"Green Book" - film, który rozbraja z nienawiści

Karol Kleczka Karol Kleczka
data03.04.2019 08:00

(fot. materiały producentów)

Gdy wyszedłem z kina, pomyślałem, że dobrze, że w Złotych Globach jest specjalna kategoria dla filmu rozrywkowego, w której można wyróżnić kino nieco lżejszego kalibru. Bo przecież nie ma szans, żeby "Green Book" dostał Oscara.

 

Z tą kategorią to pewna przesada, bo choćby w tym roku trafiały do niej bardziej przerażający niż śmieszny "Vice" i groteskowa, lecz przejmująca "Faworyta", a i "Green Book" to też nie aż tak lekki film. Mimo to film Petera Farrelly’ego wielu oceniało przez pryzmat sylwetki reżysera, twórcy hitów takich jak "Sposób na blondynkę" czy "Głupi i głupszy". Jeśli miałoby to być powodem do snobistycznego zaniżenia oceny, to źle świadczy tylko o takich pysznych widzach. Stworzenie dobrego filmu rozrywkowego jest sztuką trudniejszą od przedstawienia dramatu, którego środki wyrazu niekiedy rodzą się same. To dziwne i być może niezrozumiałe, ale chyba łatwiej przychodzi podzielić się cierpieniem niż radością, bo ta druga odziera z powagi, pozostawiając w pewnej bezradności i przede wszystkim bezbronności. Niełatwo wejść do wspólnoty ludzi dzielących się śmiechem. Śmiech i czułość nie wybierają człowieka, bo leżą bliżej naturalnych odruchów; refleksja i zaduma - takie pole wyboru pozostawiają. Historia z "Green Book" łączy te rejestry i jak szybko się okazało, przegrałbym zakład, gdybym postawił na oscarową porażkę "Green Book" (stawiałem na "Faworytę").

 

To nie jedyny kontrast, na którym opiera się "Green Book", bo przecież główni bohaterowie sami ich kilka stwarzają. Tony "Lip" Vallelonga i Don Shirley, porywająco zagrani przez Viggo Mortensena (dla niektórych nie do poznania!) i Mahershallę Alego. Rasowy mięśniak z Bronksu i wirtuoz fortepianu mieszkający w apartamencie w Carnegie Hall. Uczony przez ulicę i posiadacz trzech doktoratów. Sługa i pan. Tych osi jest więcej, lecz i tak w pierwszym planie pojawi się kolor skóry - biały i czarny, a jej bariera jest trwalsza niż czas i ludzka racjonalność. Wykluczeni są obaj - jeden ekonomicznie i środowiskowo, drugi ze względu na pochodzenie, a co więcej obaj także wykluczają.

 

Trudno na tym zrobić lekki film, ale "Green Book" rozbraja napięcia, które mogłyby się zrodzić przez te osie. To przecież historia czarnoskórego faceta, który wędruje na południe Stanów Zjednoczonych w czasach, w których zdarzały się publiczne lincze. Chociaż jest znakomicie wykształcony - często znacznie lepiej niż goszczący go mecenasi kultury, to nawet nie może skorzystać z toalety w ich domu. Towarzyszy mu zapalczywy nowojorczyk włoskiego pochodzenia, sam wypchany uprzedzeniami po uszy i wychowany w domu pełnym miękkiego rasizmu obecnego w żartach. A przecież obaj to dobre, solidne chłopy.

 

Jeśli ktoś nie wie, jak bardzo źle mieli się czarni w Stanach, to powinien zrobić sobie korki z nie tak dawnej przecież historii. Zresztą te stereotypy nadal są żywe. Być może nie zdajecie sobie z tego sprawy, ale niewolnictwo istnieje naprawdę i w jednym z najbardziej cywilizowanych państw świata przybrało zalegalizowaną formę. W USA nadal potężną siłę roboczą stanowią współcześni niewolnicy, choć nie noszą tego miana. Bo choć za każdą pracę należy się wynagrodzenie, to w Stanach nie musi otrzymywać go jedna grupa. Więźniowie. A kto najczęściej trafia do więzień i dlaczego Stany są krajem z największą proporcją osadzonych w stosunku do całego społeczeństwa? Domyślcie się sami, zaś ciekawych zachęcam do szybkiego nadrobienia wiedzy choćby przez dostępny na Netfliksie dokument "XIII poprawka".

 

Starcie tych dwóch bohaterów z kompletnie odległych biegunów jest oczywiste, lecz mimo wszystkich barier i różnic zaczynają tworzyć zestrojony duet. To nie historia "Księcia i żebraka" albo innej cudownej zmiany miejsc, ale i tak wspólnie spędzona podróż i dzielenie czasu dokonują w nich potężnej zmiany. Jednak tego typu podsumowanie tej opowieści to taki banał, że aż wstyd pisać, bo przecież widzieliśmy już takie historie. Znamy te wszystkie początkowe nieufności, które przechodząc przez próby, owocują wieloletnimi przyjaźniami, te wszystkie memy z przytulonym psem i kotem. W polskich kinach nie tak dawno triumfy święciły tytuły takie jak "Nietykalni" czy "Jeszcze dalej niż północ". Zresztą co tu dużo gadać - klasyka polskiej komedii to przecież epopeja rodów Kargulów i Pawlaków, cudownie zbratanych miłością ich dzieci. Lubimy filmy o burzeniu stereotypów, co jednak nie przekłada się na ich mniejszą żywotność.

