Pierwszy Świat odrzuca ewangeliczny obraz Boga jako nazbyt infantylny, preferując Boga intelektualistów, wysublimowanej mistyki i dyskusyjnych klubów katolickiej inteligencji.

 

Tymczasem prosty lud doskonale rozumiał Jezusa z Nazaretu. Nauczał ich jak ten, który ma władzę, a jednak w sposób zrozumiały i prosty, używając przypowieści i przykładów wziętych z życia oraz przystępnych obrazów, czerpiąc z tego, co było bliskie słuchaczom (praca na roli, relacje rodzinne i tym podobnych). Czy dzisiaj prosty lud rozumie słowa liturgii, głoszone homilie, encykliki magisterium Kościoła? Czy to prostemu ludowi brakuje inteligencji i w efekcie zdolności zrozumienia, czy też raczej my, mądrzy i roztropni, nie rozumiemy głębi Ewangelii i dlatego nie potrafimy przekazać jej ubogim? Głoszenie ubogim Ewangelii jest jednym z wielkich znaków nadejścia królestwa Bożego (Łk 7,22). Jak głosić Ewangelię ubogim? Czy nie należałoby zacząć, wychodząc od ich egzystencjalnych potrzeb, od realnej sytuacji ich życia, od form, w jakich wyrażają oni swą wiarę?

 

Sformułowanie "Bozia zawsze nam towarzyszy" jest wyzwaniem i profetycznym krzykiem dla tych wszystkich ludzi Pierwszego Świata, dla których Bóg już umarł lub też jest kimś należącym do czasów sprzed rewolucji przemysłowej lub sprzed gwałtownego rozwoju techniki: czymś absurdalnym, pozostałością kulturową zamierzchłych czasów, wobec której lepiej pozostać sceptycznym i obojętnym, zachować zdrowy dystans lub przyjąć wygodną i zdroworozsądkową postawę agnostycyzmu. Dla wielu mówienie o Bogu i publiczne przyznawanie się do swojej wiary nie jest "politycznie poprawne". Można bowiem spotkać się z krytyką lub co gorsza z lekkim uśmiechem drwiny, współczucia, wstydu i zażenowania. Prosty, ubogi lud staje naprzeciw tych nowooświeceniowych grup i głosi prawdę, którą żyje i o której autentyczności jest głęboko przekonany: Bóg istnieje i nam zawsze towarzyszy, nie jest jakąś enigmą, nie jest abstrakcją i absurdem. On jest tajemnicą bliskości i dobroci. Jest "Bozią".

 

Kolejny raz okazuje się, że to ubodzy nas ewangelizują, dając nam obraz Boga, który bez wątpienia musi być pogłębiony i oczyszczony przez wiarę i rozum, na nowo musi być ewangelizowany, jednakże jest to obraz pełen prawdy i mądrości charakteryzującej wiarę ludu ubogiego. Ubodzy są uprzywilejowanym miejscem teologicznym i hermeneutycznym dla zrozumienia Ewangelii. Nadal trudno nam to zaakceptować i zrozumieć. Szczególnie gdy to prosta i uboga kobieta nas ewangelizuje.

 

 

Víctor Codina SJ - jezuita, wybitny teolog latynoamerykański. Urodził się w 1931 roku w Barcelonie. Studia z zakresu filozofii i teologii odbył w Sant Cugat, w Innsbrucku i w Rzymie. Od 1982 roku mieszka na stałe w Boliwii. Łączy pracę duszpasterską w boliwijskich dzielnicach biedy z pracą akademicką na Uniwersytecie Katolickim św. Pawła w Cochabambie. Autor licznych książek i artykułów o charakterze naukowym i popularyzatorskim.
 

* * *

 

Fragment pochodzi z książki Victora Codiny SJ "Kościół wykluczonych. Teologia z perspektywy Nazaretu" wydanej przez Wydawnictwo WAM.