Kara śmierci, twierdzenie Pitagorasa i rozwój doktryny

ks. Wojciech Grygiel ks. Wojciech Grygiel
data09.08.2018 09:00

(fot. shutterstock.com)

Intuicja podpowiada, że nie ma dwóch prawd: nie może stać się nieprawdą to, co dotychczas prawdą było. Tego typu upraszczające myślenie prowadzi niestety do prób oskarżenia Stolicy Apostolskiej o niszczenie doktrynalnej tradycji czy wręcz herezję.

 

Nie minęło nawet dwa tygodnie, od momentu, kiedy założyłem bloga, zatytułowanego ,,Teologia na wirażu", i teologia rzeczywiście na wirażu się znalazła. A nawet więcej: zawisła nad nią kara śmierci. To chyba jednak wystarczająca motywacja, aby poświęcić małą chwilę komentarza temu, co znów podczas upalnego lata rozgrzewa czujnych komentatorów kościelnej rzeczywistości. Rzecz wygląda poważnie, ponieważ Ojciec Święty Franciszek zlecił korektę do jednego z artykułów Katechizmu Kościoła Katolickiego, w którym zmianie ulega stanowisko Kościoła w kwestii kary śmierci. Katechizm orzeka teraz jednoznacznie: kara śmierci jest niezgodna z Ewangelią. Innymi słowy, kara śmierci i Objawienie wykluczają się co oznacza, że wykonywanie kary śmierci jest z wolą Pana Boga sprzeczne.


Łatwo teraz więc wpaść w następującą aporię: jak to jest możliwe, że coś, co Kościół uznawał przez wieki za legalne, nagle staje się nielegalne? Intuicja podpowiada przecież, że nie ma dwóch prawd: nie może stać się nieprawdą to, co dotychczas prawdą było. Tego typu upraszczające myślenie prowadzi niestety do prób oskarżenia Stolicy Apostolskiej o niszczenie doktrynalnej tradycji czy wręcz herezję. W moim odczuciu jest to sytuacja trudna ale i  ciekawa, ponieważ rzucone zostaje tutaj wyzwanie potocznym intuicjom, dotyczącym sensu teologicznych sformułowań. A jak wiadomo, intuicje mogą być jedynie dobrym początkiem, a nie drogowskazem na drodze do prawdy.  O chwiejności intuicyjnego podejścia w tej materii przekonały już wystarczająco osiągnięcia XX-wiecznej teologii oraz orzeczenia Soboru Watykańskiego II (Konstytucja o Objawieniu Dei Verbum).


W tym wpisie będę miał również okazję odpowiedzieć komentatorom mojego uprzedniego postu o przyczynach kryzysu powołań. Pytano w nim bowiem, dlaczego jako ksiądz odprawiający Mszę trydencką, którego ,,defaultowo" kojarzy się z teologicznym konserwatyzmem Sumy Św. Tomasza oraz antymodernistycznej przysięgi Św. Piusa X, sięgam do takich awangardowych teologów, jak Edward Schillebeeckx czy Karl Rahner. Powody takiego stanu rzeczy wyłuszczyłem szczegółowo w rozmowie, którą wraz z ks. Damianem Wąskiem przeprowadziliśmy latem rok temu (też było gorąco) dla portalu DEON z zamiarem odparcia głośnego oskarżenia o herezję, jakie pod adresem generała jezuitów zupełnie bezpodstawnie sformułował polski teolog, ks. prof. Paweł Bortkiewicz. Argumentacja przez nas zastosowana wyjęta została wprost z kluczowych prac tych teologów. Wykorzystam ją również i obecnie w celu rzucenia szerszego światła i nadania sensu doktrynalnej korekcie Franciszka. Przed dalszą lekturą wpisu zachęcam jednak gorąco do przypomnienia naszych racji we wspomnianej rozmowie.

 

I jeszcze jedno. W moich rozważaniach nie będę się bezpośrednio rozwodził nad casusem kary śmierci, ale postaram się wskazać, dlaczego w ogóle w orzeczeniach doktrynalnych taka korekta jest możliwa i dlaczego nie implikuje ona ani zerwania z tradycją, a tym bardziej nie uprawnia do wnoszenia tak ciężkich oskarżeń, jak herezja. Licząc na uważną lekturę powyższego linku przejdę już bezpośrednio do dyskusji, dlaczego uważam, że Franciszkowa korekta spełnia warunki prawomocnego rozwoju doktryny i nie powinna z formalnego punktu widzenia budzić zastrzeżeń. Zamiast suchej teorii swoje wywody rozpocznę przykładem, wziętym z matematyki, ale na tyle prostej, że każdy sobie z tym bez problemu poradzi. To w końcu matematyka wytycza najściślejsze kryteria myślenia! Trzeba też pamiętać, że klasyczne już dziś spory teologiczne, które prowadził przykładowo św. Atanazy, nie były pobożnymi westchnieniami, ale toczyły się przy użyciu abstrakcyjnego i jak na tamte czasy wyśrubowanego aparatu pojęciowego.


