Bóg nas wzywa do pracy z młodzieżą

Paweł Kowalski SJ Paweł Kowalski SJ
data27.02.2019 09:00

(fot. gc36.org)

W ubiegłym tygodniu jezuici otrzymali dokument będący efektem długiego rozeznania, w które włączony został nawet Papież. To, co otrzymaliśmy, śmiało można nazwać wolą, jaką Bóg ma wobec zakonu. Wynika z niego, że Duch Święty chce, aby jezuici m.in. zajęli się duchowym towarzyszeniem młodzieży.

 

Kto z was lubi czytać dokumenty? Kto z was lubi słuchać listów Episkopatu czytanych w niedziele? Pewnie niewielu. Jesteście zatem w stanie zrozumieć, jakie miałem nastawienie, kiedy zaczynałem czytać opis preferencji apostolskich. "Ot, kolejny dokument" - pomyślałem sobie. Jakże wielkie było moje zaskoczenie!

 

Najpierw tytuł "Towarzyszyć młodzieży w tworzeniu przyszłości, która będzie pełna nadziei". Pomyślałem sobie, "No tak, liczba powołań spada, trzeba coś zrobić dla młodzieży, żeby nas miał kto pochować". Jednak po tytule następowało wytłumaczenie tego wezwania. Okazało się, że forma aktywności to tylko środek do czegoś więcej. Jesteśmy wezwani do nawrócenia. My, jezuici, na poziomie osobistego życia, ale i naszych wspólnot, a wreszcie na poziomie naszych instytucji mamy się nawrócić! I wcale nie chodzi o to, że nadszarpnięto moją typową jezuicką pychę. Nigdy bym się nie spodziewał, że celem towarzyszenia młodzieży będzie nawrócenie tego, kto towarzyszy. Wszystko, aby lepiej przylgnąć do Serca Jezusa.

 

A skąd mamy dokładnie wiedzieć, gdzie tkwi nasza niewierność Bogu? Tego dowiemy się, nasłuchując Ducha Świętego, który będzie do nas mówić przez młodzież. "Szukać i znajdować Boga we wszystkim" - zakrzyknąłby św. Ignacy Loyola.

 

Towarzyszenie

 

Jaką młodzież spotykamy? Dokument wspomina o takiej, która stoi przed podjęciem fundamentalnych decyzji, która szuka znaczenia swojego życia, która poszukuje swoich najgłębszych pragnień. Myślę, że w dużej części to dobra ocena. Ze swojej strony dodałbym jeszcze aspekt tego, że wiele młodych osób przychodzi do Kościoła jak do szpitala polowego. Zostali bowiem nie raz poturbowani przez rodziny, partnerów czy przez własny grzech.

 

"Nie chodzi więc o uczynienie czegoś «dla nich», ale o życie w komunii «z nimi», razem wzrastając w zrozumieniu Ewangelii oraz w poszukiwaniu najbardziej autentycznych form, aby ją przeżywać i o niej świadczyć" - mówi ostatni Synod o młodzieży (116). Żeby zacząć towarzyszyć, trzeba najpierw usłyszeć, czym żyją młodzi ludzie, nie tylko jakie są ich plany albo na jakie filmy chodzą do kina. Towarzyszyć oznacza dać się poruszyć wewnętrznie przez każde ich pogubienie, dać się zainspirować ich odkrywaniem sensu, poczuć razem z nimi zew przygody, kiedy podejmują nowe wezwanie.

 

Synod o młodzieży przypomina moment, gdy Jezus towarzyszy młodym uczniom uciekającym do Emaus. Zmartwychwstały daje się poruszyć ich historii, ale ani na chwilę nie rezygnuje z pokazywania im innej perspektywy tego, czego doświadczyli. Aby mogli głęboko odczuć, że pomimo iż doświadczenie życia wydaje się załamujące, pełne bólu i rozczarowania, to tak naprawdę jest pełne też Zbawczej Obecności. Głoszenie z mocą rozpaliło serca młodych, którzy w konsekwencji wrócili do wspólnoty, chroniącej się w tym czasie w Jerozolimie.

 

Czy nie jest tak, że my, jezuici, jesteśmy wezwani do tego samego? Aby towarzyszyć ludziom, ale nie tylko tym, którzy przyszli do naszych wspólnot. Trzeba wyjść z kościoła, poszukać tych, którzy odeszli albo zostali wykluczeni. Arcybiskup Ryś zauważył kiedyś, komentując fragment wyżej wspomnianej Ewangelii o uczniach z Emaus, że towarzyszenie Jezusa oznaczało wspólną drogę nawet wtedy, kiedy postępowanie ludzi szło ku gorszemu. Jednocześnie trzeba mieć taki kontakt ze zbawczym Słowem, aby dzielić się nim przez świadectwo swojego życia, a "jak trzeba i przez nauczanie" - mówił kiedyś Papież Franciszek.

