Mur, który zabija

Karol Kleczka Karol Kleczka
data14.02.2019 09:00

(fot. Vic Hinterlang / shutterstock.com)

Słyszeliście o naszych braciach i siostrach, którzy giną na granicy z USA? To kilka tysięcy osób. Wszyscy pragną jednego - dostać się do "kraju wolnych, ojczyzny dzielnych ludzi".

 

W połowie stycznia ukazał się najnowszy singiel zespołu The Killers. Piosenka "Land of free" wywołała niemałe zamieszanie, nie tylko dlatego, że bezpośrednio nawiązuje do "Gwieździstego sztandaru", czyli hymnu Stanów Zjednoczonych. Nowa ballada Brandona Flowersa to aktualny komentarz na temat kryzysu migracyjnego, więzień, regularnych strzelanin w Stanach, a zwłaszcza polityki prezydenta Donalda Trumpa. Za teledysk odpowiada wybitny reżyser Spike Lee, twórca już pięciokrotnie nominowany do Oscara, którego już wkrótce może zdobyć za film "Czarne bractwo. BlacKkKlansman". Lee dostał wolną rękę od Killersów i znakomicie wykorzystał tę swobodę. Stworzył krótkometrażowe dzieło obrazujące strach i trudności towarzyszące zgromadzonym w Tijuanie migrantom z Ameryki Środkowej, ale też ich twarze pełne marzeń związanych ze światem ledwie kilka kilometrów dalej na północ; pełne nadziei w oczekiwaniu na kolejny dzień. Bawiące się dzieci, wieczorne czuwania, wspólna lektura Pisma Świętego i opuszczenie przez uwagę świata. Odpowiecie, że przecież dużo mówi się o uchodźcach, a co bardziej cyniczni pewnie dodadzą "za dużo". A słyszeliście o tym, co dzieje się w Meksyku?

 

 

Pewnie niektórzy kojarzą plany Donalda Trumpa zamierzającego radykalnie zabudować granicę przebiegającą na południu Stanów. To jeden z głównych postulatów lidera "ojczyzny ludzi wolnych", której mit założycielski osadzony jest na samostanowieniu każdego, kto do niej przybędzie. Ale to nie takie proste nie tylko ze względu na trudy podróży przedsiębranej przez tysiące osób koczujących w Meksyku, zaś pochodzących z całego południa. Również Trump natrafił na problem w wykonaniu marzenia o odgrodzeniu, bo ono jest po prostu szalenie kosztowne. Nawet taki bogaty i pewny siebie pan ma za chudy portfel do tej operacji. Trumpowi kilka miesięcy temu postawiła się własna administracja, która zadecydowała, że nie przeznaczy środków publicznych na budowę muru, lecz prezydent nie pozostał jej dłużny i skorzystał z ostatecznego szantażu. Zawiesił prace własnego rządu, czym doprowadził do paraliżu administracji publicznej. Decyzję odżegnał dopiero niedawno, lecz po drodze docisnął filar obsługi państwa, doprowadzając do niecodziennych scen, w których pracujący w Waszyngtonie urzędnicy stawali w kolejkach po obiady z bezdomnymi.

 

W poszukiwaniu środków na budowę muru prezydent USA zwrócił się do Kościołów. Trump zaoferował, że przedłuży program ochrony dla dzieci starających się o prawo pobytu w Stanach Zjednoczonych, których popularnie określa się jako "dreamers", czyli "marzycieli". Ta nazwa pochodzi od ustawy znanej jako "DREAM Act", która miała zapewnić im prawa, ale choć powstała w 2001 roku, przez 18 lat nie weszła w życie. Propozycja Trumpa nie była jednak żadnym aktem miłosierdzia, a próbą przekupstwa - w zamian za ustępstwo na rzecz potrzebujących dzieci, których wzięły w obronę m.in. wspólnoty chrześcijańskie, prezydent oczekiwał solidnych pieniędzy na budowę kosztownego muru o wartości sięgającej niemal 6 miliardów dolarów. Powiedzieć, że to groteskowe, to mało. To obrzydliwe, bo mur oddzielałby dzieci od ich rodzin. Kardynał Daniel DiNardo wypowiedział się o tym działaniu z dużą ostrożnością, podkreślając, że działanie prezydenta zapewniłoby jedynie tymczasową ulgę osobom, które nadal znajdowałyby się w opłakanym stanie. Biskupi USA od miesięcy naciskają na władze w celu przeprowadzenia całościowej reformy migracyjnej, która pomogłaby potrzebującym uzyskać prawa obywatelskie, jak również wielokrotnie otwarcie krytykowali Donalda Trumpa za jego marzenia o grodzeniu Stanów.

 

Wreszcie Trump zaczął wykupywać ziemię na południu Teksasu, by stawiać na niej ogrodzenie dla poszukujących pomocy ubogich z południa. Drapieżczym zamiarom prezydenta oparli się parafianie zgromadzeni w małym kościółku La Lomita w Mission. Korzystając z wsparcia biskupa Daniela Floresa, protestowali, argumentując, że budowa muru zniszczy świątynię, a zatem jest zamachem na ich wolność religijną. Parcela, na której znajduje się mała kapliczka, jest ostatnim miejscem, na jakie nie mogli dostać się budowniczy muru Trumpa, bo pozostałe posesje prywatne zostały zajęte przez władze. Do ich mieszkańców skierowano listy, w których rząd federalny wymuszał przeprowadzkę w ciągu najbliższego roku. Niestety, sąd wydał wyrok, w którym zezwolono na przejęcie kościelnej ziemi przez państwo, choć Kościół nie zamierza ustępować.

