Nie przetrwamy z głową schowaną w bałtyckim piasku

Michał Lewandowski Michał Lewandowski
data25.07.2019 09:00

(fot. Krzysztof Kowalik / unsplash.com)

Nie jestem pesymistą, chcę robić wszystko, co możliwe, żeby o nadchodzącej zmianie mówić otwarcie i bez lęku, o tym, że powinniśmy próbować powstrzymać ją ze wszystkich sił, a jeśli to niemożliwe, to dać sobie jak najwięcej czasu, na przygotowanie do niej. Zmiana dotknie każdego, ale też każdy ma wpływ na to, jak będzie wyglądała.

 

Kiedy będziecie czytać ten tekst, będę już w drodze. Wezmę udział w ruchu, który rokrocznie  jak fala przetacza się przez Polskę. Północ na południe, południe na północ, darmowy poczęstunek, woda gazowana, sok owocowy, świeżo przygotowane potrawy w WARS-ie, drużyna konduktorska do mojej dyspozycji, magazyn pokładowy, Chopin na Centralnym, brak miejsca na walizki, mosty i woda, piach i sosny, szelest kartek, brak Wi-Fi. Znacie to? Znacie.

 

Jadę nad morze odpocząć od codzienności, którą zostawiam za sobą, z kilometrami, które mijają. Czuję się dobrze, bo podróż pociągiem zostawia mniejszy niż w przypadku samochodu lub samolotu (kto lata nad morze samolotem?!) ślad węglowy. Czyli sunąc po torach Srebrną Strzałą włoskiej myśli technicznej nie emituję do atmosfery takiej ilości dwutlenku węgla, jak wtedy, kiedy latam albo jeżdżę. Żeby nie było za kolorowo, łyżeczki do mieszania pakowane są w plastik. Ale jak zmieniać świat, to małymi krokami. Biorę sok w szkle.

 

Docierając tam, gdzie zapach gofrów ze śmietaną miesza się ze skwierczącym odorem ryby smażonej w oleju (tak jak w samochodach wymienianym raz do roku), spodziewam się zastać miejsca trochę bardziej dzikie niż na południu, plaże mniej zatłoczone niż rok temu i drzewa bardziej zielone niż trawa bardziej zielona z miejsc, gdzie nas nie ma. Do tej pory się udawało i faktycznie, mam swoje miejsca na mapie północnej Polski, zakątki takie, o których nikt nie wie, zamknięte, odcięte parawanem od arterii turystycznego ruchu.

 

Sielanka trwa w najlepsze, bo cykl ten powtarzam każdego roku. Nie zawodzę się, bo zawsze znajduję to, czego szukam. Bałtyk szumi miarowo od kilku lat, piasek podobnie włazi do buta, nic się nie zmienia, od iluś tam lat takie samo. Ale czy na pewno? Czy zawsze będzie już tak, że bez zmiany? Bałtyk, gofry, stary tłuszcz, parawany?

 

Powiem wprost, dzisiaj już wiem, że za kilka, kilkanaście lat, to co do tej pory było moją wakacyjną codziennością może pozostać tylko w pamięci telefonu, a w tzw. realu zniknie i przeobrazi się w nie wiadomo co. To teraz do konkretów.

 

Istnieją przynajmniej trzy duże zagrożenia, które są w stanie zniszczyć Bałtyk i jego ekosystem: zanieczyszczone rzeki, które pompują do morza wszystkie możliwe chemikalia tego świata, niemieckie tankowce z czasów II wojny światowej, które korodując uwalniają sukcesywnie ropę oraz broń chemiczna  zatopiona po wojnie w ramach akcji demilitaryzacji Niemiec. I chociaż za żadne z tych zagrożeń nie jesteśmy odpowiedzialni bezpośrednio, to skutki dotkną (a właściwie już dotykają) każdego z nas.

 

Badania zainicjowane przez uniwersytety z Niemiec i Finlandii wykazały, że od czasów ery przemysłowej drastycznie wzrosła ilość tzw. obszarów beztlenowych w wodach Bałtyku. Obszar beztlenowy to takie miejsce, gdzie brak tlenu sprawia, że niemożliwy jest rozwój jakiegokolwiek życia. Naukowcy od dawna obserwowali tendencję do rozszerzania się takich stref w morzu, ale dopiero najnowsze badania pokazują skalę problemu.

