Katolicki "sex ed" w Radiu Maryja

Angelika Szelągowska-Mironiuk Angelika Szelągowska-Mironiuk
data01.01.2019 09:00

(fot. shutterstock.com)

Niedawno na antenie Radia Maryja mieliśmy możliwość wysłuchać audycji o seksie, zatytułowanej "Jak być dobrą żoną w sypialni". A tego, co zostało usłyszane, w żaden sposób nie da się odsłyszeć.

 

Informacja, że ojciec Rydzyk na urodzinach swojej rozgłośni rozdawał kontrowersyjny poradnik "Kształcenie charakteru" (pochodzący zresztą z 1946 roku), mający edukować w zakresie wiedzy o seksie, rozeszła się po internetach lotem błyskawicy.

 

Jeden z portali rozrywkowych podsumował to posunięcie Ojca Dyrektora tak, że widocznie “chciałby on mieć swój Sex ed, ale nie jest jak Anja Rubik". Jednak próby wychowywania narodu do życia w rodzinie nie ograniczyły się wyłącznie do rozpowszechniania książki, której nie można uznać za fachową. Niedawno na antenie Radia Maryja mieliśmy możliwość wysłuchać audycji o seksie, zatytułowanej "Jak być dobrą żoną w sypialni". A tego, co zostało usłyszane, w żaden sposób nie da się odsłyszeć…

 

Sanktuarium życia i skansen języka

 

Czy da się mówić o seksie, unikając jak ognia słowa "seks"? Prowadzący audycję "Jak być dobrą żoną…" podjęli tego rodzaju próbę. Zarówno Danuta i Piotr Sobolowie, jak i ks. Marcin Różański, mówili o "akcie małżeńskim" czy "miłości erotycznej". Niby nic wielkiego, ale osobiście uważam, że jeśli ktoś decyduje się na prowadzenie audycji na określony temat, to nie powinien traktować słowa "seks" jak zakazanego wyrazu.

 

Chciałabym wierzyć, że prowadzącymi kierowała wyłącznie chęć upiększania języka (co, w moim odczuciu, kompletnie się nie powiodło), a nie irracjonalny lęk przed mówieniem o seksualności wprost. Osoby bojące się tematu seksu absolutnie nie powinny przecież nikogo na ten temat szkolić, aby swoich problemów nie przekazywać innym osobom. Seksedukatorzy z Radia Maryja używali również metafor, za które moja polonistka z liceum postawiłaby mi jedynkę z wykrzyknikiem - jedną z nich może być porównywanie życia w katolickim stadle do trójkąta "żona, mąż oraz Pan Bóg". Tego rodzaju niefortunne środki stylistyczne po prostu rażą moje uszy i ukazują nieprzygotowanie i infantylność w zakresie mówienia o seksualności - co przecież, zważywszy na "ekspercki" charakter audycji, nie powinno mieć miejsca.

 

Oczywiście, rozumiem, że nie jest to przekaz kierowany do językoznawców - ale jednak, słuchając wypowiedzi medialnych, mamy uzasadnione prawo do oceniania zarówno treści, jak i formy tego przekazu. Jeszcze bardziej druzgocące jest to, że znaczna część spośród wypowiedzi osób prowadzących była powtarzaniem stereotypów płciowych, co przecież zawsze, ale to zawsze jest krzywdzące - płciowa mitologia nie ma prawa występować jako "zamiennik" rzetelnej wiedzy.

 

Seks po katolicku? Sięgnij do magazynu "Czytaj Dalej" >>

 

Nietrafione jest chociażby nazywanie kobiety "sanktuarium życia" - wszak udział w płodzeniu dziecka mają przedstawiciele obu płci (i oboje ponoszą za to nowe życie odpowiedzialność!). Jeszcze gorzej rysuje się "układ władzy" w małżeństwie, jaki został zaproponowany podczas audycji. Zdaniem ekspertów z RM, "Małżeństwo jest zgodne, gdy mąż panuje nad żoną, a żona nad sobą."

 

Nie muszę chyba mówić, że kłóci się to nie tylko z wiedzą z zakresu współczesnej seksuologii i psychologii - bo dzięki rozwojowi tych nauk wiemy, że pary i małżeństwa są zgodne, gdy zarówno kobieta, jak i mężczyzna biorą odpowiedzialność za swoje czyny (czyli "panują nad sobą"), ale także… z nauczaniem św. Jana Pawła II. Papież Polak (tak ochoczo nazywany przecież Papieżem Rodziny!) dawno już wyjaśnił, że relacja w małżeństwie nie jest układem panowania męża nad żoną, a "zalecenie" posłuszeństwa żony wobec męża, jakie pojawia się w listach św. Pawła, to "układ, który głęboko był zakorzeniony w ówczesnym obyczaju i religijnej tradycji".