W podstawówce i w średniej szkole wszyscy uczyliśmy się twierdzenia Pitagorasa i studiowaliśmy jego liczne dowody. W konsekwencji wierzymy, że twierdzenie Pitagorasa jest prawdziwe, i że w trójkącie prostokątnym kwadrat przeciwprostokątnej równa się sumie kwadratów przyprostokątnych. Nikt nam jednak dalej nie mówił, że wokół prawdziwości tego twierdzenia, a w zasadzie wokół statusu piątego postulatu geometrii Euklidesa, z którego twierdzenie to wynika, toczył się do drugiej połowy XIX wieku zagorzały spór. Pomijając obecnie jego szczegóły podsumuję go stwierdzając, że można wskazać w geometrii sytuacje, w których twierdzenie to nie obowiązuje! Jeżeli bowiem przeniesiemy się na niwę tak zwanych geometrii Riemanna, dopuszczających dowolną krzywiznę, to ważne dla płaskiej geometrii Euklidesa traci w ogólności swoją ważność i trzeba je zastąpić bardziej skomplikowaną formułą. Jeżeli kogoś już zgubiły matematyczne szczegóły, to niech jednak zauważy rzecz następującą. Przechodząc od geometrii Euklidesa do Riemanna dokonaliśmy znacznego uogólnienia, to jest, wkroczyliśmy w dużo bogatszy świat, niż ten, budowany przez średnioszkolną geometrię. Jeżeli więc próbowalibyśmy stosować w tym nowym świecie stare reguły, to szybko wyskoczylibyśmy na manowce. Mówiąc lapidarnie, rozwojowi uległa doktryna ,,geometryczna".


Czas teraz przejść do teologii. W przytaczanym już wpisie o kryzysie powołań odwołałem się do nauczania Edwarda Schillebeeckxa i jego stwierdzenia, że w Objawieniu nie istnieje ,,nuda vox Dei" czyli ,,nagi głos Boga". O co w tym chodzi? Objawienie jako autentyczna treść depozytu wiary nigdy nie pada w próżnię, ale zawsze posiłkuje się kulturowo uwarunkowanym ludzkim myśleniem, z zakodowanym w nim pewnym obrazem świata. Karl Rahner użył w tym kontekście metafory amalgamatu twierdząc, że związek treści objawionej z kategoriami ludzkiego umysłu, w których te treści muszą znaleźć swój wyraz, jest na tyle silny, że nigdy nie można ich dokładnie rozseparować. W tym też tkwi podstawa do prawidłowego rozumienia rozwoju doktryny. Formułowane twierdzenia doktrynalne mogą bowiem zawierać elementy, które są jedynie ludzkim narzędziem wyrazu. Wraz z rozwojem wiedzy tracą one swoja poznawczą adekwatność i podlegają eliminacji. Najlepszym przykładem tego procesu jest choćby sprawa Galileusza, w której źródło konfliktu stanowiła próba uczynienia elementem Objawienia czysto ludzkiego obrazu, jakim był geocentryczny Wszechświat.


I dokładnie taki mechanizm zadziałał jako podstawa przeformułowania stanowiska Kościoła Katolickiego w sprawie kary śmierci. Papież Franciszek uznał bowiem, że przemiany społeczne i systemowe, pozwalające na lepszą ochronę przed przestępcami niż to miało miejsce kiedyś, oraz pogłębiona refleksja nad godnością człowieka tak ubogacają nasz obraz świata, że na jego gruncie kara śmierci nie znajduje więcej swojego uzasadnienia. Nie da się ukryć, że nastąpił w tym miejscu istotny rozwój doktryny w zgodności z naszkicowanymi przeze mnie prawidłami tego rozwoju. Jeżeli chcielibyśmy jednak wskazać uprawnione obszary polemiki, to może to jedynie dotyczyć zasadności racji wskazanych przez Franciszka, a nie kwestii formalnych. Czy korzysta on w tym momencie z przywileju nieomylności? Rozstrzyganie tego typu problemów wypada jednak pozostawić bardziej szczegółowym debatom i kompetentnym w tej materii ekspertom.


Jaka lekcja płynie z podjętych w tym wpisie rozważań? Chciałbym tu wskazać na dwie rzeczy. Po pierwsze, w perspektywie decyzji Ojca Świętego Franciszka kara śmierci kwalifikuje się jako element przestarzałego porządku społecznego, który nie licuje z pogłębionym współcześnie rozumieniem natury człowieka i musi być zaniechana. Na pewno nie przynależy ona więc do depozytu wiary. W moim odczuciu w tym całym wydarzeniu liczy się jednak coś innego: Franciszek daje w ten sposób do zrozumienia, że doktryna nie jest zastygłym monolitem, ale posiada charakter dynamiczny, tworzący właściwą przestrzeń dla działania Ducha Świętego, który cały czas prowadzi nas ku pełni Prawdy, czyli ku Bogu. W takiej optyce wiara nie redukuje się do ślepej akceptacji zestawu doktrynalnych twierdzeń, ale jest dynamicznym procesem odkrywania Boskiej tajemnicy. I rzecz druga: hermeneutyka ciągłości. Ewidentnie w doktrynie coś odeszło, coś zostało zaniechane, czyli doszło do zerwania, ale depozyt wiary pozostał. Czy nie jest więc tak, że na rozwój doktryny powinniśmy popatrzeć szerzej? Czy nie angażuje on hermeneutyki ciągłości i hermeneutyki zerwania jako dwóch komplementarnych składowych jednego procesu, w którym zmienne jest to, co ludzkie,  a trwałe to, co Boskie? To powinno znacznie ułatwić bezpieczne wychodzenie z teologicznych wiraży.

 

 

ks. Wojciech Grygiel - adiunkt w Katedrze Filozofii Przyrody Papieskiego Uniwersytetu Jana Pawła II w Krakowie, członek Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych w Krakowie. Doktor habilitowany nauk humanistycznych w dziedzinie filozofii (UPJPII). Zainteresowania: filozofia fizyki, filozofia nauki, nauki kognitywne, relacje nauka - wiara. Tekst pierwotnie ukazał się na jego blogu "Teologia na wirażu"