To jest wyzwanie dla zbliżającego się Synodu

Enzo Bianchi Enzo Bianchi
data22.07.2018 09:00

(fot. PAP/EPA/VATICAN MEDIA / HANDOUT)

Nie chodzi o to by skłaniać młodych "do powrotu" do Kościoła. Potrzebny jest "Kościół wychodzący", który potrafi zjednoczyć się z młodymi, którzy już w nim są, by iść tam, gdzie są ich rówieśnicy, gdzie mieszkają, żyją, cierpią i mają nadzieję.

 

Dwa podstawowe aspekty, związane z przyszłym Synodem Biskupów poświęconym młodzieży wydają się przemilczane w licznych naszych analizach, być może ze względu na nadmierne upraszczanie tematu. Przede wszystkim chodzi o fakt, że jest to Synod Kościoła katolickiego, obecnego na pięciu kontynentach, a nie zgromadzenie ograniczone tylko do Włoch lub Europy i do krajów od dawna chrześcijańskich. Oznacza to, że nie można nie brać pod uwagę faktu, iż Kościoły, w których młodzi ludzie są mniej liczni, to te o starszej tradycji, a Kościoły, które powstały stosunkowo niedawno, to te, w których ludzie młodzi są liczniejsi, proporcjonalnie do średniego wieku w ich społeczeństwach. Oznacza to między innymi, że przekazywanie mądrości związanej z wiekiem napotyka trudności, jeśli nie ułatwia się wymiany i kontaktów między Kościołami w krajach i regionach niejednorodnych: będziemy mieli z jednej strony Kościoły doświadczone, które zwracają się do osób starszych, ale trudno im znaleźć odpowiedni język, by mówić do młodych pokoleń, a z drugiej Kościoły o słabych jeszcze korzeniach, którym brak punktów odniesienia i rozmówców bogatych w wiedzę zdobytą przez wieki obcowania ze społeczeństwami coraz mniej "chrześcijańskimi". I tę różnicę dotyczącą wieku członków różnych Kościołów należy brać pod uwagę razem z różnicami związanymi z cechami etnicznymi, kulturowymi, ekonomicznymi i społecznymi, które znamionują społeczeństwa, w których Kościół reprezentuje w znaczący sposób "różnicę chrześcijańską", zakorzenioną w Ewangelii.

 

Po drugie "przedmiotem" - i w pewien sposób, zgodny z naturą Synodu Biskupów, "podmiotem" - refleksji są chłopcy i dziewczęta obecni bądź nieobecni w naszych wspólnotach kościelnych. Zbyt często uważamy za rzecz oczywistą tę "inkluzywność", lecz ten, kto ma choć trochę bezpośredniego doświadczenia zdobytego w świecie młodzieży, jest doskonale świadomy tego, co poważne badania socjologiczne odnotowują regularnie: istnieją znaczące różnice zachowań i języka, związane również z płcią.

 

Biorąc pod uwagę te dwa wstępne spostrzeżenia jako krytyczny punkt wyjścia i koncentrując refleksje na świecie włoskim i europejskim, który znam lepiej, trzeba podkreślić, że w minionych dziesięcioleciach tzw. duszpasterstwo młodzieży było jak nigdy w historii przedmiotem wielkiej uwagi, lecz niestety ten trud okazał się niewystarczający, również dlatego, że w dalszym ciągu myślało się o relacji zewnętrznej między Kościołem z jednej strony i młodymi z drugiej. Nie wystarczy słuchać młodych ani przypisać im stereotypowych definicji "przyszłości Kościoła" lub "strażników przyszłości"; trzeba natomiast uznawać ich i postrzegać nie jako kategorię teologiczną lub podmiot zewnętrzny, do którego Kościół się zwraca, lecz jako część składową dzisiejszego Kościoła, jego aktywnych i ważnych członków już teraz; trzeba myśleć o nich w "my" Kościoła.

 

Dokument przygotowawczy Synodu wzywa chłopców i dziewczęta, by "byli protagonistami" (iii, 1) i by "potrafili tworzyć nowe możliwości" (i, 3), wskazując w ten sposób całemu Kościołowi drogi ewangelizacji i nowe style życia. Tylko wzajemne słuchanie, konfrontacja, dialog między wszystkimi częściami składowymi ludu Bożego w każdym wieku i z obu płci mogą uruchomić proces "włączania" nowych pokoleń do Kościoła. To jest wyzwanie dla zbliżającego się Synodu. I pragnienie Papieża Franciszka, by poprzedziły go spotkania, podczas których młodzi mogą zabierać głos i poczuć się uczestnikami "nawrócenia", do którego jest wezwany cały Kościół, stworzyło warunki sprzyjające przejściu od duszpasterstwa "dla młodzieży" do duszpasterstwa "z młodzieżą".

