Nie manipulować ws. Tylawy i arcybiskupa Michalika

Tomasz Krzyżak
data09.10.2018 09:00

(fot. Wydawnictwo WAM)

Przypominam tę sprawę nie po to, by bronić abp. Michalika, bo błędy popełnił. Jest ona jednak koronnym dowodem na to, że niezwykle łatwo jest wysuwać oskarżenia i ferować wyroki wobec bliźniego, widzieć drzazgę w jego oku, a belki we własnym nie.

 

Obiecywałem sobie, że o pedofilii w Kościele przez jakiś czas nie napiszę. Ale w ogólnonarodowej dyskusji powraca dość często temat tzw. sprawy z Tylawy sprzed 17 lat, w której negatywnymi bohaterami są obecny poseł PiS Stanisław Piotrowicz i były metropolita przemyski abp Józef Michalik. Przed kilkoma dniami "Gazeta Wyborcza" Tylawę przytaczała jako modelowy przykład zamiatania pedofilii pod dywan, a w tych dniach media społecznościowe obiegł film, na którym ówczesny prokurator w Krośnie - czyli Stanisław Piotrowicz  - tłumaczył dlaczego śledztwo wobec proboszcza z Tylawy, oskarżonego o molestowanie zostało umorzone (kapłan ostatecznie został skazany).

 

Publikacja filmu jest ewidentnie grą polityczną, więc nie będę jej poświęcał za dużo miejsca. Zresztą nigdy też nie wnikałem w to, dlaczego w 2001 roku prokurator śledztwo umorzył. Sprawie Tylawy przyglądałem się pod kątem działania abp. Michalika i przemyskiej kurii dość wnikliwie (przynajmniej tak sądzę), gdy pisałem biografię byłego metropolity przemyskiego (została ona wydana w 2015 r. przez WAM).

 

Analizowałem wtedy nie tylko działania hierarchy w tej sprawie, ale także ówczesne i późniejsze wypowiedzi ofiar oraz osób, które poinformowały Michalika o niewłaściwym zachowaniu podległego mu księdza. Sprawa okazała się być tak wielowątkowa i skomplikowana, że tu zabrakłoby miejsca na jej dokładny opis. W tle molestowania czaiły się wątki konfliktów polsko-ukraińskich - choć precyzyjnej byłoby napisać animozji między katolikami rzymskimi i greckokatolickimi - nieuregulowanych spraw majątkowych Kościoła, itp. Pisząc dziś o temacie Tylawy nikt w te wątki nie wnika i wszystko jest jasne: abp Michalik bronił księdza i usiłował sprawę zamieść pod dywan. Do dziś powtarzana jest narracja, że sprawą zainteresowano media ze względu na opieszałość hierarchy i dobro dzieci. Trochę w tym manipulacji.

 

Ale po kolei. W marcu 2001 r. do abp Michalika zgłasza się mieszkanka Tylawy, Lucyna Krawiecka. Informuje hierarchę o tym, że proboszcz molestuje seksualnie dzieci, i że ciągnie się to od wielu lat. Michalik nie wierzy, ale prosi o podanie mu danych pokrzywdzonych osób, by bezpośrednio u nich potwierdzić te informacje. Kobieta odmawia, bo jak twierdzi (powtórzy to potem w kilku wywiadach prasowych) nie została do tego upoważniona. Z ust arcybiskupa słyszy, że w tej sytuacji on nie ma jak zająć się sprawą i najlepiej byłoby, gdyby została ona zgłoszona do prokuratury. Kobieta tak robi, ale jednocześnie powiadamia media. Te aż do skazania księdza w roku 2005 będą trzymały rękę na pulsie i wiele razy do tematu wracały.

