Czy polscy biskupi koszą swoje trawniki?

Karol Kleczka Karol Kleczka
data08.10.2018 09:00

(fot. episkopat.pl // twitter.com/millennialjourn)

Brodaty mężczyzna w brązowym habicie. Na szyi krzyż, na plecy zarzucona kurtka. Jest pogrążony w pracy, kosi trawnik. Ta fotografia uderza siłą prostoty i nie sposób o niej zapomnieć. To kardynał Sean O’Malley, arcybiskup Bostonu.

 

Wielu właśnie ten aspekt podkreśla, bo cokolwiek by mówić, kardynał dosłownie dbający o własne podwórko to rzadkość. Niektórzy skupią się na godności pracy, która kształtuje człowieka. Jeszcze inni powiedzą o ideale Kościoła ubogiego i dla ubogich. Interpretacji bez liku. Ja widzę normalność - ona też może uderzyć i uderza zwłaszcza wtedy, gdy pomyśli się o trudach, z którymi zmierzył się ten hierarcha.

 

 

 

 

 

Pamiętacie "Spotlight"? W 2016 roku zdobył Oscara w głównej kategorii, dla najlepszego filmu. Historia dziennikarzy, którzy zdemaskowali aferę pedofilską we własnej diecezji, uruchomiła efekt kuli śniegowej, bo już wkrótce po ich doniesieniach zaczęły napływać informacje o podobnych przypadkach z całego świata. Tak, to Boston z 2002 roku. Dopiero 16 lat temu okazało się, że tuszowanie skandali nie jest wyjątkiem, lecz pewną praktyką w Kościele, której szczegóły przedstawili reporterzy "The Boston Globe".

 

Ordynariuszem był wtedy kardynał Bernard Law, który niechlubnie został pierwszym kościelnym dostojnikiem oskarżonym o aktywny udział w ukrywaniu księży-pedofili. O ich zbrodniach wiedział także poprzednik Lawa, Humberto Medeiros. Pod wpływem nacisku opinii publicznej Law złożył rezygnację z pełnionego urzędu i udał się do Rzymu. Mimo niedopuszczalnej postawy w stosunku do ofiar przestępstw popełnianych przez duchownych z jego diecezji nadal nosił sakrę biskupią, pracował w watykańskich kongregacjach, a nawet brał udział w konklawe w 2005 roku. Był szanowanym urzędnikiem Kurii, w której nie stracił wpływów aż do przejścia na emeryturę w 2011 roku.

 

Zadaniem O’Malleya jako następcy Lawa było uporządkowanie sytuacji po niesławnym poprzedniku. Kapucyn miał odpowiednie doświadczenie, bo mierzył się ze skandalami seksualnymi z poprzednich diecezji. W Fall River zgłoszono 101 przypadków nadużyć dokonywanych przez księży, ale prawdziwym piekłem było Palm Beach na Florydzie, gdzie sprawcami molestowania byli sami ordynariusze Joseph K. Symons i Anthony O’Connell (pierwszy biskup tej diecezji Thomas Daily krył księży-pedofili). Dopiero O’Malley okazał się pierwszym hierarchą, który nie był zamieszany w pedofilię. Nikt inny tak jak on nie był w stanie poradzić sobie z tym problemem.

 

W sierpniu 2011 roku opublikował listę nazwisk 159 księży, którzy byli oskarżeni o molestowanie seksualne. Podkreślono, że oskarżonych było więcej, bo aż 250 osób, ale 69 z nich już nie żyło albo nie pełniło aktywnej praktyki duszpasterskiej, zaś w przypadku 22 pozostałych oskarżenia nie mogły zostać udowodnione. W 2006 roku suma odszkodowań wypłaconych ofiarom księży wynosiła 150 milionów dolarów. Aby pokryć tę sumę, zamknięto kilkadziesiąt parafii i sprzedano budynek kurii, który trafił w ręce Boston College. Podobno ani jeden dolar nie pochodził z kieszeni wiernych, co archidiecezja dokumentuje na stronie internetowej.

 

Nie znam osobiście kardynała O’Malleya, ale aktywnie śledzę jego działalność duszpasterską i administracyjną. Wydaje się, że udało mu się skutecznie ukrócić zbrodnicze praktyki księży w zarządzanych diecezjach przez przyjęcie polityki zerowej tolerancji dla pedofilii. Wszędzie, gdzie pracował, starał się oddawać sprawiedliwość ofiarom. Nie sprawia wrażenia człowieka, którego życie obfituje w zbytki, nie stroi się w złoto, nie utyskuje na wypłaty dla osób skrzywdzonych przez duchownych. Bierze sprawy w swoje ręce i rozwiązuje problem. To prawdziwie ewangeliczna uczciwość.