 

Kiedy wchodzi się w prawdziwy dialog z drugim człowiekiem, wówczas nie ma miejsca na udawanie. Jakakolwiek maska wprowadza swąd zdrady. Przepowiadanie bez wewnętrznej jedności z Mistrzem jest zdradą nie tylko na poziomie indywidualnego powołania, ale także na poziomie spotkania z drugim człowiekiem. Towarzyszenie to jednak niesamowita przygoda i już się cieszę na kolejne lata mojej posługi.

 

Trudna droga

 

Już teraz można sobie wyobrazić, że będzie to od nas wymagało sporo wysiłku. Jeżeli weźmiemy się na serio do roboty, to po pierwsze zupełnie nie wiadomo, jak będzie wyglądał nasz zakon za dekadę lub dwie. To trochę jak historia Żydów, którzy uciekli z Egiptu. Wiedzieli, że idą do "jakiejś" Ziemi Obiecanej, wiedzieli, że Bóg będzie im przewodzić, ale za bardzo nie wiedzieli ani gdzie, ani kiedy będzie kres ich drogi. Tak samo i my nie wiemy, jak będzie wyglądał nasz zakon i kiedy w końcu dokona się nasze nawrócenie. Dostaliśmy natomiast jasne wskazówki, co ma się wydarzyć na poziomie naszego indywidualnego życia, aby to się mogło dokonać. W kontakcie z młodzieżą powinniśmy uczyć się rozeznawać, dzielić się z nimi Dobrą Nowiną o Jezusie Chrystusie, aby czynić ten świat bardziej solidarnym i sprawiedliwym.

 

Po drugie. Przypomina mi się fragment z końcowego dokumentu synodu o młodzieży: "Dobra osoba towarzysząca to człowiek zrównoważony, słuchający, to osoba wiary i modlitwy, która zmierzyła się z własnymi słabościami i kruchością. Z tego powodu potrafi akceptować ludzi młodych, którym towarzyszy, bez moralizowania i bez fałszywej wyrozumiałości" (102). Uderza mnie to wezwanie do spotkania z własną słabością i kruchością. "Ludzie doświadczają wielu porażek - mówił kiedyś poprzedni generał jezuitów o. Adolfo Nicolas - w małżeństwie, w wychowaniu dzieci, w relacjach, w pracy. To, że my, jezuici, tak boimy się porażki, sprawia, że jesteśmy bardzo słabi w głoszeniu Ewangelii". Bo czy nie jest tak, że zmierzenie się z własną słabością i grzechem otwiera nas na ludzi, razem z ich pogubieniem, ranami z dzieciństwa, doświadczeniem własnej i cudzej nikczemności? Trzeba sobie ponownie przypomnieć o własnej słabości, aby móc usłyszeć i przejąć się historią młodych.

 

Turbulencje

 

Czasem mamy wrażenie, że pomimo wszystkich pięknych słów, inspirujących gestów i wielkich inicjatyw codzienność Kościoła jest, jaka jest. Pomimo kolejnego ciekawego przemówienia Papieża, kazania w parafiach i tak się nie poprawiają. Pomimo kolejnego fantastycznego świadectwa wiary młodych misjonarzy ruchy przykościelne dalej wyglądają jak lepiej lub gorzej zarządzane przez księdza organizacje, a nie wspólnoty. Pomimo wezwań do odnowy liturgii przy ołtarzu i tak będzie panować bylejakość. To, co proponuje jezuitom ta preferencja, to zaryzykować, że jeśli wsłuchamy się w młodzież, to nasza codzienność apostolska się zmieni.

 

Przychodzi mi do głowy grupa apostołów, uczniów i uczennic Jezusa, którzy stają u progu drzwi Wieczernika, z sercami rozpalonymi Duchem Świętym za chwilę wyruszą w najdalsze regiony świata. Będą wszystkim ludziom, swoimi słowami, czynami, a wreszcie i śmiercią, świadczyć o tej niesamowitej Miłości. Myślę, że to misja, z której czerpać mogą nie tylko instytucje związane z jezuitami, ale i Kościół. Innymi słowy Boży raban, do którego zachęcał parę lat temu Papież Franciszek.

 

 

Paweł Kowalski SJ - duszpasterz akademicki wspólnoty DA Winnica w Gdańsku Wrzeszczu. Bydgoszczanin. Ukończył filozofię na Akademii Ignatianum w Krakowie. Pracował w Szkole Kontaktu z Bogiem. Studiował teologię na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Podharcmistrz i kilkukrotny przewodnik grupy SZARA WAPM