Odpowiedzialność za słowa

bp Jerzy Samiec
data08.08.2019 09:00

bp Jerzy Samiec

Niezrozumiała jest dla mnie postawa niektórych hierarchów kościelnych. Od nas, którzy używamy słów do głoszenia Miłości Boga, wymaga się szczególnej odpowiedzialności za wypowiadane słowa.

 

W debacie publicznej coraz częściej dochodzi do zaostrzania wypowiedzi. Używa się niezwykle ostrych sformułowań, często wymierzonych w konkretne osoby czy też grupy. Swoją drogą, dziś dzięki mediom społecznościowym niezwykle łatwe jest zabieranie głosu w debacie publicznej. Ktoś napisze tweeta i może się okazać, że dotrze do kilkunastu tysięcy odbiorców. Kiedyś nie każdy był zapraszany do radia czy telewizji, a redakcje gazet brały odpowiedzialność za słowo pisane.

 

Dziś jednak można odnieść nieodparte wrażenie, że uczestnikom debaty wydaje się, że kiedy użyją ostrzejszej wypowiedzi od swoich adwersarzy, będą postrzegani za odważnych ludzi czynu, którzy znają prawdę i potrafią nadać jej realny kształt. Będą uważani za lepszych przywódców, a mocno sformułowana wypowiedź ma być usprawiedliwionym środkiem do realizacji celu.

 

Siła przebicia wypowiedzi rośnie, gdy dotyczy innych ludzi, szczególnie tych, którzy wydają się stwarzać zagrożenie - realne lub złudne. Gdy na horyzoncie pojawia się wróg to pojawia się hipotetyczne zagrożenie. Trzeba się przygotować do walki z tymi, którzy chcą nam coś zabrać, coś zniszczyć. Jeżeli uda się namalować większe zagrożenie to tym lepiej, bo w czasie kryzysu potrzebujemy silnego lidera, czy wręcz wodza.

 

Ludźmi można bardzo łatwo manipulować, zwłaszcza tłumem. Większość z nas ma potrzebę przynależności do grupy. Gdy będziemy powoływali się na wyższe wartości, na konieczność obrony danej społeczności, wartości, celów czy słabszych w grupie, możemy liczyć na konsolidację członków. Pojawiają się emocje i gotowość do walki. Mechanizmy te sprawdziły się w momentach realnego niebezpieczeństwa. Gdy jednak służą one do manipulowania innymi dla osiągnięcia własnych korzyści, same stają się niebezpieczeństwem.

 

Czasami jednak chodzi o coś innego - o odwrócenie uwagi od rzeczywistego problemu. Nie chcemy uczciwie i dogłębnie wyjaśnić i naprawić jakąś sytuację więc strategicznym rozwiązaniem wydaje się podsunięcie innego tematu. Najlepiej jest wskazać na zagrożenie, wywołać strach, który przerodzi się w złość i agresję, i już nikt nie będzie pamiętał o pierwotnym, tym właściwym problemie.

 

Co ciekawe "tego typu przywódcy" znajdują sobie za wrogów zawsze słabszych, takich, którzy nie stanowią rzeczywistego zagrożenia dla dużej grupy.

 

Okres (przed)wyborczy sprzyja takim działaniom. Trzeba pozyskać głosy, więc im więcej ludzi uwierzy w zagrożenie, tym więcej uda się przekonać do oddania głosu na tego "jedynego mocnego przywódcę". Niestety wywoływane sztucznie zagrożenia często przeradzają się w rzeczywiste konflikty. A te zadają rany lub rozdrapują stare, a czasem pochłaniają realne ofiary. Dlatego tak bardzo ważne jest ważenie słów przez tych, którzy zajmują eksponowane pozycje, ponoszą odpowiedzialność za wielu, nie tylko za tych, którzy ich wybrali, ale też oponentów.

 

Z dużym zdziwieniem, ale i przerażeniem przeczytałem o atakach na nową prezydent Gdańska. Jeżeli jest prawdą, że otrzymuje więcej pogróżek i hejtu od brutalnie zamordowanego poprzednika, to znaczy, że niczego się nie nauczyliśmy. W tym kontekście ważne jest, aby osoby publiczne, politycy i ich doradcy, a także dziennikarze przestali używać słów pełnych pogardy i nienawiści. Czy tego chcą, czy nie, stają się punktem odniesienia i szybko znajdują naśladowców, którzy słowa zamieniają w czyn, usilnie wierząc, że taka jest konieczność chwili.


Skoro wszyscy lub przynajmniej wielu z nas uważa się za wierzących to warto sobie przypomnieć choćby fragment z Ewangelii Mateusza:

 

"Plemiona żmijowe! Jakże możecie mówić dobrze, będąc złymi? Albowiem z obfitości serca mówią usta. Dobry człowiek wydobywa z dobrego skarbca dobre rzeczy, a zły człowiek wydobywa ze złego skarbca złe rzeczy. A powiadam wam, że z każdego nieużytecznego słowa, które ludzie wyrzekną, zdadzą sprawę w dzień sądu. Albowiem na podstawie słów twoich będziesz usprawiedliwiony i na podstawie słów twoich będziesz potępiony. (Mt 12, 35-37)


Jeszcze bardziej niezrozumiała jest dla mnie postawa niektórych hierarchów kościelnych. Od nas, którzy używamy słów do głoszenia Miłości Boga, wymaga się szczególnej odpowiedzialności za wypowiadane słowa.


"Niechaj niewielu z was zostaje nauczycielami, bracia moi, gdyż wiecie, że otrzymamy surowszy wyrok. Dopuszczamy się bowiem wszyscy wielu uchybień; jeśli kto w mowie nie uchybia, ten jest mężem doskonałym, który i całe ciało może utrzymać na wodzy." (Jk 3,1-2)


Zadaniem Kościoła jest niesienie Ewangelii wszystkim zwłaszcza tym, którzy są słabi, poranieni, porzuceni, zagubieni. Miłości Ewangelii nie da się pogodzić z mową agresji. Posiadanie jasnych przekonań i prawd nie stoi w sprzeczności z miłowaniem tych, którzy nie podzielają naszej wiary czy też mają zgoła inne poglądy od nas, niezależnie od tego jak bardzo mocno wyrażają sprzeciw wobec naszych wartości. Kościół Jezusa Chrystusa nie ma wskazywać wiernym wrogów, z którymi ma walczyć, ale uczyć kochać miłością Chrystusa wszystkich, także tych, którzy nas nienawidzą lub po prostu mają inne poglądy. (czytaj Mt 5, 43-48)


Brak odpowiedzialności za wypowiadane słowa staje się powszechnym zjawiskiem. To bardzo niebezpieczny trend, który może doprowadzić do katastrofy. Niestety, mowa pełna pogardy, dzieląca ludzi, wydaje się dla wielu skutecznym narzędziem do osiągania celów i nic nie wskazuje na to, że będzie inaczej. To jest bardzo smutna konkluzja. Mam nadzieję, że choć kilkoro z nas zacznie zważać na słowa i modlić się o Bożą interwencję w naszym podzielonym i skłóconym społeczeństwie.

 

 

Bp Jerzy Samiec - polski biskup luterański, zwierzchnik Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Polsce, prezes Polskiej Rady Ekumenicznej. Tekst ukazał się pierwotnie na jego blogu