Troska o stworzenie nie powinna wykluczać człowieka

Szymon Żyśko
data11.07.2019 09:00

(fot. Sebastian Nycz)

Jeśli zapytasz mnie o ludzi, których cenię za ich działania na rzecz ochrony środowiska, to na jednym oddechu wymienię obok siebie Gretę Thunberg, Leonardo DiCaprio, papieża Franciszka, Ala Gore’a i Annę Dymną.

 

Tę ostatnią z wielu "powodów", które mają konkretne imiona i historie, tak jak choćby Janusz Świtaj. W 2006 roku stoczył dramatyczną walkę o prawo do własnej śmierci. Właśnie wtedy Anna Dymna wyciągnęła dłoń do sparaliżowanego mężczyzny i zaproponowała mu pracę, a razem z nią nową perspektywę życia. Kilka dni temu uzyskał tytuł magistra psychologii i pomaga innym, choć mogło go już dzisiaj z nami nie być i byłaby to wielka strata. Obok Anny Dymnej mógłbym postawić jeszcze Janinę Ochojską, Janusza Korczaka, Irenę Sendler, Dorothy Day… Wszystkich ich łączy to, że w człowieku - czy to uchodźcy, dziecku, czy prześladowanym Żydzie - dostrzegli stworzenie, o które trzeba się zatroszczyć. Nie da się bowiem chronić przyrody pomijając człowieka, ale też nie można chronić człowieka, degradując środowisko, w którym żyje. Jesteśmy ze sobą połączeni.

 

Troska o środowisko jest słuszna i potrzebna. I basta! Co jakiś czas jednak rzetelna debata zamienia się w przepychanki słowne i kończy w martwym punkcie, rozbijając choćby o argument: "nie będę chronił (tu wpisz dowolne stworzenie inne od człowieka), jeśli na świecie wciąż zabija się dzieci". Rozgraniczenia typu albo aborcja, albo ekologia są sztuczne i zakłamują rzeczywistość. Z jednej strony pokazują wielu chrześcijan jako nieczułych humanistów, którzy wszystko podporządkowują obecności człowieka, zapominając, że Bóg stworzył nas do współistnienia ze stworzeniami. Z drugiej strony mamy stawianie fałszywego znaku równości pomiędzy ludźmi, którym bliska jest ochrona środowiska a ruchami, które lobbują za totalnym i nieograniczonym dostępem do aborcji i eutanazji. Sam spotykam się z tym, jak ludzie w Kościele dziwnie reagują na informację, że jestem "zero waste" lub że z przyczyn zdrowotnych ograniczyłem spożycie mięsa. "Pewnie jeszcze jeździsz rowerem i chodzisz w czarnych marszach" - usłyszałem kiedyś w grupie młodych katolików. To pokazuje, jak ciasne i ograniczone mamy myślenie o sobie. Zastanawiałem się nad tym jeszcze długo, wracając… rowerem do domu. Po drodze minąłem niejeden opóźniony przez remonty tramwaj. I tak właśnie moja zwykła decyzja oparta o rozsądek i chęć uniknięcia niedogodności wynikających z życia w stale rozwijającym się mieście zyskała ideologiczny kontekst.

 

Trzy słowa, które zmieniają perspektywę

 

Kiedy czytam papieskie przemówienia albo doświadczam w pracy zetknięcia z duchowością jezuicką, niesamowicie przemawia do mnie mówienie o ochronie środowiska "troska o wspólny dom" lub "troska o stworzenie". W tych dwóch zdaniach, dla mnie synonimicznych, jest wszystko. Po pierwsze "troska" czyli coś, co wymaga ode mnie nie tylko reakcji, ale też wrażliwości. Słowo troszczyć się przywołuje bowiem też czułość, empatię, miłość. To nie jest zwyczajna ochrona na zasadzie: zostańmy bodyguardami, bo można o coś walczyć i zupełnie nie mieć z tym styczności na co dzień, nie rozumieć tego. Troska wyraża miłość w praktyce i poznawanie się. Po drugie "wspólny" czyli wzajemność. Jeśli coś dzielimy, to należy to tak samo do mnie jak i do ciebie; do tej drugiej strony, która nie musi być wcale człowiekiem. To słowo przywołuje też na myśl wspólnotę, która zakłada bycie ze sobą na dobre i na złe, dzielenie bogactw i niedostatków. Po trzecie "dom" czyli coś więcej niż mieszkanie. Dom to miejsce, z którego bierzemy swoją tożsamość i powołanie. Przypomina nam nie tylko o tym, że świat jest dany człowiekowi, ale też, że człowiek pochodzi ze świata. Dom potrafi z obcego uczynić kogoś bliskiego, w domu czujemy się bezpieczni. Nie istnieje jednak bez domowników i to oni są kluczem rozumienia go. Na świecie wszyscy jesteśmy domownikami w domu Boga. Zostaliśmy zaproszeni do współistnienia ze sobą w tym domu. Dlatego "troska o stworzenie" jest dla mnie synonimem "troski o wspólny dom". Mamy w nim wszyscy określone role, a nasza więź powinna go umacniać i rozwijać. W różnorodności przejawia się nasza niepowtarzalność. Powinniśmy uszanować tę wizję świata.

