Zbyt silne przywiązanie do kapłana, i co dalej?

Magdalena Urbańska Magdalena Urbańska
data03.08.2019 09:00

(fot. Josh Applegate on Unsplash)

Płakałam, kasując numer z telefonu, ale to był płacz, który uwalniał. Długi czas zajęło mi gojenie ran po tej relacji.

 

Kilka lat temu pisałam pracę magisterską o funkcjonowaniu społeczności protestanckiej w Trójmieście. Spotykałam się w tym czasie z wieloma osobami różnych chrześcijańskich denominacji, choć jedno zapadło mi w głowie i sercu szczególnie.

 

Pastor Zbyszek zaprosił mnie do biura i zaraz po przedstawieniu się i wypiciu pierwszego łyka kawy, zapowiedział, że podczas spotkań z kobietami zawsze zostawia otwarte drzwi. Powiedział też, że po domu krząta się jego żona, ale przeszkadzać nam w rozmowie nie będzie. Szczere, naturalne, od początku jasne zasady, które miały w jakiś sposób chronić przed niedopowiedzeniami czy nadużyciami.

 

Jakiś czas temu spotkałam na ulicy znajomego kapłana. Szliśmy w tę samą stronę, więc pokonaliśmy wspólnie spory kawałek drogi, śmiejąc się przy tym z czegoś, co nas rozbawiło. Gdy doszliśmy już pod bramę szkoły mojego syna, życzyliśmy sobie miłego dnia i każdy poszedł w swoją stronę. To jednak nie był koniec tej sytuacji, okazało się, że to, co najbardziej emocjonujące jeszcze przede mną.

 

Najpierw spotkałam sąsiadkę, która powtórzyła mi kilka kąśliwych uwag, które usłyszała na temat "tej młodej, co się buja z księdzem". Podeszła do mnie też mama jednego z kolegów syna, pytając czy ten kapłan jest godny zaufania. Od lat nie była u spowiedzi i strasznie boi się swojego powrotu do sakramentów po długiej przerwie. Stwierdziła przy tym, że łatwiej byłoby jej pójść do kogoś z polecenia, ale nie zna nikogo, kto mógłby jej coś szczerze doradzić.

 

Te dwie sprzeczne reakcje, każda była dla mnie mocno na wyrost. Chciałam krzyknąć: a skąd ja mam wiedzieć? Ja z nim o pogodzie, o tych strasznych upałach gadałam! Śmialiśmy się, że sutanna to narzędzie zbrodni, gdy na zewnątrz jest 35 stopni, ja nic nie wiem!

 

Choć na pierwsze zarzuty mogłam odpowiedzieć tylko smutnym wyrazem twarzy, na drugie pytanie odpowiedziałam szczerze, bo kapłan, z którym rozmawiałam niejednokrotnie słuchał mnie również w konfesjonale. Te sytuacje wzbudziły we mnie fale różnych uczuć i myśli.

 

Od czasu liceum (czyli już ok. 15 lat) należałam do kilku różnych wspólnot. Siłą rzeczy wiązało się to z tym, że przez moje życie przewinęło się wielu różnych księży. Z jednymi nie miałam relacji wcale, z innymi była ona typowo koleżeńska, jeszcze z innymi opierała się głównie na stałym spowiednictwie czy towarzyszeniu duchowym. Obecność kapłana w moim życiu była jednak czymś bardzo naturalnym i powszechnym, nie zastanawiałam się nigdy nad tym, czy jest jakoś szczególnie wyjątkowa. Aż do czasu.

 

W tych wszystkich relacjach od zawsze szukałam Jezusa, nie romansu. Oczywistym dla mnie było, że ksiądz to ksiądz - swoją decyzję już podjął i nawet, gdyby chciał porzucić kapłaństwo, to ja w tym palców maczać nie chcę. Życie jednak jest nieprzewidywalne i to, co w pewnym momencie zdarzyło się i mnie, nauczyło mnie trochę pokory.

 

Nie wyniosłam z domu dobrego doświadczenia ojca, niestety było wręcz przeciwnie. Gdy jako studentka doświadczałam wiele różnych trudności i przechodziłam przez bardzo bolesny i trudny okres uzdrowienia wspomnień z dzieciństwa, zbyt mocno przywiązywałam się do mężczyzn, którzy byli dla mnie pomocni i życzliwi. Wśród nich byli również kapłani.

