Czas kościelnej emancypacji

Michał Zalewski SJ Michał Zalewski SJ
data04.11.2018 09:00

(fot. shutterstock.com)

Zmywam gary z siostrą zakonną. W ciemnej i ponurej kuchni w piwnicach wiejskiego klasztoru wymieniamy się historiami życia. Ona mówi, że urodziła się niedaleko stąd, a do zgromadzenia przyciągnął ją charyzmat misyjny, marzyła o wyjeździe do Afryki.

 

Nigdy nie pojechała, od kilkunastu lat gotuje w tym samym męskim domu zakonnym, w tej samej obskurnej piwnicy. Nie pamiętam, co jej odpowiedziałem, pewnie nic mądrego, bo i co tu powiedzieć.

 

Zmywaliśmy razem talerze dobrych parę lat temu. Siostra pracuje tam do dzisiaj.

 

Podczas ostatniego synodu poświęconego młodzieży generał dominikanów powiedział, że 80% osób konsekrowanych (czyli należących do różnych zakonów, zgromadzeń i instytutów) to kobiety. I że powinno nam to dać do myślenia.

 

Przypomina mi się pewna ekonomiczna statystyka mówiąca, że 80% globalnego dochodu należy do 20% najbogatszych ludzi (nie wiem, czy te dane są prawdziwe, na pewno są przerażające). Realia tego świata są takie, że mniejszość posiada pełnię władzy i bogactwa, a cała reszta może się spokojnie zapracować na śmierć za miskę ryżu.


"Nie tak będzie między wami" - powiedział Jezus. Bo Kościół to coś więcej niż świat. Dlatego 80% osób konsekrowanych - kobiet, nie wybrało takiego życia po to, żeby służyć męskim dwudziestu procentom.

 

Ich wybór wynika z fascynacji Bogiem, a fascynacja ta nie zna podziału na płeć. Wszystkich nas łączy to samo dążenie i w nim wszyscy jesteśmy równi. "Nie ma już mężczyzny ani kobiety" - pisał św. Paweł do Galatów.


Niestety - ideał swoje, a rzeczywistość swoje. Kuchnie, pralnie i zakrystie wielu klasztorów i kurii biskupich stały się naturalnym środowiskiem, w którym siostry zakonne mają realizować swoje powołanie. Cicha armia na zapleczu.


Tylko czy powołanie kobiet różni się jakościowo od powołania mężczyzn? To niby Bóg wzywa młodych facetów do niesienia światu dobrej nowiny, nauczania tłumów i ewangelicznej działalności w skali makro, a młode dziewczyny do lepienia pierogów i zapalania świateł przed mszą? Nie sądzę. Nie ten Bóg, którego znamy z Biblii.


Oczywiście można snuć kato-romantyczne wywody o pięknej służbie, pokorze i głębi anonimowego poświęcenia. Najlepiej jeszcze powołać się na św. Teresę z Lisieux. Sorry, ale nie kupuję takiej gadki. Tym bardziej, gdy płynie z ust tych, którym siostry podają zupę do stołu, podczas gdy oni "powołani są do większych rzeczy".


Jasne, że pokorna służba ma wielką wartość. I jest jednym z najlepszych sposobów wprowadzania ewangelii w życie. Ale, po pierwsze: dotyczy to każdego z nas, nie tylko sióstr zakonnych, a po drugie: wcale nie stoi w sprzeczności z szerszym zaangażowaniem w Kościele. Ja też muszę w tym tygodniu zmyć w domu korytarz, który rozmiarem przypomina pas startowy na lotnisku, ale oprócz tego mogę pracować w duszpasterstwie akademickim, organizować projekt misyjny w Indiach i publikować na portalach katolickich. I jedno nie przeszkadza drugiemu.


Żeby było jasne -  problem, choć realny i wymagający kopernikańskiego przewrotu w naszym zakonnym światku, nie dotyczy wszystkich sióstr. Takie stawianie sprawy byłoby absurdalnym i obraźliwym przegięciem. Wiele żeńskich zgromadzeń to komando Kościoła - idą tam, gdzie nikt inny się nie odważy. Pracują na granicach. Szukają Chrystusa w slumsach, fawelach i wszystkich rynsztokach tego świata.

 

Kobiety z charakterem, od których mężczyźni w sutannach, jeżdżący z napędem na cztery koła sporo by się mogli nauczyć. Sam nie wiem, czy znalazłbym odwagę potrzebną do ich pracy. Pewnie nie. A nie brakuje też sióstr, które mają lepsze wykształcenie i predyspozycje do głoszenia Słowa niż niejeden kaznodzieja od siedmiu boleści.


I tyle w temacie.


Na koniec trzeba powiedzieć, że problem sióstr zakonnych to tylko część dużo szerszego zagadnienia, jakim jest miejsce kobiet w Kościele. W tej kwestii potrzebny jest powiew świeżego powietrza i zmiana myślenia. Ale nowe myślenie musi odbywać się wspólnie. Grupa mężczyzn obradująca nad rolą kobiet nie jest rozwiązaniem problemu, tylko jego symptomem. Takim samym, jak protekcjonalne mówienie, że "kobiety też mogą dużo wnieść do Kościoła". No serio?


Nasza wartość dla wspólnoty wierzących wynika z tego, że potrafimy czytać Ewangelię i że mamy tę odrobinę odwagi i ambicji, by wprowadzać ją w życie - tak samo kobiety i mężczyźni. Dlatego Kościół, który nie docenia kobiet, skazuje się na duchową przeciętność.

 

Michał Zalewski - jezuita, absolwent filozofii na Uniwersytecie Śląskim oraz kulturoznawstwa na Akademii Ignatianum. Mieszka w Warszawie