 

"Tymczasem to należało czynić, i tamtego nie opuszczać"

 

Problem zestawiania w jednym rzędzie aborcji i "ekologii" jest z jednej strony sztuczny, bo stał się prostym wytłumaczeniem dla niechęci wielu osób do ochrony środowiska, która uderza w ich interesy i wygodę. Jest to jednocześnie też problem prawdziwy, bo nie da się chronić Ziemi, mając na ustach hasła o zabijaniu ludzi. Jedno i drugie pozbawione wrażliwości staje się raniącą i wykluczającą ideologią.

 

Jest coś, co może połączyć ruchy pro-eko i pro-life we wspólnej wizji świata. To walka z konsumpcjonizmem, czyli nieograniczonym i rozbuchanym popędem posiadania: dóbr, stworzeń, człowieka. Z jednej strony mamy bowiem konsumpcjonizm, który napędza gospodarki. W jego imię degradujemy, eksploatujemy i dewastujemy środowisko, by mieć więcej od innych, nawet jeśli to wielokrotnie przekracza nasze realne zapotrzebowanie. Najbogatsi wykorzystują biedniejszych, ale to najbiedniejsi ponoszą najwyższe koszty zmian klimatycznych. Ten sam konsumpcjonizm prowadzi też do głębokiego rozwarstwienia społeczego. Aborcja, eutanazja i samobójstwa są najczęściej doświadczeniem ludzi wykluczonych i ubogich, pozbawionych wsparcia. Za każdą tego typu historią kryje się jakaś nieprawdopodobna osobista tragedia, brak zrozumienia i akceptacji. Ubóstwo, uciskanie, odbieranie ziemi i pracy, niszczenie małych biznesów, wyzysk, wykorzystywanie, utrata domu, brak opieki medycznej - to tylko niektóre powody podejmowania tych tragicznych decyzji.

 

Przykłady znajdziemy w brazylijskich fawelach, indyjskich slumsach, dzielnicach Nowego Yorku, ale też w Polsce. Znane mi są przypadki samobójstw ludzi, którzy nie wytrzymali tempa rozwoju ostatnich dekad oraz transformacji np. rolników. Razem z ziemią utracili filozofię życia. Społeczeństwo było w tym czasie pochłonięte umacnianiem swojego statusu i majątku. Dziś nie jest lepiej. Niby poziom życia się podniósł, jest więcej osób wykształconych, świadomych. Wciąż jednak ludzie odbierają sobie życie - na betonowych osiedlach, w podmiejskich domkach, w pustostanach. Coraz młodsi ludzie, nawet dzieci, które z różnych powodów nie wiedzą, jak żyć i po co.

 

Stworzenie z upragnieniem oczekuje objawienia się synów Bożych

 

Człowiek postawiony na ziemi dostał dwa zadania - nazwać i troszczyć się. Troskę zamieniliśmy na pytanie o przydatność: w czym mi się przyda to stworzenie, ten człowiek, tamten surowiec. Nazwanie stworzeń miało pomóc nam zrozumieć ich istotę i tożsamość: od Kogo pochodzą, dlaczego istnieją, jakie mają powołanie. Stało się jednak narzędziem stawiania granic: nazywamy, żeby się odciąć; oddzielić to co moje, od tego co obce; by wykluczać i zniewalać. Nawet dzieciom nie dajemy prawa do decydowania, mówiąc "kiedyś przyjdzie wasza kolej". Zostawimy im jednak świat pełen długów, które zaciągnęły poprzednie pokolenia. Czas przyznać, że dorośli zaprojektowali ten świat pod siebie. Wszystko, co zostało z ziemi wzięte, do ziemi musi powrócić. Dopiero śmierć nam przypomina, że w kręgu życia jesteśmy tylko jednym z umiłowanych stworzeń, a nie jego panami.

 

Po tej dawce gorzkich słów, warto jednak odwołać się do nadziei. Wciąż jest szansa na współistnienie w świecie. Nie stanie się to tak długo, dopóki będziemy siać nienawiść i podział. Zrozumienie, że człowiek jest jednym ze stworzeń, nie degraduje nas, ale pięknie podkreśla naszą misję wśród nich. Biorąc przykład z Boga, który stał się pasterzem ludzi, my powinniśmy się stawać dobrymi pasterzami dla innych Jego stworzeń. Podczas rekolekcji wygłoszonych w minionym Wielkim Poście abp Grzegorz Ryś powiedział, że człowiek jest postawiony w szczególnym miejscu - między Bogiem a resztą stworzenia. Stąd naszą rolą jest budowanie jedności, bycie łącznikiem. Wyrażamy bowiem pragnienie Ducha, który woła w nas o jedność i pełnię. W tym samym czasie stajemy się tymi, przez których przemawia stworzenie w swoim pragnieniu jedności ze Stwórcą. "Stworzenie wzdycha, ale wtedy, kiedy człowiek mu w tym pomoże" - mówił abp Ryś, dodając na koniec: "Jeśli chcesz mieć poczucie pełni zbawienia, to całe STWORZENIE musi być zbawione razem z tobą. (…) Nowy człowiek, Nowy Adam żyje w pełnej harmonii ze światem".

 

Nam wszystkim - bez rozróżniania, aby zakopać sztuczne podziały - życzę zrozumienia, że troska o życie nie kończy ani na segregacji odpadów, ani w chwili narodzin.


Szymon Żyśko - dziennikarz i redaktor DEON.pl, opiekun blogosfery blog.deon.pl. Autor książki"Po tej stronie nieba. Młodzi święci". Prowadzi autorskiego bloga<<