Czy kobiety dokonają rewolucji w Kościele?

Julia Bondyra Julia Bondyra
data11.06.2019 09:00

(fot. Niver Vega on Unsplash)

Ilekroć papież oddaje kobietom wyższe stanowiska, wzbudza to spore zaskoczenie. Tym razem po raz pierwszy w historii mianował cztery z nich konsultantkami synodu oraz członkiniami sekretariatu tego zgromadzenia. Czy to początek rewolucji?

 

Kościół żeńskokatolicki

 

Ilekroć wchodzę do kościoła, w ławkach widzę więcej kobiet niż mężczyzn. Ilekroć organizowałam kurs Alpha, wśród uczestników było więcej kobiet niż mężczyzn. Ilekroć byłam na rekolekcjach, było więcej kobiet niż mężczyzn.

 

O czym to świadczy? Moim zdaniem o dwóch rzeczach. Po pierwsze, my, kobiety, bardzo często o wiele łatwiej wchodzimy w relacje. Skoro wiara jest dla nas relacją z Panem Bogiem, to pojawiamy się na mszach, współorganizujemy kursy, jeździmy na rekolekcje. Chcemy dbać o tą relację, próbujemy różnych sposobów, działamy. Mężczyźni często relację postrzegają w sposób zadaniowy, czyli mogą pomóc, coś kupić, zorganizować, generalnie - zająć się czymś konkretnym.

 

Po drugie, jestem przekonana o tym, że Kościołowi jeszcze wiele brakuje do tego, żeby wyjść w stronę mężczyzn. Jak mężczyzna może odnaleźć się na spotkaniach modlitewnych, skoro jest człowiekiem działania? Jak może rozwijać swoją męskość, skoro większość pieśni śpiewana jest na damskie głosy? Jak może szukać męskich autorytetów, skoro trafia do wspólnot, w których zdecydowana większość to kobiety?

 

Kiedyś przeczytałam takie zdanie: "kiedy mężczyzna się nawraca, nawraca się cała rodzina". Sama nieraz jestem tego świadkiem, kiedy jakiemuś mężczyźnie opowiadam o wierze, to czuję się tak jakby słuchał jednym uchem, a wyrzucał drugim; natomiast kiedy w moim miejscu pojawia się drugi mężczyzna, od razu widzę zainteresowanie i podziw.

 

Czy została nam tylko modlitwa?

 

Chciałabym przejść dalej. Zadaję sobie wiele pytań: czy kobiety według Kościoła nadają się tylko do modlitwy i służby? Czy nasze miejsce kończy się w kościelnych ławkach albo na chórze? Czy jesteśmy tylko od duchowości opartej na relacji? Czy wszystkie kobiety opisane w Piśmie Świętym są "ciche" i "pokornego serca"?

 

Nie mogę się z tym zgodzić. Nie chcę, żeby moja rola w Kościele kończyła się wraz z końcem mszy, rekolekcji, kursów. Przykładów nie trzeba szukać daleko. Wystarczy spojrzeć na historię Judyty z Pisma Świętego, która, żeby obronić miasto, uwodzi Holofernesa i ucina mu głowę. Można sięgnąć jeszcze dalej, do życia św. Rity z Cascii, która próbowała zaprowadzić pokój pomiędzy dwoma zwaśnionymi rodzinami.

 

Nie chcę ujednolicać, z pewnością jest wiele kobiet wrażliwych i łagodnych, które nie byłyby zdolne do takich czynów. Niemniej jednak, nie możemy umniejszać ich roli. Być może te, które nie są w stanie nikomu "ucinać głowy", mogłyby podjąć kluczowe decyzje w Kościele? Być może są takie miejsca w Kościele, w których jest jak w zwaśnionych rodzinach, i siłą tutaj może się stać owa wrażliwość i łagodność? Kilka dni temu pojawiła się informacja o tym, że kobiety powinny być delegatami w przypadkach nadużyć seksualnych - to kolejne miejsce, które mogłybyśmy wypełnić. Tylko czy Kościół stać na takie zmiany?

 

Partnerstwo tylko w społeczeństwie?

