Czy w Syrii kończy się wojna?

Zygmunt Kwiatkowski SJ Zygmunt Kwiatkowski SJ
data13.09.2018 09:00

(fot. PAP/EPA/YOUSSEF BADAWI)

Nasz dom i kościół w Homs mają się bardzo dobrze. Piszę to, kładąc nacisk na słowo "bardzo", bo miałem o nich zupełnie inne wyobrażenia, zanim tu przybyłem, przede wszystkim na podstawie zdjęć pokazujących katastrofalne zniszczenia tego miasta.

 

Nasz dom i kościół w szybkim tempie zostały odrestaurowane. Wprawdzie część naszej posesji, która się znajduje poza boiskiem, gdzie kiedyś mieszkałem, leży jeszcze w kompletnej ruinie, ale część zasadnicza domu, gdzie mieszczą się wszystkie lokale duszpasterskie, pomieszczenia rekolekcyjne i mieszkania ojców, jest odremontowana, uporządkowana i upiększona, głównie za sprawą nowo zasadzonych roślin.

 

Najważniejsze jednak, że jest to ośrodek, który dzisiaj (!) kipi życiem. Najpierw trzeba powiedzieć, że bardzo chlubnie zapisał się w tym względzie brat Michel, czyli Abuna Frere, któremu poświęciłem odrębny akapit w zapiskach z mojej podróży. Był on prawdziwym siewcą nowego życia na pustyni zniszczeń po wyparciu dżihadystów z tej dzielnicy miasta, głównie przez to, że najpierw zorganizował kuchnię w ruinach naszego domu, która oferowała wszystkim bez wyjątku gorące dania, w czasie gdy nie było tu jeszcze ani bieżącej wody, ani prądu, ani sklepów.

 

Pierwsi przybysze, którzy się tu pojawili, chrześcijanie i muzułmanie, mogli skoncentrować się na remontach mieszkań, aby móc potem sprowadzić do nich swoje rodziny, mając zabezpieczony gorący posiłek w klasztorze. Brat Michel organizował również przybyłym spotkania modlitewne oraz towarzyską grę w karty, pozostawiając całkowitą wolność co do tego, by się w jedną albo w drugą, a najczęściej w obie te inicjatywy włączyć.

 

Dynamizm życia tego ośrodka duszpasterskiego, które toczy się tam na co dzień, zadziwia. Odprawiane są tu codziennie Msze św., na które - jak w przeszłości - przybywają chrześcijanie różnych obrządków. Obecnie również z tego prostego względu, że w mieście nie ma gdzie indziej codziennej Eucharystii.

 

Reaktywowane zostały w szybkim tempie dawne grupy modlitewne i powstały nowe, z odwołaniem do tradycji, którą przekazują dawni ich uczestnicy. Istnieją też grupy medytacji słowa Bożego oraz grupy pomocy ludziom najbardziej dotkniętym tragedią wojny, starające się pomóc potrzebującym w miarę ich skromnych na ogół możliwości finansowych. Miałem olbrzymią satysfakcję, że mogłem ich wspomóc. Nigdy chyba nie widziałem jeszcze tak żywej wdzięczności, bez żadnych pompatycznych wyrazów.

 

Zauważyłem, że bardziej niż dawniej codziennie od rana panuje ruch na podwórcu klasztornym. Chodzi o ludzi przychodzących w konkretnych sprawach, ale sporo również jest wizyt przyjacielskich, aby odetchnąć nieco atmosferą domu, którego drzwi są szeroko otwarte dla przybyszów mających do omówienia jakieś ważne problemy życiowe, liczących na znalezienie tu potrzebnej im rady i konkretnej pomocy, bez sformalizowanych urzędowych procedur, ale w zwyczajnej rozmowie, jak człowiek z człowiekiem w trakcie wspólnego, "rytualnego" picia kawy albo herbaty.

 

Widocznym świadkiem żywotności tutejszego ośrodka duszpasterskiego jest boisko szkolne. Po południu, kiedy przez miasto przewalą się już największe upały, zaczyna ono rozbrzmiewać muzyką i głosami dzieci. Muzyka na przemian albo jest arabska, albo jest to równie głośny, światowy pop, najczęściej w wydaniu angielskim. Bynajmniej nie chodzi tu o żadną oficjalną ideologię, ale przez to fakt ten jest jeszcze bardziej znamienny. Takie są po prostu upodobania młodzieży, która patronuje tym popołudniowym zajęciom.

 

Nie mam tu jednak na myśli tylko formalnego patronatu, ale całościową organizację i prowadzenie zajęć. Robi to młodzież, która się porozumiała z jezuitami i otrzymała placet z ich strony na prowadzenie gier i zabaw dla starszych dzieciaków zgłoszonych przez ich rodziców. W ten sposób dzieci mają zajęcia i opiekę. Mogą się sportowo wyżyć i czegoś nauczyć w zrujnowanym mieście, w długie i nudne miesiące wakacyjne.

 

To, co zwróciło moją uwagę, to fakt, że są to dzieci chrześcijańskie i muzułmańskie, które biorą udział razem w tych zajęciach. Jeśli chodzi o dzieci chrześcijańskie, to jest to zrozumiałe, bo chodzi przecież o Bustan Diwan, a więc dzielnicę chrześcijańską i o szkołę, która należała do nas przed nacjonalizacją i ciągle jeszcze posiada renomę szkoły jezuickiej. Nowością był udział w tych zajęciach dzieci muzułmańskich! Niewątpliwie był to znak, że liczba chrześcijan w tej dzielnicy drastycznie się zmniejszyła, ale jest to jednocześnie niesłychanie optymistyczny symbol tego, że w nowych warunkach, i to w czasie, kiedy wojna jeszcze formalnie się nie zakończyła, tutejsi chrześcijanie, i to głównie młodzież, są zdolni do wspólnego życia z muzułmanami.

 

Inicjatywa tym bardziej budzi podziw, że budynek szkolny jest jeszcze całkowicie zdewastowany, poza dwiema izbami, które wyremontowali jezuici własnym sumptem, podobnie jak cała dzielnica, która powoli powraca do życia. Boisko z dwoma wrakami autobusów szkolnych odsuniętych pod ścianę jest zapełnione dzieciakami, muzyką i ich radosnym gwarem.

 

Jestem głęboko przekonany, że w tym, co tutaj się dzieje, znaczny udział ma nieustannie wspominany tu, holenderski jezuita, ojciec Frans van der Lugt, który męczeńsko zginął w tym właśnie domu, przed kilku laty. To on był głównym animatorem życia duszpasterskiego w naszym ośrodku. To on był pionierem jedności pomiędzy chrześcijanami różnych denominacji oraz jedności chrześcijan i muzułmanów, kontynuując chwalebną tradycję miejscowej, prowadzonej przez nas szkoły.

 

Żywotność tej placówki nosi wyraźne piętno tego genialnego duszpasterza. Jest ona dalszym ciągiem tego, czego on uczył i co z wielkim entuzjazmem i fantastyczną intuicją systematycznie wprowadzał przez długie lata. Stąd ciągle widoczna, żywa pamięć o nim, czemu chciałbym poświęcić, to znaczy jego osobie, odrębny zapis w niniejszej relacji.

 

Zygmunt Kwiatkowski SJ - jezuita, misjonarz, spędził 30 lat w Egipcie, Libanie, a obecnie przebywa w Syrii, skąd pisze teksty dla DEON.pl