 

Nie śmiem silić się na udawanie, że wyobrażam sobie, co znaczy być wykluczonym, bo będąc białym, wykształconym Polakiem i katolikiem, żyjącym w wolnej Polsce, na większości frontów jestem uprzywilejowany, a gdy czytam - zwłaszcza ostatnio - o "wykluczaniu" czy prześladowaniu takich jak ja przez gejów, lewaków, ateistów, Żydów lub muzułmanów, to śmiać mi się chce. Naprawdę, to wielki komfort móc sobie narzekać na wyimaginowanych przeciwników. Nie sposób wejść w skórę osoby wykluczonej, dopóki samemu się tego wykluczenia nie doświadczy - przez zwolnienie z pracy, utratę mieszkania, brak środków ekonomicznych czy zagrożenie zdrowia lub życia. Bez tego typu doświadczeń wszelkie nieuzasadnione narzekanie na prześladowanie jest gorszącym przerostem formy. Sam nigdy nie doświadczyłem pobicia ze względu na kolor skóry. Za to, że jestem katolikiem, też mnie nikt nie pobił. W monokulturowej Polsce to raczej niemożliwe, a mimo to żyjemy w kraju silnych podziałów społecznych między bogatymi i biednymi. Nadal pojawia się wykluczenie: kiedyś symbolicznie obecne w "moherowych beretach" i "łże-elitach". Dziś w okładkach "Gazety Wyborczej" i "Gazety Polskiej"; wojenkach tych maszerujących z KOD-em z tymi maszerującymi na smoleńskie miesięcznice. Sam już nie wiem, ile tych wojen jest, bo przecież w kotle gotują się jeszcze nacjonaliści, proliferzy i prochoicerzy, kosmopolici. Polacy poglądów wszelkiej maści - antypolskich i propolskich z lewa, i z prawa. W Kościele też już nie wiem, kto kogo wyklucza - kiedyś tradsi nomowców (i w drugą stronę), dziś pewnie wielbiciele jednego kardynała z przyjaciółmi drugiego albo fanatycy papieża Franciszka z jego wrogami. Przecież Kościół jest większy i Polska też jest większa. Tak jak Kościół pomieści te wszystkie skrzydła, tak też Polska powinna pomieścić tych wszystkich Polaków. Lecz może po prostu jest tak, że w społeczeństwie, którym nie zagraża prawdziwa wojna, mamy tendencje, by ją sobie tworzyć? By patrzeć na drugiego przez pryzmat wroga? By widzieć swoje wykluczenie, ale już nie to, jak wykluczam moją siostrę czy brata? By przyznawać sobie prawo, lecz odbierać drugiemu?

 

Jeden z moich kolegów powiedział, że gdyby mógł poprosić prezydenta Dudę o puszczenie filmu w TVP tak, żeby mogli go zobaczyć wszyscy Polacy, poprosiłby o "Green Book". W ogóle mu się nie dziwię. Prócz tego, że to film po prostu zabawny, to przecież mierzy się z całą masą fałszywych przekonań o drugim człowieku. Do tego świetnie pokazuje, jak bardzo płytko są one osadzone - tak płytko, że czasem posługujemy się nimi kompletnie nieświadomie! Jest taka scena, w której Vallelonga dowiaduje się pieczołowicie skrywanej tajemnicy dotyczącej intymności Dona Shirleya. Biorąc pod uwagę kontekst czasów, w których dzieje się opowiadana w filmie historia, oraz i tak już obecną nieufność między tymi dwoma bohaterami, widz spodziewa się kolejnego pocisku. Nic takiego nie następuje - grany przez Viggo Mortensena bohater przyjmuje to dojrzale i z akceptacją. Jest znacznie bardziej otwarty na odmienność człowiekiem niż poza, którą przybiera publicznie. Jest mądrzejszy i lepszy, niż udaje.

 

Niedawno brałem udział w audycji o mowie nienawiści. Pojawiła się kwestia tego, jak można z nią walczyć - czy odpowiednie lekcje w szkołach pomogą, czy co właściwie powinno się stać, byśmy przestali się nienawidzić? Bo przecież nienawidzimy, a nienawiść przychodzi z zaskakującą wręcz łatwością. Zacząłem się zastanawiać nad tym, co tak naprawdę z nienawiścią mogę zrobić. Sam nienawidzę, a skuteczność wychowawczych pogadanek w szkołach czy pracy raczej nie wygląda na szczególnie wysoką. Rozwiązanie jest bardzo proste. Wystarczy, że zadam sobie jedno, bardzo ważne pytanie, żeby coś się zmieniło. Żeby uczynić świat lepszym. To pytanie brzmi: Kogo nie lubię? Tak naprawdę, głęboko nie lubię. Na myśl o kim robi mi się źle? Kto mnie wkurza?

 

Błogosławieni męczennicy z Tibhirine podobno modlili się dwoma zdaniami: "rozbrój ich" - czyli zagrażających im terrorystów; i "rozbrój nas" - z niechęci do drugiego człowieka i z pokusy przyznawania sobie racji. Jak mam siebie rozbroić? Przy pomocy drugiego diagnostycznego pytania: Dlaczego? Dlaczego nienawidzę tego człowieka? Co zrobił mnie, moim bliskim, światu? Czy coś zrobił? A jeśli tak, to co? Będziecie zaskoczeni, jak trudno znaleźć naprawdę rozsądne uzasadnienie dla większej części niechęci, która w was tkwi. Ja byłem.

 

A jeśli tak jest, to po co nienawidzić? Przecież nienawiścią tylko sam sobie szkodzę, w sobie wprowadzam podział. Przecież potrafimy, potrafię, kochać różnych od nas, od siebie, ludzi. Przecież tego właśnie chciał od nas Pan Jezus.

 

To może zacznijmy.

 

Karol Kleczka - redaktor DEON.pl, doktorant filozofii na UJ, współpracuje z Magazynem Kontakt. Prowadzi bloga Notes publiczny