Dobrze, że jest kryzys

Karol Kleczka Karol Kleczka
data02.08.2018 08:14

(fot. Jaleel Akbash / Unsplash)

W ostatnich tygodniach przez polski Kościół przetoczyła się dyskusja na temat kryzysu powołań. Nieco wcześniej pojawiły się badania jasno wskazujące, że to właśnie w Polsce następuje największy spadek liczby wiernych w grupie młodych. Oba te zjawiska są efektem głębszego procesu, jakim jest zeświecczenie polskiego społeczeństwa.

 

Pytanie o kryzys powołań to czubek góry lodowej, zaś na pytanie o to, czy mamy kryzys Kościoła, jest trywialnie prosta odpowiedź - tak, mamy. Czy jest się czego bać? Wręcz przeciwnie, to bardzo dobra okazja na to, by zbliżyć Kościół do ludzi, a ludzi do Kościoła. Kryzys to pojęcie, które oznacza przełom czy przesilenie, a one wymagają zwrotu. Dzięki Bogu mamy do tego doskonałe narzędzia, wystarczy, że zerkniemy poza czubek własnego nosa i przestaniemy myśleć o Kościele europocentrycznie. Europa skoncentrowana na rzymsko-greckich korzeniach ma problem z nawiązaniem dialogu już nawet nie z przedstawicielami innych religii, ale z samą sobą. Mówił o tym papież Franciszek w Parlamencie Europejskim, pisze Victor Codina SJ w doskonałej diagnostycznie książce "Kościół wykluczonych". Polska jest szczególnie wyraźnym przykładem na wyparcie religii przez kategorie polityczne. Coraz więcej rodaków nie czuje związku z Kościołem, a miejsce wiary w Boga Zmartwychwstałego zastępuje wiara w państwo czy naród. Może po prostu nigdy nie czuli z Kościołem organicznego związku?

 

Nie ma się co oszukiwać - dawne już nie wróci. Starsze pokolenie może się oburzyć na te słowa, ale wizja Polski jako bastionu chrześcijaństwa jest, jeśli nie fałszywa, to po prostu naiwna. Młodsze powie, że Polska nigdy tym bastionem nie była. Tak, czasy się zmieniły i nie ma co nad tym płakać. Problem nie polega nawet na tym, że Kościół w Polsce tej zmiany nie przewidział, ale raczej na tym, że myślał o sobie przez pryzmat statystyk - ilościowo - a nie jakościowo. To pierwsze jest czystym opisem stanu i tendencji, ale nie oferuje żadnego pogłębienia i zrozumienia przyczyn. Coraz mniej ludzi zaczęło chrzcić swoje dzieci, przystępować do sakramentu małżeństwa czy choćby codziennie się modlić, to te wiadomości zaczęto obwieszczać jako niezwykłe znaki. Nikt nie zadał sobie pytania: a może to my popełniliśmy błąd?

 

Dwa lata temu napisałem tekst o tym, że Kościół w Polsce nie poradził sobie po śmierci Jana Pawła II. Został kult świętego papieża, a zabrakło jego charyzmatu duszpasterskiego i zdolności do wychodzenia do ludzi takimi, jakich ich spotykał. Były wielkie słowa, wielkie gesty, a wraz z nimi wielkie zdziwienie, że nad Wisłą może być do czegoś potrzebna nowa ewangelizacja. No bo po co ewangelizować w kraju, w którym zdecydowana większość to katolicy? Dziś wyraźnie widzimy, że koniecznie trzeba to robić. Ta większość stopniowo się kurczy.

 

Są tacy, którzy mówią o sekularyzacji tak jakby była jakąś tajemniczą siłą, działaniem diabelskim. Zeświecczenie, będące najzwyklejszym procesem społecznym, ulega groteskowej personalizacji. To, że dopiero teraz dociera do Polski i szokuje katolików, może się wiązać ze standardowym opóźnieniem kulturowym wywołanym przez komunizm. Być może gdyby go nie było, a Kościół nie budowałby swojej siły na byciu opozycją polityczną, to doszłoby do niej wcześniej? Na pewno nie można mówić o sekularyzacji jako czymś niezależnym od nas. Odpowiadają za nią określone działania, a raczej ich brak, zaniechania. To, że młodzi ludzie przestali się modlić, wynika z winy duszpasterskiej - z pewności siły, która, jak się okazuje, miała mierne pokrycie w rzeczywistości.

 

Sytuację, w której znajduje się Kościół w Polsce, doskonale opisuje Codina, gdy podejmuje wątek wymierającego chrześcijaństwa doby Christianitas. My także myśleliśmy o Kościele jako złożonym z wielkich mas, które gromadziły się przy okazji kolejnych papieskich pielgrzymek, zwłaszcza gdy przyjeżdżał ten, o którym mówiliśmy, że był "nasz". Do tych, którzy przyszli po nim, spadło nasze zaufanie. Dzieci, które szły do ołtarza z darami podczas tamtych przyjazdów, z czasem dorosły i bywa, że dziś nie chodzą już na Mszę. Kościół nie jest licznym i bezimiennym tłumem, ale wspólnotą jednostek, które nawet jeśli tworzą małą trzodę, to jednak wiedzą, w jaką stronę zmierzają.

