Ich zdjęcia zrobione na krótko przed śmiercią niosą nam ważne przesłanie

Szymon Żyśko Szymon Żyśko
data23.07.2019 09:00

(fot. Rama [CC BY-SA 2.0])

To zdjęcie mną wstrząsnęło kilka lat temu. Od tamtej pory średnio raz w roku ktoś mi je przypomina, najczęściej w kolejne rocznice jej śmierci. Jedno z ostatnich zdjęć Amy Winehouse zrobione na "najbardziej beznadziejnym koncercie na świecie", w trakcie "żenującego występu pijaczki", podczas "publicznego upadku byłej ikony muzyki", "między wymiotowaniem a fałszowaniem". Czy ktoś widział w niej jeszcze człowieka?

 

To i tak jedne z najłagodniejszych określeń, jakie na przełomie czerwca i lipca 2011 roku krążyły w Internecie po koncercie w Belgradzie, który nie był już nawet wołaniem o pomoc, ale powolnym umieraniem na oczach całego świata. Chciałbym móc powiedzieć, że się nie dziwię ludziom, którzy kupili bilety i oczekiwali świetnego występu, dostając w zamian takie sceny, ale nie powiem - wciąż pamiętam, że stał tam przed nimi mocno pogubiony człowiek przez lata utwierdzany w nałogach ku uciesze konsumentów. Bilet, nawet ten VIP, nie sprawia, że przez godzinę lub dwie stajesz się panem duszy i życia artysty na scenie. Bilet nie upoważnia Cię do mieszania go z błotem. W imię czego - zawiedzionych oczekiwań? Tym bardziej nie rozumiem zachowania wielu polskich fanów w tamtym czasie, dla których jej tragiczna śmierć była jedynie okazją do refleksji: "Wiedziałem, że tak będzie po tym rzyganiu w Belgradzie. I co ja teraz ku*** z biletem zrobię?". Amy do Polski już nie dotarła. Amy zabrnęła znacznie dalej, skąd powrotu nie było - do granicy swoich lęków, fobii i uzależnień. Diagnoza: "zatrucie alkoholowe po długim okresie abstynencji". Ale przecież wszyscy widzieli, jak Amy się zatruwa. Nikt nic nie zrobił.

 

last concert

Opublikowany przez Muhammed Gamal Sobota, 1 czerwca 2019

 

Nie będę bronił jej stylu życia i wyborów, obarczając winą wrażliwość. "Wrażliwe dusze tak mają" - tłumaczymy celebrytów, którzy ledwo trzymają się kupy, popijając środki nasenne wódką. Tymczasem podchmielony pan w tramwaju lub osoba bezdomna po alkoholu to już żałosny element, a nie "wrażliwiec". Tak rozróżniamy, kiedy używki są fajne i niefajne. Alkohol jest dobry, gdy staje się twórczym paliwem artystów, których pożera popkultura. To nie tabu, ale powszechna wiedza. "Fani lubią, kiedy znów cierpisz. Piję łychę, piszę płytę, czeka room service" - przyznaje szczerze Taco Hemingway w piosence. Coś w tym jest. Lubimy cudze dramaty, żeby nie musieć mierzyć się z własnymi.

 

Ale może być też tak - popatrzmy na drugie zdjęcie. Zrobiono je 21 lipca 2014 roku. To Robin Williams w dniu swoich urodzin. "Happy Birthday to me!" - napisał, wrzucając je na Instagram. Trzy tygodnie później znaleziono go martwego, powiesił się. Jeden z najbardziej znanych aktorów i komików, charyzmatyczny i ciepły człowiek. Całe życie najlepiej wychodziły mu żarty z siebie samego, nie budował popularności na wyśmiewaniu innych. Od lat chorował na depresję, uzależnił się od alkoholu, leków, narkotyków. Przed śmiercią usłyszał diagnozę - choroba neurodegeneracyjna. Widzicie to na tym zdjęciu? Pewnie, że nie. Może teraz z perspektywy czasu dostrzegamy w jego oczach jakiś smutek, pustkę. Ale nauczył nas przecież, że radość idzie w parze z refleksją - nigdy nie był głupim śmieszkiem. Tyle że depresji nie widać. To cichy zabójca zatruwający swoją ofiarę niczym ulatniający się czad.

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Happy Birthday to me! A visit from one of my favorite leading ladies, Crystal.

