Zbiórka protestacyjna

Gazeta Krakowska Jacek Siepsiak SJ
data10.02.2019 10:00

(fot. shutterstock.com)

Ludzie oddają pieniądze. Nie trzymają ich kurczowo, bo wiedzą, że to na wolność: na więcej możliwości dla chorych, na wolność słowa i po prostu, by nas wrogość nie zniewalała.

 

Czy wolność ma coś wspólnego z pieniędzmi? Zadziwiające powodzenie ostatnich zbiórek internetowych (do puszki Adamowicza, na Europejskie Centrum Solidarności, a także w pewnym stopniu na WOŚP) daje do myślenia. Zwłaszcza że ludzie już się oswoili z taką formą prośby o wsparcie, zatem nie chodzi tu o efekt nowości. Wielu z wpłacających na wspomniane zbiórki przedtem raczej dawało na inne cele charytatywne. Teraz jednak zdecydowali się wesprzeć inicjatywy stojące w opozycji do "życzeń" władzy.

 

Powiedziałbym, że doszło do pewnego "wołania" o wolność za pomocą pieniędzy. Demonstrowanie i krzyczenie na ulicach rozczarowało brakiem konkretnych efektów. Memy na FB może i śmieszą, ale ich siła sprawcza wydaje się niewielka. Dlatego sięgnięto po inną formę wołania o wolność: pieniądze.

 

To stara liberalna zasada: kto ma majątek, ten jest bardziej wolny. Ktoś, kto jest na garnuszku władzy, musi być jej posłuszny. Pokazano więc, że możemy sami się zorganizować i wesprzeć te inicjatywy, które dla nas są ważne, podobają się nam, a władzy niekoniecznie.

 

Czy rzeczywiście majątek przynosi wolność? Obraz wielbłąda próbującego przejść przez ucho igielne ostrzega przed bogactwem. Wiemy, że wielu dla ratowania swego majątku idzie na układy z władzą. Troska o mamonę potrafi zniewolić człowieka.

 

Kościół za Jezusem głosi "Błogosławieni ubodzy w duchu" i jednocześnie broni swojego majątku mającego pozwalać mu na niezależną działalność (też charytatywną). W efekcie wszyscy śmieją się ze "złote a skromne". Fundusz kościelny należy się Kościołowi ograbionemu z jego majątku i do tej pory wykorzystywanego przez państwo. Ale przywiązanie do tego funduszu w zestawieniu z "ubodzy w duchu" przynosi ogromne szkody (nie tylko wizerunkowe).

 

Bo w takich czasach żyjemy. Patrzymy na ręce władzy. Chcemy wiedzieć, jak się obraca naszymi pieniędzmi. Mamy świadomość, że są one wypracowane przez społeczeństwo (a w Kościele przez wiernych). Najbardziej gorszy to, gdy ci, którzy nimi obracają w naszym imieniu, nie są "ubodzy w duchu", są nimi zniewoleni.

 

W takich sytuacjach bierzemy sprawy w swoje ręce, ręce z pieniędzmi. Zrzucamy się na alternatywę wobec nieprzejrzystych działań finansowych. Może dlatego na nową siłę polityczną wyrastają samorządy? Im łatwiej patrzeć na ręce.

 

Pieniądze szczęścia nie dają. Kiedy? Gdy się ich kurczowo trzymamy, gdy nie potrafimy ich wydawać. Nie dziwota, że cieszą i wzruszają takie rekordowo szybkie zbiórki, kiedy ludzie oddają pieniądze. Nie trzymają ich kurczowo, bo wiedzą, że to na wolność: na więcej możliwości dla chorych, na wolność słowa i po prostu, by nas wrogość nie zniewalała.

 

Jacek Siepsiak SJ - dyrektor naczelny Wydawnictwa WAM i redaktor naczelny kwartalnika "Życie Duchowe". Tekst ukazał się pierwotnie w Gazecie Krakowskiej