 

Druga sprawa: Kościół to dla nas autorytet proboszcza, instytucja pełna pasterzy odciętych od życia przeciętnych ludzi. Obraz ludu Bożego, powszechnego kapłaństwa, jest dla nas obcy. Jak często, gdy słyszymy "Kościół", myślimy "księża i biskupi"? Sam długo nie czułem się żywym członkiem Kościoła, ale raczej biernym odbiorcą. To obrazuje alienację, której doświadcza wielu ochrzczonych w stosunku do hierarchii - księża stali się dla nas kimś obcym, dalekim, a nie ludźmi obok nas. Przede wszystkim - w centrum Kościoła widzieliśmy księdza, a nie Jezusa Chrystusa.

 

Z tego rodzi się trzeci, być może najbardziej poważny problem. Na szkolnych katechezach (ponownie masowych) do wielu docierał przekaz o regułach, jak również przestrogi przed grzechem. Do dziś popularne są pytania o to, "czy katolik może". Wiara oparta na strachu nigdy nie przyniesie ufności w Bożą obecność i towarzyszenie człowiekowi. Nie da owocu w postaci pewności miłości - a przecież to z miłości miała miejsce Boża ofiara. Przerażające jest to, że dziś nietrudno o Polaka-katolika, który będzie alergicznie reagował na mówienie o miłosierdziu, za to wyczekiwał na sąd ostateczny przeprowadzony przez tego, który jest sędzią sprawiedliwym. To wariactwo i karykatura religii, która musi od siebie odstręczać. Wiarę opartą na dialogu, spotkaniu z drugim, dostrzeganiu Jezusa w twarzach ludzi, którzy nas otaczają, zastąpiły zbiory abstrakcyjnych praw. Nasze myślenie o Kościele zaraziły kategorie czysto ludzkie - takie jak sprawiedliwość i kara - a na głos o nieludzkiej potędze Bożej miłości, która wybacza każdy grzech, reaguje oburzeniem. Myślimy w kategoriach zakazów i wyroków Boga Wszechmocnego, jak choćby wtedy gdy drobiazgowo wyliczamy warunki umożliwiające przystępowanie do komunii, a nie w logice daru Boga Miłości - tego, że komunia, ofiara Boga, jest nam darmo dana. Potrzebujemy kryzysu, by przejść do Kościoła prawdziwie ewangelicznego.

 

Czymś fascynującym z perspektywy historycznej jest to, że jedne z najważniejszych wydarzeń Kościoła, które zadecydują o jego współczesności, odbyły się w Ameryce Południowej. Medellin w 1968 roku, Puebla w 1979 roku i Aparecida w 2007 roku to miejsca, które uchwyciły to, co stało się na Soborze Watykańskim II, i wyznaczają kurs katolicyzmu na XXI wiek. Katolicyzmu, który jest bliski każdemu człowiekowi przez towarzyszenie, dzielenie się problemami, wzajemne ich noszenie i danie przewagi praktyce duszpasterskiej nad martwą literą prawa. Dzieje się tak, ponieważ Kościół Ameryki Łacińskiej jest Kościołem ludowym - religią ludzi prostych i jeśli katolicyzm ma przetrwać w Polsce czy Europie, to nie inaczej jak poprzez zwykłych, autentycznych wiernych, którzy ufają Bogu.

 

Jan Paweł II doskonale wyczuwał wagę inkulturacji religii i czytania jej w kontekście lokalnym. Gdy uczył o dziele Bożym, którego akty miały miejsce w polskiej historii, albo pokazywał splot chrześcijaństwa z polskością, to nie po to, by dawać upust miłości własnej Polaków, nacjonalizmowi czy dowolnym formom narodowego egoizmu. Papież uczył o tym, że Jezus wybrał wszystkich, a każdego z osobna - dlatego nasi bracia i siostry są nam tym bardziej bliscy, im bardziej modlą się po swojemu. Co więcej - tak powinno być! Kościół stanowi jedność w podziale wrażliwości, typów i języków modlitwy. Mówiąc o jego misyjnym charakterze, myśleliśmy, że chodzi o to, że to my mamy nauczać innych. Nadszedł czas, kiedy to my od innych będziemy się uczyć. Pewnie przyszłe pokolenie będzie wychowywane do wiary przez misjonarzy z krajów bardziej katolickich od naszego. Będą poznawać język, kulturę, obyczaje i mówić nam, naszym dzieciom i wnukom o Bogu, który jest miłością. Będą mówić tak, że my sami będziemy się uczyć, jak ich słuchać.

 

Właśnie dlatego pobożność ludowa, jaka była przez lata bardzo silna nad Wisłą, a jednocześnie silnie pogardzana, może wnieść ogromnie dużo. To religia osadzona w praktyce. Odchodzące pokolenie starszych babci, które zamiast słuchać liturgii Mszy, modliły się na różańcu, jest prawdziwym wzorem wiary, bo ich modlitwa była naprawdę autentyczna. Tak samo prawdziwa jak modlitwa ich sióstr na drugiej połowie globu. To nie przypadek, że Jezus wcielił się w robotnika z małej miejscowości na peryferiach. Bóg stał się prosty, byśmy od prostych ludzi zaczęli się uczyć wiary, a Nazaret jest wszędzie - na Podkarpaciu, w Łodzi i w sercu amazońskiej dżungli.

 

Karol Kleczka - redaktor DEON.pl, doktorant filozofii na UJ, współpracuje z Magazynem Kontakt. Prowadzi bloga Notes publiczny.