 

"Obecnie, i jest wielce prawdopodobnie, że też w przyszłości, na badanym przez nas obszarze ciągle będzie dochodziło do utraty tlenu wskutek przenikania składników odżywczych z pól uprawnych, uwalnianie się fosforu z osadów dennych i jego wędrówki w górę kolumny wody oraz wskutek globalnego ocieplenia" - powiedział Sami Jokinen z Uniwersytetu w Turku.

 

Za rozrost stref beztlenowych odpowiedzialne są zanieczyszczone wody, które trafiają do Bałtyku. Ten, podobnie jak papier, przyjmie wszystko, w tym przypadku sztuczne nawozy używane w rolnictwie i ścieki przemysłowe. Państwa leżące nad Bałtykiem wpuszczają do niego tyle zanieczyszczeń, że na efekty nie trzeba będzie długo czekać.

 

No właśnie, efekty. Dla przeciętnego Kowalskiego istnienie stref beztlenowych nie musi być istotne, ale efekty przez nie wywołane już tak. Pierwszym najbardziej zauważalnym będzie spadek liczby ryb i innych zwierząt żyjących w morzu. Dla rybołówstwa oznacza to rokroczne zmniejszenie ilości połowów, a z czasem być może w ogóle ich zaprzestanie. Ceny ryb pójdą w górę, wielu ludzi straci pracę i środki do życia. Istnienie stref beztlenowych sprzyja pojawieniu się sinic, które są groźne dla zdrowia człowieka. Lawinowy przyrost ich liczby oznacza zamknięcie większości kąpielisk.

 

Ale to nie wszystko. Był rok 1955, Darłówko, dzieci przebywające na kolonii znajdują na plaży dziwną beczkę. Z samego początku nie wzbudza ona jakichkolwiek podejrzeń wychowawców, nawet brązowy płyn wydostający się spod skorodowanego metalu nie powoduje, że zakazują oni jakichkolwiek zabaw z jej udziałem. Sytuacja byłaby inna gdyby wiedzieli, że brązowa ciecz to iperyt, gaz bojowy wykorzystywany w czasie I wojny światowej. W efekcie zdarzenia 102 dzieci zostało poparzonych a czworo z nich straciło wzrok. W 1997 rybacy wyłowili z morskiego dna pojemnik, po kontakcie z nim ośmiu z nich zostało poważnie poparzonych. Okazało się, że to bomba iperytowa. Siedem lat temu w okolicach Czołpina, na plaży między Łebą a Ustką znaleziono grudki białego fosforu, wykorzystywanego między innymi przy produkcji bomb. Szczęśliwie nikt nie ucierpiał, chociaż skażeniu uległo 13 kilometrów wybrzeża. Do neutralizacji oddano około tonę niebezpiecznej substancji. Podobne przypadki miały miejsce w Niemczech, Danii, Łotwie, Litwie i Szwecji.

 

Skąd broń chemiczna wzięła się na plażach Bałtyku? Po II wojnie światowej nastąpiła demilitaryzacja Niemiec. Najtańszym rozwiązaniem, które pozwoliłoby pozbyć się zmagazynowanych przez III Rzeszę zapasów, był zatopienie ich w morzu. Alianci początkowo zakładali, że najlepszym miejscem do składowania tak wielkich ilości niebezpiecznych substancji będzie Atlantyk. Z pomysłu zrezygnowano, kiedy okazało się, że koszt przedsięwzięcia znacząco przekracza możliwości armii sprzymierzonych. Postawiono więc na Bałtyk, a konkretnie na Głębię Gotlandzką, Gdańską oraz Basen Bornholmski. Zachodnie wojska starały się, by beczki i pociski z gazem dostały się w rejony głębokiego Bałtyku, gdzie w beztlenowym obszarze ich korozja znacząco zwalnia. Jednak Armia Czerwona nie przestrzegała tych zasad i wyrzucała je nierzadko bez przygotowania, tam, gdzie nigdy nie powinny się znaleźć.

 

Do dzisiejszego dnia zagadką jest, gdzie mogą znajdować się chemikalia pozostawione przez Rosjan. Ich uwolnienie do wód Bałtyku zafunduje morzu katastrofę ekologiczną porównywalną do Czarnobyla. "Według naukowców kwestią czasu są kolejne znaleziska. Zagrożeniem jest również korodowanie pojemników z trującymi substancjami. Gwałtowne przeniknięcie ich do wody może spowodować katastrofę ekologiczną i zatrucie dużych obszarów Bałtyku, szczególnie, że jest on połączony z oceanem jedynie przez Cieśniny Duńskie, co powoduje bardzo wolną wymianę wody" - podała w swoim raporcie Najwyższa Izba Kontroli.