 

Dlaczego to nas omija? Niemal każda osoba, którą pytałem o karawanę migrantów, nie słyszała o niej, a przynajmniej niezbyt wiele. Przekaz medialny niemal wyłącznie zdominowała wykorzystywana przez polityków kwestia uchodźców, ale widać, że sposób prowadzenia tej narracji doprowadził do tego, że w Polsce właściwie się o kryzysie migracyjnym zapomniało. Dużo było mowy o "pomocy na miejscu" - na tyle dużo, że przykryto fakt, że ta pomoc jest coraz mniejsza. Powtarzano o skuteczności programu "Rodzina rodzinie", o którym również mówi się coraz mniej. To jak tu myśleć o uciekających przed skrajną biedą, głodem i rządami gangów migrantach z Hondurasu czy Wenezueli, skoro Polacy nie zdają sobie sprawy, ile osób zginęło w zeszłym miesiącu na Morzu Śródziemnym? Ubóstwo południa wcale nie zmalało. Mimo to o ludziach z Tijuany się milczy i wyjątkiem są tu reportaże Marty Zdzieborskiej dla "Tygodnika Powszechnego". Tymczasem karawana migrantów, która stanęła przy granicy z USA, jest kolejnym, oczywistym przykładem na to, że ludzi zmuszonych do opuszczania swych domów w strachu przed przemocą, brakiem pracy i realną możliwością zniewolenia jest coraz więcej. To nie tylko Syria czy Sudan Południowy - w innych krajach, na innych kontynentach, też już nie da się żyć. To cały świat, który wędruje na północ w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca do życia. Ulegliśmy mechanizmowi zagadania i odwracania uwagi do tego stopnia, że gdy niedawno mówiłem mojemu przyjacielowi o amerykańskich pogranicznikach wylewających baniaki z wodą pozostawione dla spragnionych uciekinierów, ten nie był mi w stanie uwierzyć. A tak wygląda codzienność na granicy, którą Donald Trump chce jeszcze bardziej dozbroić.

 

Sceptyk powie, że pewnie bardzo migrantom pomogło te kolejne kilka tysięcy znaków puszczonych w internecie, które właśnie czytasz, ale może warto się zatrzymać i zastanowić, czy nie można jakoś pomóc, choćby przez wybory, które podejmujemy tutaj. Przez refleksję w dyskusji ze znajomymi, która może wpływać na ich postrzeganie świata - na to, co widzą, a na co zamykają oczy albo o czym właściwie nie wiedzą. Pomyśleć, czy bezwiedne kibicowanie krótkodystansowym i nastawionym na poklask działaniom polityków - niezależne, czy tych blisko, czy za oceanem - jest faktycznie chrześcijańską postawą.

 

Mur, który chce postawić Trump, zabije chrześcijan z Ameryki Południowej. Już zabija - 8 grudnia zmarła siedmioletnia Jakelin Caal Maquina z Gwatemali, która dostała się do amerykańskiej Ziemi Obiecanej już niemal w karetce. Granicę udało się jej przekroczyć w Mikołajki, 6 grudnia, ale wraz z ojcem zaraz trafiła do tymczasowego aresztu. 27 godzin później już nie żyła. Dziewczynka zmarła z odwodnienia.

 

Gdy w zeszłym tygodniu prezydent USA przedstawiał doroczne przemówienie dla zebrania połączonych izb Kongresu, w którym wyliczał swoje sukcesy, na widowni siedziała 29-letnia, najmłodsza kongresmenka w historii. To córka gospodyni z Portoryko i architekta z Bronksu, która wyłącznie własną pracą, zapałem i zdobywaniem kolejnych stypendiów ukończyła studia. W trakcie nauki była na stażu w biurze senatora Teda Kennedy’ego, ale po opuszczeniu uczelni (z wyróżnieniem) wróciła na Manhattan i pracowała w barze. Zaangażowała się w działania lokalnej społeczności, sąsiadów, którzy chcieli by ich dzielnica była lepszym miejscem do życia, a także walczyła z ludźmi, którzy wyrzucali lokatorów z ich domów. Pomaga często niesłusznie wtrącanym do więzień mieszkańcom uboższych dzielnic Nowego Jorku, bo jak sama mówi "wierzy w grzechów odpuszczenie". Czasem opisuje swój program przywołując fragmenty Ewangelii według św. Mateusza. Nazywa się Alexandria Ocasio-Cortez i gdy Trump z mównicy deklarował uszczelnianie granicy na południu Stanów, ona słuchała z nieukrywanym gniewem. W klapie marynarki miała wpięte zdjęcie dziewczynki, która gdyby mogła dorosnąć, być może urodziłaby taką córkę jak Ocasio-Cortez - małej Jakelin, którą zabiła polityka północy.

 

Karol Kleczka - redaktor DEON.pl, doktorant filozofii na UJ, współpracuje z Magazynem Kontakt. Prowadzi bloga Notes publiczny.