 

Pamiętam szczególnie jedną relację, w której moje pragnienie kolejnego spotkania i rozmowy było nienaturalnie silne i nieadekwatne do moich realnych potrzeb duchowych. Dość szybko zauważyłam, że moje uczucia są zbyt natarczywe. Choć nie miały żadnego związku z relacją intymną, damsko-męską na poziomie seksualnym, to były bardzo intensywne. Nie bardzo rozumiałam, co się ze mną dzieje, nie wiedziałam też, gdzie pójść po pomoc, by nie zostać wyśmianą. Do innego księdza, koleżanki, psychologa? Gdzie mnie zrozumieją na tyle, żeby nie oceniać i co ważniejsze - uwierzyć w to, że nie chodzi mi o zakochanie czy pociąg fizyczny.

 

Powiedziałam o swoim problemie koleżance ze wspólnoty. Była psychologiem, więc jej całościowe spojrzenie nakierowało mnie na odpowiednie tory. Zobaczyłam, co takiego wydarza się w moim życiu, że tak mocno weszłam w tę relację emocjonalnie. Nie dostałam od niej rady, co dalej, otrzymałam ją jednak w konfesjonale u przypadkowego kapłana.

 

Dziś cieszę się, że właśnie tak się stało, bo inaczej nie byłabym w stanie tej relacji zerwać. Zakończenie jej definitywnie, pomogło mi poukładać w sobie sprawy, które ciążyły mi jak głaz. Płakałam, kasując numer z telefonu, ale to był płacz, który uwalniał. Długi czas zajęło mi gojenie ran po tej relacji. Choć sama w sobie była dobra i przynosiła dobre owoce w moim życiu duchowym. Bałam się jednak, że historia powtórzy się znowu, już z innym człowiekiem.

 

Miałam wokół siebie wspólnotę i przyjaciół. Choć brakowało mi w tamtym czasie stałego spowiednika, nie był to dla mnie problem nie do przeskoczenia. Był to czas, gdy przepłakiwałam wieczory, wracając do wspomnień i zranień. Zawsze znajdowały się ramiona, które mnie przytulały, głównie innych kobiet ze wspólnoty. Zdałam sobie wtedy sprawę z tego, jak wiele nas jest. Poranionych przez życie, z emocjonalnymi brakami i dysfunkcjami wyniesionymi z dzieciństwa. Zobaczyłam, jak żyjemy często w poczuciu braku męskiego wzorca. Jak wiele z nas szuka tego ukojenia w nieodpowiedni sposób.

 

Na przestrzeni kilku ostatnich lat moja emocjonalność mocno się zmieniła. Nie wiem czy dojrzała, ale tworzenie relacji z mężczyznami stało się dla mnie tak naturalne i nieproblematyczne, jak te, które łączą mnie z drugą kobietą. Być może był to efekt długotrwałej pracy ze swoimi emocjami, pod okiem specjalistów. Być może dobre i mądre relacje, dzięki którym udało mi się rozkwitnąć.

 

Dziś nie mam problemu z tym, by iść obok kapłana główną drogą mojego miasteczka i śmiać się z nim, rozmawiać zupełnie swobodnie. Nie jest dla mnie trudnością zaprosić znajomego księdza na kawę, uprzedzając od razu, że moje dzieci zasypią go swoimi resorakami. Nie mam problemu z tym, by zwracać się do niego po imieniu czy zadzwonić, gdy potrzebuję spowiedzi. Nie jest dla mnie problemem uśmiechnąć się do niego na ulicy i to zupełnie bez podtekstu i jakichkolwiek oczekiwań. Różni nas życiowe powołanie, łączy wspólnota Kościoła i to co najbardziej naturalne - potrzeba normalnych, zdrowych relacji z innymi. Wszak ma ją każdy z nas.

 

Zastanawiam się czasem, jakby wyglądało moje życie w Kościele, gdyby nie wspólnoty, w których żyłam na przestrzeni ostatnich lat. Czy nie reagowałabym podobnie jak kobiety pod szkołą - myśląc, że młoda prowadzi się z księdzem? A może wręcz przeciwnie, szukałabym kogoś z polecenia, gdyby coś mi się w życiu posypało?

 

Nie mam ani jednego, ani drugiego problemu. Zawdzięczam to jednak głównie ludziom świeckim, którzy swoją obecnością w moim życiu pokazali, że można tworzyć ze sobą głębokie relacje również na płaszczyźnie duchowej.

