Chciał zostać księdzem. Dwa zakony wyrzuciły go... bo jest niepełnosprawny

wiez.com.pl / Damian Jankowski
data14.09.2018 13:30

(fot. shutterstock.com)

- Kiedy oznajmił bliskim o swoim pomyśle, usłyszał od cioci: "Czy nie będziesz miał problemu ze wstąpieniem do zakonu? Wiesz, komuś może przeszkadzać twoja niepełnosprawność" - pisze Damian Jankowski w "Więzi".

 

W wyniku komplikacji przy porodzie Damian Jankowski urodził się z dziecięcym porażeniem mózgowym. To dzięki swoim bliskim był oswojony z tym tematem od dziecka, nie czuł się niepełnosprawny. Choroba nie przeszkadza mu w normalnym funkcjonowaniu, jedyne co, porusza się trochę... oryginalnie. Okazało się, że myśląc o powołaniu zakonnym, napotkał z tego powodu wiele przeszkód.

 

Kiedy oznajmił bliskim o swoim pomyśle, usłyszał od cioci: "Czy nie będziesz miał problemu ze wstąpieniem do zakonu? Wiesz, komuś może przeszkadzać twoja niepełnosprawność". Był pewien, że to niemożliwe.

 

"Wybrał ten zakon ze względu na jego kaznodziejski charyzmat"

 

Pierwszy wybór to Dominikanie. Dewiza "Głosić wszystkim, wszędzie i na wszelkie możliwe sposoby" była mu od początku bardzo bliska. Kiedy został przyjęty do prenowicjatu, pytania o stan zdrowia zaczęły się pojawiać bardzo szybko. Mówiono o wątpliwościach i o "braku wystarczającej sprawności fizycznej". Wszystko skończyło się odmową: "przekazano mi w krótkiej rozmowie przez telefon, że nie jestem przyjęty <<ze względu na niepewny stan zdrowia>>". 

 

Damian postanowił się nie poddawać i znaleźć taki zakon, dla którego jego stan zdrowia nie będzie problemem. 

 

"Postanowił spróbować szczęścia u redemptorystów"

 

Drugi wybór to redemptoryści, ich charyzmat także go pociągał: "głosić Ewangelię ubogim i duchowo opuszczonym". Przy pierwszej rozmowie z prowincjałem, zapewnił go, że stan zdrowia nie będzie żadnym problemem. Pierwszy rok postulatu spędził w domu zakonnym. Angażował się w wiele aktywności, chciał pokazać, że niepełnosprawność nie jest żadną przeszkodą. Po pół roku usłyszał od prefekta: "jesteśmy do ciebie przekonani". 

 

Po pierwszym roku każdy miał złożyć pisemną prośbę o przyjęcie do nowicjatu. Okazało się, że podanie Damiana zostało odrzucone, od przełożonego usłyszał: "świetnie sobie radzisz, ale nasze życie zakonne jest bardzo trudne, wymaga ogromnej mobilności". 

 

"Nie ma takiej możliwości"

 

Potem pojawiły się kolejne próby. Okazało się, że odrzucenie przez dominikanów miało swoje późniejsze konsekwencje. Kiedy dowiadywano się, że był u nich w prenowicjacie, od razu słyszał, że będzie problem z przyjęciem. Nie zawsze mówiono wprost o niepełnosprawności.

 

Prowincjał pallotynów zachęcił go najpierw do ukończenia licencjatu, kiedy już to mu się udało, zaczął mówić o magisterce. Franciszkanie konwentualni dali krótką odpowiedź: "nie ma takiej możliwości". Kilka lat wcześniej, jeszcze po maturze, rozmawiał z rektorem olsztyńskiego seminarium diecezjalnego o powołaniu, podkreślając, że woli jednak zakon, usłyszał: "to dobrze, bo u nas i tak byś się nie dostał".

 

"Ks. Jan Kaczkowski był dla niego wspaniałym wyjątkiem od reguły"

 

Po tych historiach Damian zdał sobie sprawę z tego, że poza ks. Janem Kaczkowskim nie spotkał w Polsce niepełnosprawnego kapłana, który byłby chory przed wstąpieniem do seminarium lub do zakonu. Czytał wywiady z nim, w których dowiedział się, jak wiele nieprzyjemności spotkało go ze strony Kościoła tylko ze względu na jego inność. "Cóż, przekonałem się, że to, o czym opowiada, nie należy do przeszłości". 

 

Podkreśla, że powołanie kapłańskie to wielki dar i dodaje: "Czy jednak oznaczałoby to, że Bóg obdarza nim wyłącznie osoby w pełni sprawne? To oczywiste, że w formacji zakonnej dokonuje się selekcji. Zastanawiam się jednak, dlaczego z taką samą skutecznością jak w przypadku osób z niepełnosprawnościami nie eliminuje się kandydatów z brakami w otwartości serca czy mentalności, pozbawionych zwykłej ludzkiej życzliwości albo kultury osobistej".

 

"Może już czas, by ktoś w Kościele przyjrzał się temu zagadnieniu"

 

Nie wiadomo, ilu kandydatów do kapłaństwa miało podobne historie. Były kleryk powołuje się na słowa kardynała Carlo Maria Martini, który mówił: "Kościół jest spóźniony o dwieście lat". Kardynał dodawał, że kieruje nim lęk zamiast odwagi. Okazało się, że Kościół jest daleko w tyle za mentalnością świecką. Na dodatek, taką selekcję kandydatów, nazywa się "wolą Bożą". 

 

Podkreśla: "Do dziś czuję niesmak, gdy ktoś próbuje wyjaśniać trudne sytuacje za pomocą kategorii woli Bożej. Czasem bywa ona bowiem wytrychem stosowanym w momentach, których nie umiemy wytłumaczyć". To, czego przede wszystkim zabrakło, to zwykłej empatii, a także wiedzy na temat niepełnosprawności. Problemy zdrowotne stały się ważniejsze od duchowych rozterek i rozeznawania powołania. 

 

"Nieudane starania o przyjęcie do zakonu trwały w sumie pięć lat"

 

Damian zaczynał prenowicjat u dominikanów jako "zakochany w Kościele". Kolejne historie pokazały mu zupełnie inną twarz Kościoła, której się nie spodziewał. "Krzyż staje się wyjątkowo niewygodny, gdy jest nim sam Kościół, wspólnota wierzących". 

 

Dzisiaj sam podkreśla, że te pięć lat starań pomogły mu uwolnić się z doktrynerstwa i klerykalizmu. Pytano go potem: gdzie w tym wszystkim był Bóg? Odpowiadał: "Nie wiem. Może - jak pisał przywołany już Miłosz - "w moich błądzeniach mieszkał od początku"? Może zamieszkał w moim bólu, osamotnieniu i bezsilności? A może po prostu był ze mną i szedł tuż obok? Tak blisko, że nie mogłem Go dostrzec…"

 

Tekst ukazał się w kwartalniku "Więź". Całość możecie przeczytać TUTAJ.