Post udostępniony przez therobinwilliams (@therobinwilliams)

 

Depresja to dla nas synonim melancholii, doła, żalu, ale na pewno nie choroba śmiertelna. To nawet nie grypa - częściej fanaberia. Pięć lat przed śmiercią Robin Williams przeszedł operację, po której w jednym z wywiadów powiedział: "Cieszę się, że wciąż żyję. Po operacji serca człowieka nachodzą różne myśli. Jestem wdzięczny, że mogę oddychać normalnie. Codziennie dziękuję też za moją rodzinę i przyjaciół, za ich wsparcie w tych najtrudniejszych momentach. Czuję się, jakbym dzięki operacji dostał drugą szansę, więc bezustannie za nią dziękuję i staram się to wykorzystać jak najlepiej". Co się stało w ciągu tych dwóch tysięcy dni nowego życia, że postanowił tę szansę jednak zmarnować i zamknąć na zawsze rozdział? Tego się nie dowiemy. Pozostaje to szokiem również dla najbliższych. Nie pytali - bo każdy ma prawo do kilku gorszych dni, tygodni, jakiejś małej ucieczki od zgiełku. Robin uciekł im na zawsze.

 

Piszę o nich, bo ich historia mnie porusza, a do filmów i piosenek często wracam. Piszę też dlatego, że śmierć celebrytów zwraca naszą uwagę. Jednocześnie chciałoby się powiedzieć: szkoda, że dopiero śmierć. Niby to nie nasze zadanie o nich walczyć, jesteśmy tylko odbiorcami ich pracy za szklanym ekranem smartfonów i telewizorów. Gdzie byli przyjaciele, a gdzie rodzina - pytają usprawiedliwiająco ludzie, w tym samym czasie czytając plotkarskie portale, które żywią się ich tragedią niczym komary krwią. Ich kliknięcia to pieniądze wpłacone na pseudo-dziennikarski biznes, który już nie jedną osobę wpędził w uzależnienie lub do grobu, utwierdził w przekonaniu, że jej nałogi to część świadomego stylu i kreacja sceniczna. Jednocześnie oswajają one czytelników z przemocą, wulgarnością i zanikiem jakichkolwiek granic prywatności. A nade wszystkie zabijają w nich empatię.

 

Czytaj też: Moja depresja nie była dziełem szatana>>

 

Jest jeszcze jedna strona medalu. My też dla kogoś jesteśmy rodziną, przyjacielem, sąsiadem. I chociaż widzimy czyjeś upadki, to mamy zasadę, że lepiej się nie wtrącać. Nasza empatia zbyt często ogranicza się tylko do współodczuwania z kimś smutku, choć nawet w tym przypadku mamy zupełnie różne powody. Nam jest smutno, bo komuś innemu jest smutno, ale z perspektywy tej osoby może jej się walić życie. To już nie smutek, ale rozpacz. Dopóki nie okażemy zainteresowania i nie wysłuchamy tego, co ona ma do powiedzenia nam własnymi słowami, pozostajemy jedynie w sferze domysłów na temat jej sytuacji.

 

Chciałbym, żebyście z tego tekstu zapamiętali przynajmniej te dwa zdjęcia i zestawiali je ze sobą jak najczęściej. Po śmierci Robina wielu mówiło i pisało, że gdyby tylko widzieli, że coś jest nie tak, to zaoferowaliby pomoc. Przykład Amy pokazuje, że możesz zapić się na oczach całego świata i ludzie wciąż nie widzą "twoich problemów". Zawsze jest jakieś "ale" i "gdyby". W tej chwili w twoim domu lub życiu też może być ktoś, kto potrzebuje pomocy. Depresja i uzależnienia mają wiele twarzy. Mogą być np. uśmiechniętą, serdeczną i ciepłą twarzą komika, obdarzoną spojrzeniem pełnym pokoju. A w środku trwa dramat, o którym usłyszysz tylko wsłuchując się między wiersze.

 

Szymon Żyśko - dziennikarz i redaktor DEON.pl, opiekun blogosfery blog.deon.pl. Autor książki"Po tej stronie nieba. Młodzi święci". Prowadzi autorskiego bloga<<

 

***

 

Samobójstwo nie jest jakimkolwiek wyjściem. Jeśli masz takie myśli lub nie możesz sobie poradzić z chorobą, a może jest w twoim otoczeniu osoba, której chcesz pomóc - skorzystaj z tych źródeł, szukając pomocy: