"Pedały", bluzgi i różańce w dłoniach. Obrońcy rodziny, przestańcie obrażać moje uczucia religijne

Dominika Frydrych Dominika Frydrych
data22.07.2019 12:00

(fot. PAP/Artur Reszko)

"Białystok wolny od pedałów!" obok "wielka Polska chrześcijańska!". "Wyp.......ać!' obok pieśni "niech będzie chwała i cześć, i uwielbienie, chwała i cześć Jezusowi!" Bez metafor, dosłownie, jedno po drugim.

 

Tak można opisać kilkanaście minut podczas jednej z blokad na sobotnim Marszu Równości w Białymstoku. Kordon policji odddzielał manifestujących od kontrmanifestacji, która za dużym banerem z napisem "Mama i tata największym skarbem świata" wykrzykiwała powyższą serię haseł. Odmowiono modlitwę, odśpiewano hymn. Kontrmanifestanci - przynajmniej ci z pierwszego rzędu - w zaciśniętych pięściach trzymali różańce. Nie mówię o kibolach z zasłoniętymi twarzami, o tych, którzy byli agresywni, wymierzali kopniaki czy dopuszczali się innych form przemocy fizycznej i groźb, o dwudziestu pięciu osobach zatrzymanych przez policję. Akurat na tej blokadzie - bo podczas sobotniego marszu było ich więcej - były tylko te okrzyki. Tylko i aż. Oglądając, czułam, jak moje uczucia religijne (albo po prostu wyznawana wiara plus poczucie przyzwoitości) są rozdeptywane.

 

Słyszę już ironiczne komentarze i zarzuty o lewactwo albo pluszowy, naiwny katolicyzm. Bo czy ONI nie podnoszą ręki na nasze świętości? Czy nie mamy prawa wyrażać sprzeciwu?

 

No cóż - nie zabolało mnie, kiedy miesiąc temu widziałam szyderę z Najświętszego Sakramentu? Jasne, że zabolało. Jestem katoliczką i to nie są żadne językowe hocki klocki; najświętszy naprawdę znaczy najświętszy. I kiedy widzę kpinę z niego, to nie jest dla mnie kpina z symbolu - to kpina z najbliższej mi Osoby. Ale przyznaję, że jeszcze bardziej boli mnie, kiedy widzę ludzi, którzy wiedzą, co i Kogo wyznajemy i - mając tę świadomość - potrafią krzyczeć jednym wydechu: pedały, chrześcijaństwo, wy.......ać, Jezus. Kompletnie nie mam na to zgody - to pomieszanie rynsztoka z pojęciami Ewangelii, z imieniem Bożym. To zawłaszczenie ich na swój użytek - ataku na drugiego człowieka. To tak, jakby zatrzymać się w wierze na poziomie Piotra, który w obronie Jezusa uciął ucho Malchusowi albo Jakuba i Jana, którzy chcieli modlić się o zniszczenie samarytańskiego miasteczka, którego mieszkańcy nie przyjęli ich w drodze do Jerozolimy. Tymczasem Chrystus kazał schować Piotrowi miecz i uzdrowił ucho Malchusa, a synom Gromu zabronił robić cokolwiek.

 

Oczywiście, ci, którzy stają, żeby kontrmanifestować i wykrzykiwać na zmianę obelgi i modlitwę, nie mają zapewne poczucia, że robią to na swój użytek. Ta narracja jest mocna, spójna, doskonale uargumentowana: "w obronie przed", "bo na zachodzie", "bo ONI" czy - chyba moja ulubiona fraza - "to walka z ideologią, a nie z ludźmi" (po twarzy bluzgiem albo zgniłym jajkiem dostają jednak, dziwnym trafem, konkretne osoby, a nie ideologiczna abstrakcja). Dodatkowo podbudowana jest memicznymi hasłami jak "zakaz pedałowania" albo "strefy wolne od" i poważnym, pasterskim głosem autorytetu: "nie możemy pozwolić, aby wyśmiewano wartości dla nas najświętsze i bezkarnie obrażano nasze uczucia religijne", jak napisał abp Tadeusz Wojda w liście do wiernych diecezji.

 

Zastanawiam się, czy ktoś kiedykolwiek powiedział im, że cel nie uświęca środków? Opowiedział historię błogosławionego Karola de Foucault? Dał jako pokutę kazanie na górze? Co najważniejsze - przekazał kerygmat? Jeśli nikt, nawet jedno oświadczenie rzecznika Episkopatu, które pojawiło się i potępiło agresję, nie zrobi rewolucji w sercach. Dobrze, że się pojawiło - ale jest to reakcja spóźniona okrutnie. Narracja buduje się dniami i latami, małymi wydarzeniami i reakcją na nie (czy raczej brakiem reakcji). Przejmowanie słów ze słownika chrześcijańskiego i napełnianie ich swoim znaczeniem, ładunkiem agresji to nie efekt jednego wydarzenia. To konsekwentnie stosowana - świadomie lub nie - strategia przemilczenia, braku reakcji ze strony kościelnych władz, ludzi wpływu, ale i szeregowych katolików, którzy nie reagowali, widząc drobne zło i słysząc każde rzucone w sieci czy w realu hasło "pedał".

 

Ludzie zaangażowani w Kościół mogą nadal lekceważąco mówić, że "nie wszyscy są tacy", że przecież kilkadziesiąt osób z Białegostoku, którzy nie mieli problemu z takim rodzajem niezgody na Marsz Równości to żaden symbol. Ale czy rok temu pomyślelibyśmy w Kościele o czymś takim? Pięć lat temu? W czasach pontyfikatu Jana Pawła II? Jeszcze wcześniej? Nie mam zamiaru płakać nad minionym Kościołem, który jednoczył ludzi ponad podziałami - sama nawet takiego nie pamiętam. Nie musi nas zresztą jednoczyć w niczym innym, jak tylko (aż!) w imieniu Jezusa, pod którym - jak głęboko wierzę - ostatecznie wszyscy kiedyś staniemy. Tymczasem teraz to imię - i związane z Nim nauczanie - będzie zawsze wywoływać niezrozumienie. Ale czy powinno być to budowane wokół ciężkich słów czy rękoczynów - byle tylko z różańcem w ręku? Czy wierzący mają prawo traktować Jezusa i Jego nauczanie jako broń? Gorąca atmosfera w społeczeństwie podsyca i nakręca agresję, poczucie misyjności i "stawania w obronie" (do wyboru: chrześcijaństwa, rodziny, tradycyjnych wartości) argumentuje przemoc. A włączenie jej jako narzędzie chrześcijanina do mówienia o swoich wartościach to kompletne pomieszanie porządków. Mamy być solą w świecie - a nie solą w oku świata.

 

"Dopóki jednak Rzeczpospolita nie jest parafią, a państwem, chciałbym mieć pewność, że wolność wyrażania swoich poglądów będzie miał w niej każdy, komu zezwala na to prawo - marsz równości i procesja", napisał na Facebooku Szymon Hołownia. Zgadzam się - niemniej myślę też, że w sobotę w Białymstoku obok hymnu powinno pojawić się znana z filmu "Kabaret" piosenka "Tomorrow belongs to me". Bo na budujący zwrot akcji na melodię Niemena ("lecz ludzi dobrej woli jest więcej") na poziomie społecznym chyba nie mam więcej niż pół grama nadziei.

 

Co najwyżej mogę powtarzać za Kaczmarskim: "zbaw mnie, Panie, od nienawiści, ocal mnie od pogardy".

 

Dominika Frydrych - redaktorka i dziennikarka DEON.pl. Autorka książki "Pełnymi garściami".