Nie krzywię się, gdy widzę karmiącą w kościele kobietę

Magdalena Urbańska Magdalena Urbańska
data10.06.2018 09:33

(fot. Leandro Cesar Santana / Unsplash)

Mam dwóch synów, obu długo karmiłam piersią. Nigdy nie robiłam tego, siedząc w kościelnej ławce. Z prostego powodu - ludzki wzrok sprawiał mi przykrość. Miałam w sobie jednak pewien rodzaj buntu i determinacji, jak czołg pakowałam się do zakrystii i tam rozsiadałam się jak u siebie.

 

Jaś, mój pięcioletni synek, jest wulkanem energii. Ostatnio podczas mszy uciekł nam w czasie Przeistoczenia i z głosem triumfu zawołał: "Gonisz mnie tata, gonisz!". Innym razem szłam do Komunii z mniejszym (dwulatkiem) na rękach. Gdy podeszliśmy do kapłana, Piotruś złapał za kielich z Hostią i nie chciał puścić. Ksiądz na szczęście wiedział, gdzie go połaskotać, by ten rozluźnił uścisk. Nie czułam się złą matką, dlatego że moje dzieci są… dziećmi. Ludzie jednak nie zawsze patrzą na mnie jak na człowieka równego sobie - jestem problemem, matką, której dzieci nie trzymają się kościelnej etykiety. Jestem tworem, który nie ma prawa być na mszy dla dorosłych, bo dzieci nie siedzą cicho i na baczność. Jestem problemem.

 

W Internecie pojawiają się ostatnio filmiki w ramach kampanii kobiet karmiących piersią. Kilka dni temu widziałam nagranie z supermarketu. Matka schowała się z dzieckiem w toalecie, by móc spokojnie je nakarmić. Dziś zobaczyłam spot nagrany w Świątyni Opatrzności Bożej. Tym razem kobieta zakryta szczelnie pod chustą karmiła w kościelnej ławce.

 

 

Czy wypada karmić w kościele? Znam wiele osób, które twierdzą, że nie przystoi. Kościół to nie miejsce na wystawianie gołych piersi. Małe dziecko (i jego matka też!) powinno siedzieć w domu, a nie pchać się w miejsce święte z nagim gruczołem mlecznym. Czy aby na pewno?

 

Mam dwóch synów - obu długo karmiłam piersią. Nigdy nie robiłam tego, siedząc w kościelnej ławce. Z prostego powodu - ludzki wzrok sprawiał mi przykrość. Miałam w sobie jednak pewien rodzaj buntu i determinacji - jak czołg pakowałam się do zakrystii i tam rozsiadałam się jak u siebie.

 

Pamiętam ten dzień bardzo dokładnie. Pogrzeb mojego ukochanego Teścia. Msza trwała długo, potem jeszcze czekał nas pochówek na cmentarzu i droga na stypę. Wiedziałam, że mój nowo narodzony synek nie wytrzyma kilku godzin bez jedzenia. Nie miałam zamiaru podawać mu sztucznej mieszanki, jak radzono mi to niejednokrotnie.

 

Gdy Piotruś zaczął robić się marudny, wzięłam go na ręce i poszłam do zakrystii. Tam słyszałam całą mszę, a jednocześnie byłam wolna od ludzkich spojrzeń, hałasu, ludzi chodzących mi pod nosem. Nie pytałam wcześniej nikogo o zgodę - dałam ją sobie sama. W trakcie karmienia wszedł do pomieszczenia kościelny - uśmiechnął się tylko i nie miał pretensji, że rozsiadłam się w biskupim tronie (bardzo wygodny i funkcjonalny fotel do karmienia, polecam!). Dla niego to był widok naturalny. Pomyślałam wtedy, że w końcu ktoś normalny w Kościele...

 

Wielokrotnie zdarzało się, że karmiłam w miejscach publicznych - na ławce w parku, w restauracji, w przychodni (na korytarzu). Nigdy nie powiedziano mi wprost, że mam pójść gdzie indziej - ludzkie spojrzenia mówiły mi jednak dużo. Widziałam spojrzenia ludzi w kościołach, gdy któraś matka zaczęła karmić. Nie widziałam nigdy gołego ciała - nie ukrywajmy, kobiety też nie lubią siedzieć nago publicznie. Karmienie nie jest jednak pokazem mody, jest naturalną czynnością fizjologiczną. Czego więc się wstydzimy?

 

Kiedy tysiąc razy słyszysz, że jesteś głupi, w końcu w to uwierzysz. Gdy tysiąc razy ktoś gapi się na ciebie ostentacyjnie, zaczynasz się zastanawiać, co jest z tobą nie tak... Brudna? Goła? Brzydka?