 

Chodzi o to, by posługując się ulubionym wyrażeniem Papieża Franciszka, "rozpoczynać procesy", nie o to, by mnożyć zdobycze ani by skłaniać młodych "do powrotu" do Kościoła, czy też mierzyć sukces liczbą otrzymanych odpowiedzi. Potrzebny jest "Kościół wychodzący", który potrafi zjednoczyć się z młodymi, którzy już w nim są, by iść tam, gdzie są ich rówieśnicy, gdzie mieszkają, żyją, cierpią i mają nadzieję. Trzeba dotrzeć do nich nie w sposób ogólnikowy i umasawiający, lecz przez postawy i słowa, które potrafią szanować i pobudzać specyficzność każdego: młodzi ludzie są spragnieni spotkań indywidualnych, dialogów twarzą w twarz, zwłaszcza w naszym kontekście społecznym, zdominowanym przez rzeczywistość wirtualną, i proszą bez słów, nie potrafiąc wyrazić tego w sposób pełny, by każdy i każda z nich został "uznany" na swojej drodze poszukiwania sensu i pełni życia.

 

Dla dorosłych oznacza to, że muszą zmienić sposób patrzenia na młodych, zaakceptować konieczność zrewidowania swoich idei, tego, że nie zawsze potrafią ich zrozumieć, a jednocześnie powinni wciąż na nowo okazywać im zaufanie, patrząc na młodych jako na "bardzo indywidualne historie", i wspierać ich mozolny wysiłek dobrego życia.

 

Tę formę duszpasterstwa "z" młodzieżą oprócz kultury spotkania musi cechować również kultura bezinteresowności. Jeśli bowiem "Kościół nie rośnie przez prozelityzm, ale przez przyciąganie" (Evangelii gaudium, 14), to każdy typ działań ewangelizacyjnych musi być bezinteresowny, bez niepokoju o rezultaty, o liczbę młodych uczestników, wzbudzonych powołań czy spełnionych posług.

 

Spotkanie, do którego należy dążyć, jest bardzo ludzką wymianą, w której za darmo można nawiązać relację z Jezusem poprzez wiarę i świadectwo ewangelizatora. Nie jest zatem spotkaniem z nauką ani z wielką ideą czy też systemem moralnym, lecz z żywą rzeczywistością, która intryguje, zawiera sens i obietnicę pełni życia. Bezinteresowność jest jedną z wartości najgłębiej odczuwanych i przeżywanych przez młodych: darmowe spotkanie i gotowość, by iść razem, są rzeczą absolutnie pilną w nowym modelu ewangelizacji we współczesnym społeczeństwie.

 

Moje doświadczenie w zakresie słuchania, spotkania i wędrowania z licznymi młodymi ludźmi - bardzo różnymi pod względem kultury i podejścia do życia wewnętrznego, duchowości, religii i Kościoła - przekonuje mnie coraz bardziej, że kiedy zaczynają poznawać życie Jezusa, są nim zafascynowani i poruszeni. Życie Jezusa jako życie dobre, w którym On "dobrze czynił", a zatem wybrał miłość, bliskość, relacje nigdy nie wykluczające, troskę o drugiego, a przede wszystkim o potrzebujących, jest życiem nie tylko wzorowym, ale potrafi zafascynować i ukazać możliwość "dobroci", takiej jakiej chciałoby się jako inspiracji we własnym życiu. Lecz pociągające jest też piękne życie Jezusa: to, że nigdy się nie izoluje, żyje we wspólnocie, w sieci więzi uczuciowych, Jego przyjaźnie, Jego stosunek do przyrody są bardzo wymowne. Na koniec wielkie zainteresowanie budzi Jego życie błogosławione, nie w sensie życia wolnego od trudów, kryzysów i sprzeczności, ale błogosławione, bo Jezus miał powód, dla którego warto było poświęcić życie i oddać życie, aż do śmierci: to jest jego radość, Jego błogosławieństwo.

 

Młodzi ludzie nie są niewrażliwi, oporni wobec wielkich pytań egzystencjalnych, lecz pragną, by im pomagali dorośli godni zaufania, którzy potrafią im towarzyszyć bez roszczeń i żądań, na drogach wiodących do pełni życia i miłości.

 

 


Enzo Bianchi - włoski zakonnik, pisarz i teolog katolicki, założyciel i przeor Wspólnoty monastycznej z Bose. Tekst pochodzi z polskiej edycji L'Osservatore Romano.