 

Gdy z tej perspektywy myślę o zachowaniu przełożonych Towarzystwa Chrystusowego umywających ręce wobec niedawnego, przełomowego dla polskiego Kościoła wyroku sądu, który przyznał rentę i milion złotych odszkodowania ofierze byłego kapłana tego zgromadzenia, to widzę nie tylko brak odpowiedzialności, ale i długofalową szkodliwość postępowania.

 

Gdy słyszę, że ujawnianie skandalicznych nadużyć seksualnych - i tych w stosunku do nieletnich, jak również molestowania dorosłych przez księży - jest przypuszczaniem ataków na Kościół, to robi mi się niedobrze. Kościół w postaci sprawców i tych, którzy ich kryli, sam sobie zgotował ten los i teraz musi liczyć się z konsekwencjami, nawet tymi najcięższymi. To nie anonimowa sekularyzacja wygoniła ludzi z kościołów w przykładowej Holandii, lecz realny brak zaufania do organizacji, której niektórzy przedstawiciele robili krzywdę drugim.

 

Gdy czytam o funkcjonowaniu i bankructwie niektórych diecezji, to myślę - trzeba było zadbać o to, żeby nie doszło do przestępstw, a jeśli już miały miejsce, to nie zamiatać ich pod dywan. Trzeba było rozliczać sprawców i zamiast na nową parafię czy do posługi w hospicjach kierować ich do więzienia. A teraz trzeba otworzyć kasę i nie tylko zadośćuczynić moralnie, ale i finansowo, jeśli sąd taką karę wymierzy.

 

Nie wolno przerzucać odpowiedzialności, bo to skrajnie niedojrzałe i niepoważne. Nie wolno kryć, ale trzeba brać się za bary z wyzwaniami. Jeśli ktoś krzywdzi drugiego, to jego przełożony jest zobligowany nie tylko do tego, by pedagogicznie upomnieć podwładnego, ale również oddać sprawiedliwość pokrzywdzonemu. Każda organizacja - nieważne, czy świecka, czy duchowa - tak właśnie powinna funkcjonować. Po to jest w Kościele hierarchia, w której nad wszystkim czuwa papież, a jeśli on popełnia błąd, rozlicza go cała reszta wiernych.

 

Kościół na mapie ruchliwego miasta jest oazą spokoju, ciszy. W kościele jest Bóg ukryty w Eucharystii, ale są też ci, którzy swym grzechem Boga ranią. Czy smuci mnie, gdy zamyka się kościoły albo gdy słyszę o tym, że nie ma w nich kto pracować? Tak, jak najbardziej. Obraz opuszczonej, burzonej świątyni rozrywa mi serce. Czy czeka to Polskę? Nie wiem, być może. Dopóki nie mamy pełnej wiedzy o skali przestępstw w Kościele w Polsce, nie sposób tego oszacować, ale zamykanie oczu na wiadome przypadki nadużyć to podłość i niegodne świństwo.

 

Kościół nie potrzebuje reklamy, bo najlepszą możliwą jest realna obecność Jezusa Chrystusa, ale tę trzeba pokazywać. Sytuacja, w której nie mówi się o skandalach albo wycisza sprawę, jest dla mnie nie do pojęcia, bo to stawanie przeciw miłości bliźniego, którą Jezus głosił. To zakrywanie i krzyżowanie Pana, przez brak stawania w prawdzie i odpowiedzialności za grzech. Nie ten pluje na krzyż, kto nie chodzi do kościoła, lecz ten, co nosi go na szyi i nie umie przyznać się do winy.

 

Taka instytucja nie ma prawa wymagać od wiernych posłuszeństwa, wierności przykazaniom, bo sama je łamie w postaci co poniektórych jej przedstawicieli. Nie da się wykluczyć negatywnych scenariuszy i Kościół w Polsce musi być przygotowany na przykład na to, że proboszcz nie będzie posługiwał tylko w jednym kościele, lecz w trzech. Albo na to, że trzeba będzie sprzedać jakieś dobra ruchome czy nieruchome. Z informacji podanych przez biskupów Guzdka, Liberę czy Kamińskiego wiemy, że problem pedofilii wśród duchownych Polski nie omija. Możemy i powinniśmy na to odpowiedzieć, nawołując do odwagi wśród hierarchów, tak jak odważni i ewangelicznie uczciwi są ci wyżej wymienieni. Tacy pasterze faktycznie prowadzą łódź Kościoła z pełną odpowiedzialnością i czynią go lepszym miejscem w czasie, gdy źle się w nim dzieje.

 

Karol Kleczka - redaktor DEON.pl, doktorant filozofii na UJ, współpracuje z Magazynem Kontakt. Prowadzi bloga Notes publiczny.