 

Gdy urodziłam pierwszego syna, kończyłam studia podyplomowe na Uniwersytecie Gdańskim. Moja pociecha zostawała w domu z tatą, podczas gdy ja siedziałam kilka godzin na wykładach. Szybko pojawił się pewien problem - potrzebowałam odciągać z nabrzmiałych piersi nadmiar pokarmu. Poszłam z moim problemem do kobiety, która prowadziła nam jedne z wykładów. Zapytałam, czy na terenie uniwersytetu jest pokój do karmienia, gdzie miałabym chwilę spokoju i jakieś wygodne miejsce do siedzenia. Odpowiedź mnie zaskoczyła. Zaproponowano mi toaletę dla osób niepełnosprawnych - jednoosobowa, więc komfort, luz i intymność zapewnione. Nie miałam ochoty na dyskusję o tym, czy moja wykładowczyni chciałaby przygotowywać sobie posiłki w tym miejscu. Sama była młodą matką. Zwyczajnie straciłam wtedy wiarę w to, że świat matki może być światem przyjaznym.

 

Gdy widzę kobietę karmiącą piersią w kościele, nie krzywię się. Raczej się uśmiecham. Jak będzie trzeba, zasłonię sobą, by rzesze świętych parafian nie musiały patrzeć na ten bezbożny proceder. Przesunę się nawet, by mogła mieć więcej miejsca. Jestem gotowa udostępnić jej nawet całą ławkę - byleby było im wygodnie.

 

Nie wiem, czy kampanie takie jak Koniec zabawy w chowanego pomogą kobietom w kościele. Szczerze w to wątpię. Pokolenie krzywo patrzących raczej nie zainteresuje się kampanią, która jest niezgodna z ich oczekiwaniami i sposobem myślenia. Uważam jednak, że są bardzo cennym głosem - należy o nim mówić jak najczęściej, przestać myśleć o sobie jako o katoliku gorszej kategorii w kościelnej ławce.

 

Marzy mi się sytuacja, gdy księża podczas ogłoszeń czy kazania powiedzą za papieżem Franciszkiem - karmcie swoje dzieci w kościele! Być może narażą się starszym paniom, które swoje wiedzą. Może narażą się młodym, dla których karmienie w kościele to skandal. A może by tak postawić wygodny fotel w zakrystii albo gdzieś z boku kościoła? I powiedzieć głośno: zapraszam!

 

Marzy mi się, by kapłani nie krzywili się, widząc dziecko w kościele. Jestem matką, katoliczką. Mam takie samo prawo do udziału w liturgii jak emeryci czy osoby bezdzietne. Moje dziecko ma prawo być w kościele. Można powiedzieć, że skoro biega, skacze i marudzi, to niewiele rozumie. Nie zgadzam się z tym. Jaś udowodnił nam niejednokrotnie, że zostają w nim z mszy rzeczy, których my nawet nie zauważamy. Nie będę mu tego odbierać. Wyznaczam granice jego aktywności, tak by jak najmniej przeszkadzał innym. Nie wyobrażam sobie jednak, by nie wpuszczać małych, piszczących istot do kościoła, bo burzą mój święty spokój.

 

Pytałam ostatnio zaprzyjaźnionego jezuitę, czy przeszkadzają mu małe dzieci na mszy. Często widząc zachowanie Jasia, zachęcał nas, by puścić go wolno. Dziwiło mnie to strasznie - jak to wolno? Przecież zacznie skakać, piszczeć, śpiewać, szarpać cię za albę, bo przecież uwielbia "wujka ojca Piotra"? Ojciec Piotr odpowiedział, że owszem - przeszkadza mu płacz dzieci. Zwyczajnie robi się hałas, gdy przez płacz jednego zaczyna płakać pięcioro innych i nie słychać własnych myśli. Reszta nie robi na nim wrażenia. Takich księży mi trzeba! Przy nim nie wstydziłabym się karmić, wiem, że przyniósłby mi jeszcze poduszeczkę pod łokieć, by było lepiej. Znasz wielu takich księży? Ja tylko jednego... I choć moja granica pozwalania dzieciom na ich aktywność jest inna niż jego, to bardzo cenię jego otwartość.

 

Mawia się, że przykład płynie z góry. Proszę was, drodzy kapłani, sąsiedzi, współparafianie - zacznijcie patrzeć na nas jak na ludzi tak samo potrzebujących mszy jak inni. Popatrzcie na nasze dzieci jak na ludzi, którzy mają potrzebę zjeść. Popatrzcie na nas z miłością. Pozwólcie dzieciom przychodzić do Niego. Błagam, pozwólcie!

 

Magdalena Urbańska - z wykształcenia pedagog i doradca rodzinny. Z wyboru żona, matka dwóch synów. Nie potrafi żyć bez kawy i dobrej książki. Prowadzi bloga niezawodnanadzieja.blog.deon.pl