Wypędzanie demona epilepsji? Skandaliczne zachowanie "ewangelizatorów" w Legionowie

Szymon Żyśko Szymon Żyśko
data31.08.2018 13:24

(fot. youtube.com/ Tomasz & Sandra Kowalczyk)

Krzyczeli m.in. "won w imieniu Jezusa, wynoś się". Czy taka "ewangelizacja" ma jeszcze coś wspólnego z Kościołem? W czyim imieniu działają?

 

Wiele portali w Polsce żyje dziś filmem, jaki zamieściło pewne małżeństwo na swoim profilu youtubowym. Tomasz i Sandra Kowalczykowie od kilku lat zajmują się uliczną ewangelizacją oraz głoszeniem świadectw. Chociaż ich profil istnieje od 2013 roku, najwcześniejsze filmy pochodzą z 2015 roku.

 

Nie każde świadectwo jest dla każdego. Mówmy z głową>>

 

Na filmie zamieszczonym w maju tego roku możemy zobaczyć, jak podczas ewangelizacji Kowalczyków w Legionowie dochodzi do pewnego zdarzenia. Na pobliskim stoisku z truskawkami przechodzący mężczyzna dostaje ataku epilepsji. W tym momencie pani Sandra, która kończy opowiadać (a właściwie wykrzykiwać) historię swojego życia, łapie za kamerę i podbiega do mężczyzny. Małżonkowie zaczynają się modlić nad chorym, przyzywać Ducha Świętego i "wypędzać demona epilepsji". Na nic zdają się prośby obecnej w pobliżu straży miejskiej i przechodniów. Możemy usłyszeć m.in. "won w imieniu Jezusa, wynoś się z niego". Pani Kowalczyk znajduje także czas, żeby z nieukrywanym uśmiechem powiedzieć w trakcie ataku: "Właśnie modlimy się. Tutaj właśnie taka sytuacja". Nie da się ukryć sensacyjnego charakteru całej sprawy w oczach "ewangelizatorów".

 

Poniżej zamieszczamy kilka ujęć z bulwersującego nagrania. Zdecydowaliśmy się nie zamieszczać filmu dla dobra mężczyzny, który przechodził atak. Publikowanie jego wizerunku w tak osobistym momencie uważamy za skandaliczne:

 

(fot. youtube.com/ Tomasz & Sandra Kowalczyk)

 

(fot. youtube.com/ Tomasz & Sandra Kowalczyk)

 

Na nagraniu widać, że atak nie jest pozorowany, a w związku z tym występuje zagrożenie dla życia. Tożsamość mężczyzny, który przechodzi atak, nie jest w żaden sposób chroniona. Państwo Kowalczykowie wrzucili filmik w trzech częściach na swój kanał. Po zdarzeniu dosiadają się jeszcze do mężczyzny na ławce i próbują nakłonić go do świadectwa. Jego spokojem tłumaczą własną teorię na to, że był zniewolony złym duchem, a dokładniej mówiąc "duchem epilepsji". Teraz natomiast ich zdaniem wypełnia go Duch Boży. Na ostatnim nagraniu widzimy też, jak małżeństwo opowiada mężczyźnie po ataku historię swojego życia, wmawiając mu, że to, co się wydarzyło, ma związek z ich uliczną "ewangelizacją".

 

Portal NaTemat dotarł do małżeństwa i zapytał ich o całe zajście. "On chciał naszej pomocy. Później na nagraniu rozmawia z nami na ławce. Nie ze strażnikami, ale z nami. Bardzo się cieszył, że mu pomogliśmy" - mówi Sandra Kowalczyk.

 

Na wielu portalach zawrzało. Internauci ostro wypowiadają się na temat tego incydentu. Jedni zarzucają małżeństwu "wiarę w zabobony" i "uprawianie mitów groźnych dla życia". Inni dodają "tak wygląda Kościół i jego ewangelizacja". Jednak nawet osoby deklarujące się w komentarzach jako wierzące krytykują tę wątpliwą "ewangelizację" i mówią o przekroczeniu wszelkich granic i ośmieszaniu wiary.

 

Ze świadectw, które małżonkowie głoszą bardzo chętnie i często, możemy się dowiedzieć, że byli oni uzależnieni od narkotyków i alkoholu, ale "wyciągnął ich z tego Jezus". Jeszcze cztery lata temu mieszkali w Szwecji i to tam miało dojść do duchowej przemiany. Wcześniej były używki, przemoc i zdrady. Dziś "są czyści". Ich ewangelizacja jest jednak bardzo nachalna. Na wielu innych filmikach widać, że zdarza im się wchodzić w spory z przechodniami i naruszać spokój w miejscach publicznych. Nierzadko dochodzi również do ostrej wymiany zdań, oczywiści w imię Jezusa. Do jednego z mężczyzn pod wpływem alkoholu Tomasz Kowalczyk rzuca "diabeł dojeżdża cię jak burą su**" oraz "będziesz leżał oszczany w krzakach".

