Zamieszanie wokół Marka Lisińskiego. Kolejny argument za powołaniem komisji

Tomasz Krzyżak Tomasz Krzyżak
data10.06.2019 09:00

(fot. youtube.com/Superstacja TV)

Często oburzamy się na opieszałość Kościoła w wyjaśnianiu tego typu spraw. Żądamy natychmiastowego wyciągania konsekwencji, dotkliwych kar. Przypadek ten pokazuje dobitnie, że przynajmniej w odniesieniu do spraw z przeszłości, nie wszystko jest tak proste jak się na pierwszy rzut oka wydaje. 

 

Przed kilkoma dniami "Gazeta Wyborcza" w dwóch odcinkach przedstawiła wyniki swojego śledztwa dotyczącego Marka Lisińskiego - byłego już szefa fundacji "Nie lękajcie się", który przez długi czas był twarzą ofiar molestowania seksualnego nieletnich przez księży. Z pierwszego odcinka wynikało, że Lisiński pod pretekstem zmyślonej choroby nowotworowej wyłudził od innej ofiary molestowania 30 tys. zł, a od braci Sekielskich za udział w filmie żądał w sumie 50 tys. zł.

 

Już po tej pierwszej publikacji musiały pojawić się pytania o to, czy również swojego molestowania Lisiński nie zmyślił, czy nie oskarżył księdza z diecezji płockiej tylko po to, by wyłudzić od niego lub od kurii pieniądze. Można było się domyślać, że ktoś spróbuje dotrzeć do owego księdza - swego czasu ukaranego przez biskupa płockiego m.in. odsunięciem od pracy duszpasterskiej - a ten czując się niewinnym całą sprawę będzie usiłował wykorzystać w swojej obronie. Tak też się stało. Do księdza Zdzisława W. dotarli dziennikarze "Wirtualnej Polski", a także reporterki "Gazety Wyborczej". Z ich publikacji wynikało, że Lisiński w przeszłości pożyczał od duchownego pieniądze na leczenie chorej żony, która chora wcale nie była. Pieniędzy oczywiście nie oddawał. A w pewnym momencie zgłosił się do biskupa Piotra Libery i oskarżył księdza o molestowanie. Niejako w odpowiedzi na te publikacje dostaliśmy lakoniczny komunikat kurii płockiej, która oświadczyła, że Marek Lisiński został uznany za ofiarę molestowania.

 

Na tym jednak nie koniec. Publicysta "Naszego Dziennika" usiłując jakiś czas temu rozwikłać zagadkę księdza W. i Lisińskiego ustalił, że kapłan wcale nie został uznany za winnego przez sąd biskupi, Kongregacja Nauki Wiary potwierdziła wprawdzie kary nałożone na księdza - lecz zdaniem publicysty - stało się to w oparciu o list biskupa Libery, który miał minąć się w tej sprawie z prawdą. Płocka kuria na razie milczy.

 

I jeszcze jedno. Reporterzy "Gazety Wyborczej" dotarli do trzech innych osób, które miały być molestowane przez księdza W. A ów kontaktom seksualnym z tymi osobami nie zaprzecza.

 

Można się w tym wszystkim pogubić. I takie pogubienie towarzyszy wielu osobom, którym zależy na oczyszczeniu się Kościoła, i które chcą pomagać ofiarom. Osoby pokrzywdzone są w tym momencie chyba w najgorszym położeniu. Ci, którzy widzieli w Marku Lisińskim swojego obrońcę, którzy uznali go za twarz walki z pedofilią muszą czuć się podle. Kolejny raz stali się ofiarami. Wydaje się, że cała ta sprawa może spowodować to, że osoby, które były bliskiego tego, by ujawnić swą krzywdę teraz zrobią krok do tyłu. Dalej będą tłumiły w sobie traumę.

 

Ale jest coś jeszcze. Kwestia rzetelności w wyjaśnianiu tej sprawy. W tej było słowo przeciwko słowu. Ksiądz W. kontra Marek Lisiński. Żadnych innych osób molestowanych i uznanie księdza za winnego w oparciu o jedną osobę. Prawdopodobnie biskup kierując się "dobrem Kościoła" brał pod uwagę osobowość księdza W. Być może docierały do niego jakieś plotki z parafii, w których pracował lecz nigdy nie miał namacalnego dowodu, żadnego zgłoszenia. Kiedy się pojawiło zadziałał. Ale czy niezbyt pochopnie? Czy rzeczywiście Lisiński oskarżył księdza w ramach zemsty? A może pieniądze, które od niego pożyczał nie były pożyczkami lecz formą rekompensaty za krzywdy? Pieniędzmi za milczenie? Tych pytań jest znacznie więcej. Bo przecież jest jeszcze temat rzekomego oszustwa ze strony biskupa? Są wreszcie kolejni mężczyźni, którzy byli molestowani. Ich ujawnienie się działa na korzyść biskupa. Ale dopiero dziś. Wcześniej nikt nie miał żadnego pojęcia o ich istnieniu.

 

Nie wiem czy da się znaleźć odpowiedzi na te wszystkie pytania. Bo tym razem też mamy do czynienia ze słowem przeciwko słowu. Biskup kontra ksiądz. Czy biskup Libera wykaże się odwagą i opublikuje w tej sprawie wszystkie dokumenty? Czy może to zrobić? Czy zamknie to różnego rodzaju spekulacje? A może to Marek Lisiński powinien powiedzieć prawdę? Molestowanie było czy nie? Jeśli go nie było powinien ponieść konsekwencje związane z fałszywym oskarżeniem. Ksiądz powinien zostać oczyszczony, a biskup powinien przyznać się do błędu.

 

Często oburzamy się na opieszałość Kościoła w wyjaśnianiu tego typu spraw. Żądamy natychmiastowego wyciągania konsekwencji, dotkliwych kar. Przypadek ten pokazuje dobitnie, że przynajmniej w odniesieniu do spraw z przeszłości, nie wszystko jest tak proste jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Że do ich wyjaśnienia potrzebny jest czas i spokój. Właściwe rozeznanie. I to w mojej opinii kolejny argument do tego, by powołać komisję, która takimi starymi sprawami się zajmie.

 

Będę to powtarzał do znudzenia. Zrobiło to wiele Kościołów na świecie - we Francji taka niezależna komisja, która ma zbadać przypadki molestowania od roku 1950 została powołana na prośbę tamtejszego Episkopatu. Na jej czele stanął Jean-Marc Sauvé, jeden z najbardziej doświadczonych prawników we Francji. Do ubiegłego roku, przez 12 lat był wiceprzewodniczącym Rady Państwa, czyli najwyższego sądu administracyjnego, a wcześniej przez 11 lat był sekretarzem generalnym rządu, czyli najwyższym, niepolitycznym urzędnikiem w radzie ministrów. Myślę, że i w Polsce człowieka z takim doświadczeniem i autorytetem dałoby się znaleźć. I nie mam wątpliwości, że biskupi powinni się na taki ruch zdecydować. 

 

Tomasz Krzyżak - autor jest dziennikarzem, kierownikiem działu krajowego "Rzeczpospolitej". W wydawnictwie WAM wydał: "Nie mam nic do stracenia - biografia abp. Józefa Michalika" oraz "Wanda Półtawska - biografia z charakterem"