 

8 kwietnia 1945 roku niedaleko Półwyspu Helskiego, na dno Zatoki Gdańskiej poszedł niemiecki tankowiec Franken. Jednostka została zatopiona przez radzieckie lotnictwo i w momencie zatonięcia, była w całości napełniona paliwem. Raport opracowany w czerwcu 2018 r przez Instytut Morski w Gdańsku i Fundację MARE wskazuje, że wrak statku jest silnie skorodowany. Autorzy raportu ostrzegają przed wyciekiem ropy do płytkich wód Zatoki Gdańskiej. Szacuje się, że w wyniku rozszczelnienia zbiorników mogłoby dojść do skażenia środowiska w przestrzeni od 10 do 25 kilometrów od miejsca zatopienia jednostki. Warto odnotować, że wrak znajduje się na terenie obszaru Natura 2000, gdzie znajdują się rezerwaty przyrody i kolonie chronionych fok szarych.

 

Kiedy mówię o tym, że zmiany klimatyczne, czy dewastacja naturalnego środowiska dzieją się na naszych oczach, spotykam się z odpowiedzią, że to daleko, że nie przyjdzie to do nas, skoro jest na drugiej półkuli, a nawet jeśli, to nie mamy na to żadnego wpływu. Na początku reagowałem alergicznie na takie argumenty, dzisiaj rozumiem, że to normalne, naturalnie interesujemy się tym, co swojskie, znane, za miedzą. Stąd mój strach (nie, to nie retoryczna zagrywka) o to, że za kilka lat Bałtyk, może nie najpiękniejsze, nie najcieplejsze i nie najczystsze morze świata stanie się ekstremalnym przypadkiem tego, jak bardzo jesteśmy w stanie niszczyć przyrodę.

 

Jasne, że nie mamy wpływu na to, że wariaci z ubiegłego wieku postanowili zrobić z morza kosz na chemiczne śmieci, których smrodek dolatuje do nas dopiero dzisiaj. Ale możemy o tym wiedzieć i mówić, opisywać, uświadamiać się wzajemnie, że zmiany klimatu i niszczenie Wspólnego Domu danego nam przez Boga nie dzieje się daleko, ale blisko, w moim przypadku niecałe 600 km od Krakowa.

 

Marzę o tym, żeby nie doszło do najczarniejszego scenariusza w którym moje dzieci i wnuki będą znały Bałtyk ze zdjęć i filmów, gdzie wydmy i sosnowe lasy będą tylko fragmentem ekranu, a nie gorącym piaskiem i zapachem żywicy. Czuję odpowiedzialność za tych, którzy przyjdą po mnie i jeśli tego dożyję, zapytają mnie, co zrobiłem, żeby nie doszło do tego, co oni zastali. Morze Bałtyckie to symbol tego, że klimatyczny kryzys nie zacznie się daleko od nas, ale bliżej niż się tego spodziewamy, przyjdzie niespodziewanie, od tak, to, co do tej pory było takie samo przez lata, zmieni się i sprawdzi naszą zdolność do adaptowania się w zupełnie nowych warunkach.

 

Nie jestem pesymistą, chcę robić wszystko, co możliwe, żeby o nadchodzącej zmianie mówić otwarcie i bez lęku, o tym, że powinniśmy próbować powstrzymać ją ze wszystkich sił, a jeśli to niemożliwe, to dać sobie jak najwięcej czasu, na przygotowanie do niej. Zmiana dotknie każdego, ale też każdy ma wpływ na to, jak będzie wyglądała. Nie przetrwamy tego czasu z głową schowaną w bałtyckim piasku.

 

Nie jestem pesymistą, chcę robić wszystko, co możliwe, żeby o nadchodzącej zmianie mówić otwarcie i bez lęku, o tym, że powinniśmy próbować powstrzymać ją ze wszystkich sił, a jeśli to niemożliwe, to dać sobie jak najwięcej czasu, na przygotowanie do niej. Zmiana dotknie każdego, ale też każdy ma wpływ na to, jak będzie wyglądała.

 

 

Michał Lewandowski - dziennikarz DEON.pl, publicysta, teolog, koordynuje projekt "Wspólny Dom" poświęcony ekologii chrześcijańskiej