 

Od jakiegoś czasu spotykam się z różnymi kobietami, często w kryzysie, choć nie jest to w żaden sposób przeze mnie inicjowane. Wiele z nich od lat ma dylemat dotyczący relacji w Kościele. Parę razy usłyszałam wprost: mam męża, ale on nie rozumie moich problemów z modlitwą. Boję się umówić na rozmowę z księdzem, bo nie wiem, jak zareaguje mąż albo rodzina. Jakby mi ktoś umarł, to by się nikt może nie czepiał, ale jak chcę iść z taką sprawą, no to jak? Jak to zrobić?

 

Na początku proponuję zawsze poszukanie sobie wspólnoty, zapraszam na spotkania dla kobiet, w których sama biorę udział. Pokazuję, jak żyję i funkcjonuję, co jest chyba największą akcją promocyjną do dbania o rozwój duchowy. Mówię też, że kapłan nie jest osobą niezbędną.

 

Bardzo podoba mi się inicjatywa łódzkich jezuitów, którzy formują w swojej parafii świeckich towarzyszy duchowych. Myślę, że wiele osób potrzebuje takiego wsparcia, a nie wie, gdzie i jak go szukać. Wiele jest kobiet, które z lęku przed odrzuceniem albo krzywym spojrzeniem innych, do kapłana nie pójdzie. Z drugiej strony, często zagubione i poranione - do kapłanów, którzy zawsze są otwarci i chętni wysłuchać, przywiązują się mocno i zbyt szybko oczekując od nich (choćby podświadomie) wypełnienia wszystkich swoich braków. Okazuje się jednak później, że jeden człowiek nie jest w stanie zaspokoić tego emocjonalnego głodu, choćby był najlepszym księdzem na świecie.

 

Gdzie jest złoty środek? Zapytałam o to swojego kolegę, który jest kapłanem, wokół którego zawsze kręci się sporo ludzi - młodych i starszych.

 

Powiedział mi coś, co bardzo mi się spodobało: jeśli będę jedną z pięciu osób, z którymi ktoś dzieli się swoim życiem, to spoko. Jeśli jednak jestem jedyną osobą, do której przychodzi się z problemami, a w domu czeka mąż, za ścianą przyjaciółka, to widać, że coś tu nie gra. Czuję się wtedy, jakby ktoś się na mnie uwiesił i nie chciał albo nie potrafił puścić.

 

Choć czasem są w życiu obszary, o których słyszą tylko kapłani (choćby te, o których mówimy wyłącznie na spowiedzi), to warto spojrzeć na siebie i swoje relacje szerzej. Ile jest w mojej codzienności osób, przed którymi jestem w stanie się otworzyć? Jeśli ich nie ma - czy ich szukam? Czy jestem gotowa na to, by zdecydować się na kierownictwo duchowe u kobiety (osobiście bardzo polecam, dla mnie opcja lux!)? Zadaję sobie takie pytania co jakiś czas, choćby odpowiedź miała być bolesna i oznaczała rozluźnienie jakiejś znajomości.

 

Strach przed wejściem w relacje jest czymś naturalnym. Nikt z nas nie lubi odkrywać tego, co w życiu najciemniejsze. Bez głębszej rozmowy nie ma jednak możliwości rozwoju, a stagnacja pogłębia tylko ból i niemoc. Trudno jest walczyć, będąc samotną wyspą. Uzdrowienie poranionych sfer odbywa się głównie wtedy, gdy nie zamykamy ich przed światem, ale wpuszczamy tam osoby godne zaufania.

 

Jak tworzyć te relacje? Pewnie każdy mógłby udzielić swojej własnej odpowiedzi, ja uczę się, potykając o własne błędy i ograniczenia. Uczę się ufać, prosić o pomoc i puszczać wolno człowieka, który jest dla mnie wsparciem. Nie bez powodu mówi się o towarzyszeniu duchowym - towarzysz ma być obok, nie ma być jednak sensem życia.

 

Być może wchodząc w nową relację, warto powiedzieć o swoim lęku i o tym, że bardzo łatwo przywiązujemy się i oczekujemy zbyt wiele. Zostawmy otwarte drzwi, jak zrobił to pastor Zbyszek. Niekoniecznie te materialne, fizyczne, ale te w naszej głowie - tak, by nowa relacja nie okazała się kolejnym zranieniem do kolekcji.

 

Magdalena Urbańska - z wykształcenia pedagog i doradca rodzinny. Z wyboru żona, matka dwóch synów. Nie potrafi żyć bez kawy i dobrej książki. Prowadzi bloga niezawodnanadzieja.blog.deon.pl