Symbolika talerzyka. A jak ktoś zapuka?

Edyta Drozdowska Edyta Drozdowska
data24.12.2018 09:00

(fot. shutterstock.com)

"Dzień dobry, nie mam z kim spędzić Wigilii...", "Dziękuję, nie jestem zainteresowana" - podobnych dialogów było więcej. Chciała sprawdzić, czy puste nakrycie, symbol miłości bliźniego, obejmie również ją. Odwiedziła kilkadziesiąt mieszkań.


Mój dziadek hodował i kochał kury. Nigdy nie zjadł rosołu, choć sam je zabijał, a potem długo się nie odzywał. Pomagał też ubogiej kobiecie, w piwnicy miała swój talerz, łyżkę i okazje na ciepłe posiłki.


Dziadek miał na imię Karol i dobre serce. Choć nie rozumiem, dlaczego kury przeznaczał na rosół, skoro przez to cierpiał, a ta kobieta nigdy nie usiadła do stołu razem z nami. Zgaduję, że mógł uważać, że tak trzeba, że takie są "zasady".


Talerz może przypominać - jest do załatwienia "sprawa bliska"


Słownik języka polskiego podaje, że zasada to "ustalony na mocy jakiegoś przepisu lub zwyczaju sposób postępowania w danych okolicznościach" lub "norma postępowania". W wielu domach normą w czasie wigilijnego wieczoru jest dodatkowe nakrycie.


Pusty talerz to element tradycji. Może ożywiać pamięć o kimś, kto zmarł albo - jak zapewniają prof. Joanna Hańderek i prof. Małgorzata Bogunia-Borowska w rozmowie z Sylwią Paszkowską w Radiu Kraków - jest też miejscem dla kogoś bliskiego. "Masa rodzin ma różne konflikty, często jest tak, że ludzie się do siebie długo nie odzywają (…). Talerz może nam przypominać: jeszcze masz tutaj coś do załatwienia. Jest do załatwienia sprawa bliska. Jest trudniejsza, wymaga więcej wysiłku, bardziej angażuje emocjonalnie". Dodatkowe nakrycie to również zaproszenie dla kogoś nieznajomego, samotnego, ubogiego. Kogoś, kto w wigilijny wieczór może zapukać do drzwi.


Tylko czy zachowując tradycję, wierzymy, że zapuka na serio? Co jeśli dzisiaj usłyszymy dzwonek do drzwi, kiedy będzie się nam wydawało, że już jesteśmy w komplecie? A jak ten ktoś będzie nieładnie pachniał i źle wyglądał?


Strach przed obcym czy znieczulica?


Trzy lata temu Ewa Kaleta, dziennikarka, postanowiła sprawdzić, czy idea pustego miejsca przy wigilijnym stole to tylko tradycja, czy mieszkańcy Warszawy, do których zapuka, zaproszą ją do wigilijnej wieczerzy. W ciągu pięciu godzin stanęła w progach kilkudziesięciu mieszkań. Jest muzułmanką, konwertytką, a Wigilię spędzała w stolicy samotnie. "Chcę sprawdzić, czy dodatkowe puste nakrycie, symbol katolickiej miłości do bliźniego, obejmie również mnie" - wyjaśniła w reportażu, w którym opisała swoje doświadczenia >>


"Dzień dobry, proszę pani, nie mam z kim spędzić Wigilii...", "Nie, dziękuję, nie jestem zainteresowana" - podobnych dialogów było więcej. Nikt nie zaprosił jej do stołu. Jedni w ogóle nie otwierali drzwi, inni już w progu nie wyrażali chęci rozmowy, jeszcze inni próbowali znaleźć dla niej pomoc w Caritasie bądź Domu Samotnej Matki.


Czy to przez hidżab? Strach przed obcym? Znieczulicę? Zamknięte na inne zdanie serce? Udostępniłam tekst na swoim facebookowym wallu, nawiązała się rozmowa o tym, czy pomagamy tylko od święta, czy lubimy wspierać innych na co dzień. Znajomy ksiądz skomentował, że w czasie Wigilii jego wspólnotę odwiedził proboszcz sąsiedniej parafii, który prowadzi ją sam, "nasze puste krzesło się zapełniło" - napisał. A może wy przyjęliście w jakąś Wigilię kogoś nieznajomego? Albo znacie kogoś, kto odważył się na taki gest? Jeśli macie albo znacie takie historie, napiszcie na [email protected]


Może warto złamać w sobie jakiś lód


A może jest ktoś, kto czeka, aż my zapukamy do jego drzwi? Napiszemy SMS-a, zadzwonimy, umówimy się na wiecznie odkładaną kawę? Może idea pustego talerzyka mogłaby być mobilizacją do spotkania albo pogodzenia się? Wyjaśnienia, przeproszenia?


Może warto przełamać w sobie jakiś lód i zaprosić na Wigilię ciotkę, którą trudno znieść, a może na tej samej ulicy albo w klatce obok mieszka ktoś, o kim wiadomo, że codziennie jest sam?

 



Do ostatnich sekund spotu miałam nadzieję, że ten pan jednak otworzy komuś drzwi. To jeden z takich, które zatrzymują się w głowie na dłużej. W filmie gra pan Jurek, podopieczny Fundacji Anny Dymnej "Mimo Wszystko". Samotność ma to do siebie, że nie może być zwalczana tylko przez jedną osobę. Dobra wiadomość jest taka, że wiele ciągów dalszych naszych osobistych historii zależy głównie od nas.


Niech to będzie dobry wieczór. Jest przecież czekaniem na Miłość.