 

Z perspektywy czasu wydaje się, że sugestia Michalika, który był przekonany o niewinności księdza, by iść z tym do prokuratury była słuszna. Natomiast to, że w pierwszym etapie postępowania nie ograniczył jego posługi, jest, niestety, zgrzytem w świetle późniejszego wyroku skazującego kapłana za pedofilię. Ograniczenia posługi pojawiały się stopniowo, a temat konsultowano z Watykanem, najpierw zakazano księdzu nauczania w szkole, namawiano do opuszczenia parafii - ostatecznie odszedł z niej dopiero po kilku miesiącach po skazującym wyroku. Gazety grzmiały, że Michalik nic sobie nie robi z wyroku. Tymczasem arcybiskup w istocie miał związane ręce. Budynek plebanii nie był bowiem własnością parafii ani diecezji lecz skazanego kapłana, który wybudował go w czasie gdy pozwoleń na budowę Kościół nie dostawał. Dostawały za to osoby prywatne - w tym przypadku jego rodzice gdzieś na przełomie lat 60. i 70. Po latach okazało się, że nieuregulowane sprawy własnościowe posłużą do uderzenia w arcybiskupa.

 

W rozmowie ze mną abp Michalik przyznał, że być może jakieś zaniedbania z jego strony się pojawiły, ale podkreślał też, że dziś postąpiłby identycznie. Też odesłałby kobietę do prokuratury.

 

Dochodzę do meritum. Wspominałem, że na etapie zbierania materiałów do książki analizowałem też wypowiedzi ofiar oraz osób zgłaszających fakt molestowania. Otrzymałem wówczas m.in. list jaki Lucyna Krawiecka w styczniu 2002 roku napisała do jednego z wykładowców lubelskiego seminarium duchownego. Znalazło się tam m.in. takie zdanie: "Gdyby wtedy [w marcu 2001 roku] Arcybiskup Michalik przysłał kogoś, kto zechciałby spotkać się z osobami pokrzywdzonymi […] ks. M. mógłby spokojnie i po cichu odejść z parafii, nikt nie złożyłby doniesień do prokuratury, nie byłoby rozgłosu, który przecież najbardziej dotknął ofiary działań księdza". W książce Ewy Orłowskiej, jednej z ofiar ks. M., którą napisała po latach w ramach oczyszczenia z traumy znalazłem zaś takie stwierdzenie: "Krawiecka była u Michalika, bo chciała wyprosić przeniesienie tego nieszczęsnego pedofila w inne miejsce, oczywiście, gdzie nie mógłby już nikomu szkodzić. Niczego nie wskórała. Usłyszała tylko, że może złożyć sprawę do sądu".

 

W ocenie tych stwierdzeń trzeba rzecz jasna zwracać uwagę na zwrot: "gdzie nie mógłby już nikomu szkodzić", ale równie istotne są sugestie o tym, że ksiądz mógłby odejść po cichu i nie byłoby doniesień do prokuratury. Powstaje pytanie: co stałoby się w sytuacji, gdyby księdza przeniesiono i dalej molestowałby nieletnich lecz w innym miejscu, a sprawa ujrzałaby światło dzienne? Atak na arcybiskupa były jeszcze mocniejszy, bo przecież "zamiótł sprawę pod dywan". Kto wie czy nie pojawiłyby się nawet żądania, by hierarchę usunąć ze stanu duchownego. Ale o tych "delikatnych" manipulacjach się nie wspomina, bo temat musiałby umrzeć.

 

Przypominam tę sprawę nie po to, by bronić abp. Michalika, bo błędy popełnił. Jest ona jednak koronnym dowodem na to, że niezwykle łatwo jest wysuwać oskarżenia i ferować wyroki wobec bliźniego, widzieć drzazgę w jego oku, a belki we własnym nie. I, niestety,  wcale nie dotyczy to tylko pedofilii. 

 

 

Tomasz Krzyżak - autor jest dziennikarzem, kierownikiem działu krajowego "Rzeczpospolitej". W wydawnictwie WAM wydał: "Nie mam nic do stracenia - biografia abp. Józefa Michalika" oraz "Wanda Półtawska - biografia z charakterem".