 

Chciałabym zrozumieć, dlaczego jest tak, że w społeczeństwie panuje już partnerstwo, a w Kościele nadal nie. Mam wokół siebie wiele kobiet, które nie odnajdują się w rolach "kur domowych", są aktywne zawodowo, a ich mężowie je w tym wspierają. Słyszę wiele historii o tym, że mężczyzna wraca do domu z pracy i zabiera dziecko na spacer, żeby to ona mogła pójść na fitness albo po prostu się wyspać.

 

Coraz więcej par je obiady na mieście i nikt od nikogo nie wymaga codziennie dwóch dań i pięknie przystrojonego deseru. Jasne, fajnie jest od czasu do czasu razem coś ugotować, ale dobrze jest myśleć o tym, jako o wspólnym spędzeniu czasu, a nie o obowiązku.

 

Dlaczego Kościół za tym nie nadąża? Dlaczego nadal słyszę nieraz o kobietach jako tylko o "opiekunkach domowego ogniska"? Powiem nawet więcej, dlaczego, skoro papież zwraca się do kobiet, mówiąc "musicie zrobić rewolucję", ja jej nie widzę?

 

"Mnie interesuje bardziej to, by kobiety dały nam swoje myślenie"

 

Tak powiedział papież Franciszek podczas jednego z wywiadów dla hiszpańskiego dziennika "El Pais". Podkreślał, że znaczenia kobiet nie należy poszukiwać tylko w roli urzędowej, nazywał to "szowinizmem w spódnicy". Dodawał: "trzeba nadal pracować, by kobiety mogły dać Kościołowi oryginalność swojej istoty i swojej myśli".

 

Zastanawiam się tylko, czy Kościół naprawdę chce słuchać kobiet? Czy naprawdę nasze zdanie i nasze spostrzeżenia uważa za cenne? Za przykład wezmę naturalne planowanie rodziny. Księża wiele o nim mówią, ale odpowiedzialność spada na barki kobiety, które nie zawsze są w stanie ją udźwignąć. Przypomina mi się pewne forum internetowe, na którym jedna z kobiet pisała o tym, jakie to dla jej małżeństwa trudne. Chciała dowiedzieć się, czy inni też się z tym borykają, jak sobie radzą, czy naprawdę warto. W odpowiedziach nie uzyskała wiele wsparcia. "Szatan to wykorzystuje", "no to co to za problem powierzyć ten problem Górze? Powiedzieć co i jak i jemu zaufać", "trochę nie rozumiem, małżeństwo ucierpi przez npr a przez antykoncepcję nie?".

 

Dlaczego tutaj Kościół jest głuchy na głos kobiet? Dlaczego nagle już nie chce otrzymać od nich "oryginalności swojej istoty i swojej myśli"? Na dodatek, dlaczego o sprawach tak mocno związanych z kobiecością, do rozmowy pozostaje nam spowiednik, mężczyzna, który, nie oszukujmy się, nas nie zrozumie? Nie chodzi mi o brak empatii lub wrażliwości. To o wiele prostsze - mężczyzna po prostu nie jest kobietą i dlatego tak bardzo potrzebujemy innych kobiet do wzajemnego wsparcia i do rozmów.

 

Wszystko zaczyna się od słuchania

 

Myślę sobie, że to dobry punkt startowy. Podobnie jest we wszelkiego rodzaju relacjach, zaczynamy od słuchania i od usłyszenia drugiej osoby. Dzięki temu ją poznajemy, wiemy, jakie ma pragnienia, co ją boli, za czym tęskni. Dzień po dniu dowiadujemy się, kim jest, co ją określa. Wtedy wiemy, jakie miejsce możemy tej osobie zrobić w naszym życiu.

 

Chciałabym, żeby Kościół usłyszał i zobaczył kobiety w ich sile, ale też w ich słabości. A przede wszystkim, żeby zobaczył wartość w samej kobiecości. Co ona może mu dać? Jak możemy mądrze z niej korzystać? Co kobiece spojrzenie może dać mężczyznom, księżom? Jak wprowadzić partnerstwo w Kościele?

 

Dopiero kiedy będziemy znali odpowiedzi na te pytania, będziemy mogli zrobić milowy krok.

 

Julia Bondyra - dziennikarka i redaktorka portalu DEON.pl, prowadzi bloga wybieramymilosc.pl