Niepotrzebne elity

Gazeta Krakowska Jacek Siepsiak SJ
data09.06.2019 09:00

Jacek Siepsiak SJ

Ludzie potrzebują weryfikacji, starcia się z fachowcami, z elitą. Aby im pomagać w nawigowaniu w oceanie informacji, nie wolno być zadufanym. 

 

Za PRL-u mówienie tego, co się uważało za prawdę, uchodziło za coś nadzwyczajnego. Publikowanie tego (w drugim obiegu) wiązało się z dużym ryzykiem i wzbudzało podziw oraz wdzięczność. Potrzebowaliśmy ludzi, którzy w naszym imieniu powiedzą, napiszą, wyemitują. Głos prostych ludzi stawał się choć trochę bardziej słyszalny dzięki takim elitom, które miały dostęp do nielegalnych mediów. A nawet w legalnych udawało się coś tam przemycić.

 

Potem przyszedł 4 czerwca ’89. Sensacją stały się wypowiedziane z ekranu telewizora słowa o końcu komunizmu i rozpoczął się czas, gdy mówienie tego, co uważamy za prawdę, stało się normalne. Media przestały być monolitem propagandowym. Mogły się w nich ścierać najróżniejsze stanowiska.

 

Jeszcze potem pojawił się Internet, a następnie media społecznościowe. I wtedy każdy mógł stać się publicystą. Już nie potrzebujemy elit mających dostęp do mediów, by nasz głos był publiczny. Każdy sam może sobie opublikować, co mu się żywnie podoba.

 

Ponoć reformacja mogła zaistnieć dzięki wynalezieniu druku. Wcześniej monopol na nauczanie o religii mieli duchowni głoszący kazania z ambon. Druk umożliwił "zasięg" tym, którzy mieli do niego dostęp. Potem pojawiły się gazety, co miało umożliwić rozprzestrzenianie się myśli oświeceniowych. Obraz telewizyjny (elitarny w produkcji) szedł w parze z rewolucją obyczajową oraz z wpływem celebrytów. Teraz mamy "powódź" internetową, w której toną elity medialne. Żeby mieć zasięg, nie trzeba należeć do elity, nie trzeba mieć przygotowania dziennikarskiego czy literackiego, nie trzeba studiować filozofii, w ogóle nie trzeba studiować niczego poważnego. Teraz np. każdy, kto ma dostęp do Internetu, może być "teologiem". Zresztą badania pokazują, że seminarzyści więcej czerpią z niezweryfikowanych stron internetowych niż z podręczników teologicznych.

 

Czyżby rzeczywiście elity nie były już nam potrzebne? Niejeden polityk gra na pretensjach do elit, a inny "ciemnym ludem, który wszystko kupi". Może rzeczywiście elity, które chcą tylko głosić, które zjadły wszystkie rozumy, powinny przejść do lamusa? Czy nie powinny więcej słuchać? Pójść "pod strzechy" (wedrzeć się do baniek informacyjnych) nie tylko, by pouczać, ale także by słuchać, dać się wygadać, podzielić lękami i nadziejami.

 

Ludzie żyją w swoich "bańkach" redukujących im horyzonty. Dlatego potrzebują weryfikacji, starcia się z fachowcami, z elitą. Jednak żeby pomagać im w nawigowaniu w oceanie informacji, nie wolno być zadufanym. Ponieważ wtedy nikt nie słucha, bo nie ufa.

 

Może trzeba elitom sokratejskiej pokory ("Wiem, że nic nie wiem"), by dotrzeć do nieufnych wobec "wykształciuchów"?

 

 

Jacek Siepsiak SJ - dyrektor naczelny Wydawnictwa WAM i redaktor naczelny kwartalnika "Życie Duchowe". Tekst ukazał się pierwotnie w Gazecie Krakowskiej