 

Skoro więc nie istnieją ani naukowe, ani religijne przesłanki do tego, by promować "panowanie" męża nad kobietą, to słowa takie w żadnym razie nie powinny pojawiać się podczas audycji.

 

Mężczyzna ma prawo, kobieta - obowiązek

 

Czy w zakresie edukacji seksualnej może istnieć coś gorszego, niż powielanie stereotypów i obsesyjne niemal przypominanie, że małżonkowie podczas "aktu miłosnego" mają być otwarci na pojawienie się nowego życia? Niestety, tak. Tym czymś jest kluczenie w sprawie przemocy seksualnej. Nieco egzaltowane wypowiedzi o podobieństwie alkowy małżeńskiej do ołtarza mogą nas nie zachwycać, ale raczej nie są szkodliwe - jednak stwierdzenie "Żona nie może uważać męża za agresora czy potencjalnego gwałciciela. Na mocy powinności małżeńskiej ma on ma prawo domagania się od żony współżycia seksualnego" to już zło w czystej postaci.

 

Jeśli bowiem mąż jest gwałcicielem - a to się, niestety, zdarza! - to, na Boga, kogo innego kobieta ma w nim widzieć? Zarówno mąż, jak i żona, mogą mieć ochotę na seks i go inicjować - ale w każdej chwili mogą również odmówić współżycia. Zawarcie ślubu kościelnego nie czyni z kobiety (ani z mężczyzny, ale to dla autorów audycji jest raczej jasne) aparatu do zaspokajania potrzeb seksualnych współmałżonka - człowiek po ślubie zachowuje prawo do decydowania o swoim ciele. Jednym z przejawów tego prawa jest możliwość niewyrażenia zgody na seks.

 

W sytuacji, gdy ktoś narusza wolność seksualną człowieka, mamy do czynienia z przestępstwem, o którym należy poinformować organy ścigania - nieważne, czy jest to obcy człowiek, sąsiad czy własny mąż. Naprawdę wolałabym, aby to właśnie ta informacja (zamiast kuriozalnego stwierdzenia, że "sfera seksualna niesie również wymiar krzyża") wybrzmiała na antenie.

 

Wprawdzie ksiądz Różański wspomina później, że żona nie jest niewolnicą, ale niewiele to zmienia, skoro dla prowadzących audycję problem stanowi niewspółżycie wtedy, gdy nie ma się na to ochoty: "Jeżeli wyeliminujemy doświadczenie krzyża, czyli cierpienia, to dojdzie do czegoś takiego, że tylko kiedy mam ochotę, to współżyję, a jak nie mam ochoty, to nie współżyję, i wtedy może być bardzo poważny problem". Jeżeli żona-katoliczka potraktuje taki przekaz serio, to może pomyśleć, że "powinna ofiarować się mężowi" także wtedy, gdy po prostu nie chce uprawiać seksu - a współżycie wbrew sobie to najskuteczniejszy sposób na to, by zohydzić sobie tę piękną sferę życia.

 

Jednocząca moc seksu

 

Czy mimo koszmarnych wpadek (oraz niezaprzeczalnie poważnych błędów) w audycji Radia Maryja można się dopatrzeć (a raczej "dosłyszeć") czegoś pozytywnego? Być może dla osób czytających ten artykuł - i bez wątpienia dostrzegających mój negatywny stosunek do do audycji - będzie to zaskoczeniem, ale uważam, że prowadzący "Jak być dobrą żoną w sypialni" zwrócili uwagę na jedną szalenie istotną rzecz.

 

Otóż w audycji zostało powiedziane (i to wprost!), że seks jest środkiem do okazywania miłości. Czy jest to odkrywcze i rewolucyjne? Pewnie, że nie. Jednak dla części seksofobicznie nastawionych słuchaczy "katolickiego głosu w Twoim domu" przypomnienie, że współżycie nie służy wyłączenie prokreacji, ale także ma wzmacniać więzi między mężem i żoną, może być naprawdę ważne.

 

Choć Kościół już od paru dekad zwraca uwagę na to, że małżonkowie mają niezbywalne prawo do cieszenia się seksem, to jednak nasze mamy i babcie od duchownych (i nie tylko) otrzymywały raczej przekaz, że seks jest brudny, grzeszny lub - w najlepszym wypadku - mało istotny. Jeśli więc na antenie katolickiej rozgłośni próbuje się mówić o płciowości nie tylko w kontekście grzechów przeciwko VI przykazaniu czy nakazu bycia płodnymi i rozmnażania się, to z pewnością można to odczytać jako krok w dobrą stronę.
Pozostaje tylko mieć nadzieję, że kolejna próba katolickiego "sex edu" nie będzie tak toporna i nie pozostawi w nas niesmaku.

 

Angelika Szelągowska-Mironiuk - psycholog i copywriter. Wierząca i praktykująca. Prowadzi bloga katolwica.blog.deon.pl