Kościół dla grzeszników?

Anna Sosnowska
data30.01.2013 12:00

Anna Sosnowska

Gdyby zapytać, czy Kościół (ten nasz, polski, bo żadnego innego nie znam na tyle dobrze, żeby o nim pisać) jest dla grzeszników, z różnych stron niewątpliwie padłyby mniej lub bardziej gorliwe zapewnienia, że tak. A gdyby zapytać, czy sakrament spowiedzi też jest dla grzeszników, niejeden popukałby się w czoło, wskazując w ten sposób niedorzeczność takiego pytania.


Spotkania i rozmowy ze "zwykłymi" ludźmi coraz bardziej uświadamiają mi, że mamy w naszym Kościele całą rzeszę osób, które nie czują się w nim jak u siebie, jak w domu, właśnie z powodu swojego grzechu, nieuporządkowanej sytuacji życiowej, czy dlatego że nie są w stanie pojąć jakiegoś aspektu nauczania Magisterium. Zaczynam powoli skłaniać się ku tezie, że argument tak często podawany jako powód odejścia od Kościoła: "bo księża za dużo politykują" to w wielu przypadkach jedynie (nieuświadomiona) przykrywka dla przyczyny znacznie poważniejszej - nie jestem moralnie doskonały, nie potrafię na ten moment takim być, więc w Kościele nie ma dla mnie miejsca.


Ten sposób myślenia mogą ugruntowywać kazania czy homilie, w których głoszenie Dobrej Nowiny o miłości Boga księża zastępują rachunkiem sumienia czy wyliczanką moralnych powinności. Bywa też tak, że elementem ostatecznie przekonującym grzesznika do ewakuacji z Kościoła jest spowiedź. Sakrament pojednania staje się sakramentem rozstania - czasem "tylko" z Kościołem, a czasem z Kościołem i z Bogiem. Kiedy tak się dzieje? Kiedy penitent po drugiej stronie kratek konfesjonału spotyka prawnika, a nie szafarza miłosierdzia; oskarżyciela, a nie obrońcę; kogoś, kto manifestuje władzę, a nie braterstwo; i w końcu: kiedy spotyka księdza krótkowzrocznego, który nie potrafi na spowiadającego się człowieka spojrzeć w perspektywie kolejnych miesięcy albo i lat.
Dlaczego to takie ważne? Bo chociaż dziś ten grzesznik mieszka ze swoją dziewczyną, robi przekręty w pracy czy stosuje prezerwatywy, to w bliższej albo dalszej przyszłości wszystko może się zmienić - dziewczyna zostanie jego żoną, uda mu się zmienić pracę, zrozumie, dlaczego Kościół sprzeciwia się antykoncepcji. Jeśli jednak penitent poczuje się w czasie spowiedzi odrzucony, upokorzony, postawiony pod ścianą (albo się natychmiast poprawisz, albo nie masz czego szukać w naszych szeregach), to prawdopodobnie odejdzie z Kościoła.


Życie jest drogą, i chrześcijaństwo nią jest. Kiedy Jezus po swoim zmartwychwstaniu przyłączył się do uczniów idących do Emaus i zobaczył, że ci niczego nie rozumieją, że może Jego nauka poszła w las, to nie powiedział: panowie, rozczarowaliście mnie, nie spełniliście moich oczekiwań, idźcie  lepiej przemyśleć wasze postępowanie, a dopiero potem Mnie znajdźcie i wtedy porozmawiamy. Jezus jeszcze raz, cierpliwie, zaczął im tłumaczyć Boże plany, aż w końcu otworzyły im się oczy. Taki rodzaj towarzyszenia wpisuje się w powołanie duszpasterza i można na szczęście spotkać takich księży - chociaż w moim odczuciu jest ich wciąż za mało - którzy to rozumieją i są gotowi na dłuższą wędrówkę z człowiekiem błądzącym.


Budowanie więzi opartej na wzajemnym zaufaniu i szczerości między spowiednikiem a penitentem, między wiernym a duszpasterzem, stwarza optymalne warunki do odkrywania bliskości, miłości oraz miłosierdzia Boga i - dopiero w takiej perspektywie - uświadamiania sobie swojej grzeszności. Często zachodzi wtedy taki mechanizm, jaki możemy obserwować u dzieci: jeśli zmusza się dziecko do przyznania się do winy, to ono raczej idzie w zaparte i mówi, że niczego złego nie zrobiło. A jak się je utuli, stworzy bezpieczną przestrzeń, to i wszystko opowie, i jeszcze przeprosi, bo będzie mu autentycznie przykro i wstyd.


O wzajemnym zaufaniu i szczerości wspomniałam z jeszcze jednego powodu. Momentem szczególnie trudnym, nie tylko dla penitenta, ale, jak przypuszczam, i dla niejednego spowiednika, jest sytuacja, w której ten musi z jakiegoś powodu odmówić udzielenia rozgrzeszenia. Kiedy między duszpasterzem a wiernym istnieje dobra więź, można na ten temat spokojnie porozmawiać, wszystko wyjaśnić, umówić się na kolejne spotkanie. Nie ma dramatu, nie ma traumy. Spowiedź odbyta w takiej atmosferze, choć (pewnie) bolesna i nie zakończona "sukcesem", może być ważnym krokiem na drodze dojrzewania penitenta, a nie jego definitywnym pożegnaniem z Kościołem.


Cały ten wywód zmierza właściwie do sformułowania dwóch postulatów. Pierwszy dotyczy księży: nie bądźcie towarzyszami tylko tych, którzy w chrześcijaństwie są jakoś zaawansowani, ale ruszcie w drogę także z tymi, którzy "nie wiedzą i błądzą" (por. Hbr 5,2). Drugi postulat dotyczy wprowadzenia w zwykły obieg duszpastersko-parafialny idei stałego spowiednictwa i kierownictwa duchowego. Przecież to opcja dla wszystkich osób, a nie jedynie tych zaangażowanych w kościelne ruchy czy wspólnoty. Dlatego trzeba o niej mówić - z ambony, w zakrystii, przy okazji sakramentu pojednania. Mój kolega ksiądz "łowił" ludzi w ten sposób, że kiedy w czasie spowiedzi wyczuwał u kogoś chęć czy potrzebę dłuższej rozmowy, przeciskał mu przez kratki konfesjonału kartkę ze swoim numerem telefonu. Ryzykował utratę własnej prywatności, dawał komuś na pożarcie swój czas, bo nie chciał zostawić człowieka na lodzie.