 

Może nie dziwić fakt, że małżeństwo korzysta z wolności słowa, ale na swoim profilu facebookowym reklamują się oni również tym, że są zapraszani do dawania świadectw młodzieży we wspólnotach.

 

***

 

Dlaczego ta "ewangelizacja" niepokoi i ile ma wspólnego z Kościołem? (komentarz Szymona Żyśko)

 

Nagranie, które możemy zobaczyć w internecie, jest przekroczeniem wszelkich norm. Coraz częściej zdarza się, że ewangelizacja uliczna jest traktowana jako narzędzie zdobywania popularności. Cierpi na tym cały Kościół, a zwłaszcza wspólnoty, które do ewangelizacji podchodzą z dużą odpowiedzialnością i przygotowaniem. Zrównywanie w komentarzach działalności państwa Kowalczyków z ewangelizacją wspólnot charyzmatycznych jest dużym uproszczeniem i nadużyciem. Odbija się to niestety negatywnie na wszystkich podobnych działaniach. Z tego, co nam wiadomo, państwo Kowalczykowie działają na własną rękę i nie należą do żadnej wspólnoty w Kościele. Niewiele wiemy również o ich przynależności do jakiegokolwiek Kościoła.

 

Wydaje się, że ewangelizacja uliczna zaczyna być problemem. Powodów jest kilka. Zdarzało mi się usłyszeć w rozmowach, że "kto raz poznał smak ewangelizacji, będzie chciał służyć Bogu już zawsze". Pytanie, czy nie mamy do czynienia z nowym narkotykiem - duchowym? A w związku z tym na ile jest to działanie Boga, który człowieka nie zniewala i daje mu pełną wolność. Dlatego tak ważne jest, żeby ewangelizacja była owocem życia wspólnotowego, a nie jej celem. Każda wspólnota potrzebuje mądrego kapłana i liderów, którzy działają nie tylko z poczucia namaszczenia, ale przede wszystkim kształcą się i rozwijają, żeby swoim doświadczeniem i wiedzą służyć. Mówił o tym Radosław Broniek OP z Dominikańskiego Centrum Informacji o Nowych Ruchach i Sektach w Polsce:

"Jeśli nie ma w modlitwie wspólnotowej elementu dobrowolności, to powinna się zapalić czerwona lampka. Trzeba być wyczulonym na to, w jaki sposób prowadzona jest wspólna modlitwa. Patrz też na to, czy przynależność do wspólnoty pozwala ci odkryć i umocnić własne powołanie (...) W różnych grupach i wspólnotach może dochodzić do nadużyć i manipulacji psychicznej. Na to trzeba być bardzo wyczulonym. Także wśród katolików to się dzieje. Czasami grupa doktrynalnie jest w porządku i nie ma zastrzeżeń, ale na poziomie praktyki są nadużycia, członkowie wspólnoty i liderzy stosują zabiegi, które zabierają wolność. Lider nie może być autorytarny, nie może mówić ludziom, co mają robić".

Uczymy, ale nie wtajemniczamy. Posiadamy pełnię, z której nie korzystamy>>

 

Drugim ważnym aspektem jest narażenie człowieka na utratę zdrowia bądź życia. Działanie państwa Kowalczyków odwracało uwagę od ataku, który miał mężczyzna. Nie pozwalali oni również dojść ludziom chcącym udzielić mu pomocy. Wprowadzanie zamieszania w takim momencie sprawia, że ryzyko wzrasta. Brak podstawowej wiedzy medycznej oraz opieki i prowadzenia duchowego małżonków sprawił, że dostrzegli oni tam "demona epilepsji". Warto przypomnieć tutaj słowa ks. Grzegorza Strzelczyka, który mówił o podobnych przypadkach:

 

"Z tymi demonami wyspecjalizowanymi w jakimś grzechu czy wadzie mamy problem, o którym już wspomniałem. To może być atrakcyjne usprawiedliwienie: ja nie jestem odpowiedzialny za moje działanie, to taki demon mnie prześladuje. Ja się nie muszę nawracać, wystarczy, że się wyrzuci tego demona. Nie będę nad sobą pracował, tylko pójdę do egzorcysty i on się tym zajmie. Albo wodą pokropię. To niezwykle atrakcyjne myślenie. Ono nas sprowadza do atawizmów magicznych, które w nas siedzą ewolucyjnie. Oczywiście, z rzadka wprost występuje w tak prymitywnej postaci, natomiast jeżeli dokonamy redukcji do elementów konstytutywnych, to się okaże, że mamy do czynienia z sytuacją, w której odpowiedzialność z człowieka zostaje zdjęta (… ). Skąd mielibyśmy wiedzieć, jakie specjalizacje ma demon? Jedyną drogą jest zeznanie tegoż. Znowu bazujemy na ojcu kłamstwa. Budowanie jakiejkolwiek teorii na zeznaniach ojca kłamstwa jest niebezpieczne". Cały wywiad możecie przeczytać tutaj>>

 

Wspominałem już, że moim zdaniem zostało również naruszone dobre imię mężczyzny, który przechodził atak. Na nagraniu w żaden sposób nie jest chroniona jego tożsamość. Widać m.in., jak dusi się i pluje śliną. Po wszystkim, gdy "ewangelizatorzy" siedzą z nim na ławce, możemy zobaczyć tego pana w całości. Myślę, że osoby, znające tego mężczyznę, nie mają żadnego problemu z rozpoznaniem go. Najpierw odniosę się do faktów. Atak padaczkowy, jak i każdy inny atak, a nawet zwyczajne zasłabnięcie, jest momentem bardzo osobistym i każdy ma prawdo do uszanowania jego prywatności. Nie dotyczy to zresztą tylko osób chorych - masz prawo odmówić nagrywania i upubliczniania wizerunku nawet, gdy siedzisz zwyczajnie na ławce i wpadasz przypadkiem w czyjś kadr. Mężczyźnie należało zapewnić pierwszą pomoc, spokój i opiekę medyczną. Nawet jeśli zdarzyło się to w miejscu publicznym, nie można tego dokumentować, a już w ogóle upubliczniać. Mężczyzna nie wyraził również zgody na modlitwę, a jest ona konieczna i ważna dla modlitwy wstawienniczej, którą posługują.

 

Niestety państwo Kowalczykowie zdawali się znaleźć w tym jedynie okazję do potwierdzenia własnych duchowych teorii i wszystko inne było mniej ważne. Zakładając (w co nie wierzę, oglądając film), że mieli dobre intencje i byli głęboko przekonani o słuszności swojej teorii o działaniu złego ducha, tego również nie powinni upubliczniać. To intymny moment. Gdy podczas spotkań modlitewnych dochodzi do manifestacji złego ducha, taka osoba jest przenoszona w inne miejsce. Nie robi się tego dla spokoju modlących się i zmniejszenia poczucia sensacji, ale przede wszystkim dla samej osoby, która doznaje podobnych cierpień. Ma prawdo do szacunku, duchowej opieki i spokoju. Na wielu innych filmikach z ich ulicznych ewangelizacji widać ludzi, nad którymi modlą się Kowalczykowie i to, co się z dzieje z ludźmi, na których nakładają ręce. Na coś takiego nie ma zgody w Kościele. Wiara zasługuje na pełną intymność.

 

Ostatnią wątpliwość mam, przeglądając ich inne filmy na ich kanale youtubowym. Sposób, w jaki reagują oni na krytykę przechodniów i prośby o uszanowanie spokoju w miejscach publicznych, wiele mówi o nich samych. Przytoczone cytaty możecie przeczytać wcześniej. Jeśli prawdą jest, że są również zapraszani ze swoją ewangelizacją do innych wspólnot, to należy zapytać tu o to, gdzie są duszpasterze i opiekunowie młodzieży? Kto bierze za to odpowiedzialność. Joanna Długosz pisała na naszym portalu o ryzyku, jakie niesie mówienie nieodpowiednich świadectw młodym ludziom. Można nimi zrobić więcej złego niż dobrego:

"Ilekroć słucham świadectw o nawróceniach z dna, z grzechu, o wyjściu z grup przestępczych i używek, zastanawiam się, czy ten przekaz aby na pewno trafia do właściwych ludzi (...) Nie jestem przeciwna nawróconym głoszącym świadectwa. Apeluję jednak jako pedagog i wychowawca - w imię odpowiedzialności za słowo - myślmy, co i komu mówimy, czy to w tym miejscu i czasie przyniesie korzyść".

 

Cały jej tekst znajdziecie tutaj>>

 

Kto w takim razie ma się zająć działalnością ewangelizatorów z Nowego Dworu Mazowieckiego? Myślę, że to zadanie przede wszystkim dla proboszcza i kapłanów z parafii, do której należą małżonkowie. O ile należą. Nie da się określić dokładnie z jakim Kościołem mamy donczynienia w ich przypadku. Jednak każdy ksiądz to też teolog, który powinien służyć wiedzą i radą. Nie należy wylewać dziecka z kąpielą, ale trzeba też zareagować jak najszybciej. W tym przypadku i tak mamy wrażenie, że jest za późno.

 

O komentarz w sprawie poprosiliśmy kapłanów zajmujących się m.in. ruchami charyzmatycznymi oraz ewangelizacją. Opublikujemy je w najbliższym czasie. Już teraz warto jednak podkreślić, że to, czego świadkiem byliśmy podczas ewangelizacji w Legionowie, ani nie jest ewangelizacją, ani nie ma nic wspólnego z tym, co głosi Kościół. Nie wszystko, co czynimy w imię Jezusa, rzeczywiście pochodzi od Boga. Trzeba zastanowić się w takich momentach, na ile Bóg jest tylko pieczątką, która ma dać autoryzację naszym wątpliwym działaniom.

 

 

Szymon Żyśko - dziennikarz i redaktor DEON.pl. Autor książki "Po tej stronie nieba. Młodzi święci". Prowadzi autorskiego bloga www.nothingbox.pl