Podcinanie skrzydeł nie pozwala dolecieć do nieba [ŚWIECCY DO DUCHOWNYCH]

Blogi Natalia Świderska
data09.12.2018 15:00

(fot. shutterstock.com)

Jaki obraz Stwórcy przekazuje ojciec czy matka, która wciąż dziecko karci, poprawia, poszturchuje, daje do zrozumienia, że nie spełnia oczekiwań? Wielu księży myśli podobnie, że gdy będą mówić parafianom, jacy są źli, egoistyczni i grzeszni - ci staną się święci. A gdyby odrzucić takie myślenie i odnieść się do ludzi z wiarą w ich możliwości? Z zaufaniem, że dadzą radę?

 

Padła propozycja: Wyobraź sobie, że stajesz na ambonie, a w ławkach siedzą duchowni. Masz im wygłosić rekolekcje…

 

Pierwsza myśl: Stanąć na ambonie. To znaczy wyjść z "ławki"? Mentalnie to wcale nie jest proste.

 

"Umiłowani bracia i siostry" - często słyszę te słowa. Czy równie często czuję się "siostrą" kapłana? To znaczy, że jest on moim bratem, kimś bliskim, równym? Czasem czuję się jak córka, zazwyczaj jednak jak strofowany uczniak. Dzieje się tak, gdy słyszę powtarzającą się narrację: nie dość się starasz, za mało kochasz, za mało przebaczasz, za mało umierasz. Po latach siedzenia w ławce dostaję propozycję: chcemy oddać głos tobie. Wysłuchać, co masz do powiedzenia? Jestem wzruszona. Wyjść z "roli" nie jest łatwo. Spróbuję.

 

Jestem chrześcijanką, wierzę w Boga i doświadczam Jego działania w moim życiu. Jestem powołana do dawania świadectwa. Najlepsze świadectwo o Stwórcy, który jest miłością, można dać, praktykując miłość. Chcę Wam dziś opowiedzieć o tym, jak pracujemy nad relacjami w naszej rodzinie, by mogły stać się znakiem Bożej obecności w świecie.

 

Relacje rodzinne

 

Adele Faber i Elaine Mazlish w książce pod tytułem "Wyzwoleni rodzice, wyzwolone dzieci" opowiadają o swojej drodze do szczęśliwej rodziny. W ostatnim rozdziale podsumowującym książkę autorki konkludują:

 

"Zwykłyśmy sądzić, że mówiąc dziecku, co robi źle, sprawimy, że się poprawi. Jeśli nazwiemy je kłamczuchem, będzie mówiło prawdę; jeśli nazwiemy je tępakiem, będzie bystre; jeśli nazwiemy je leniuchem, będzie pracowite. Teraz wiemy, że zachowanie dziecka może się poprawić, jeśli będziemy traktować dziecko tak, jakby było już tym, kim ma się stać".

 

Przekonanie, że karcenie, poprawianie, wytykanie błędów przynosi najlepsze efekty wychowawcze, jest bardzo powszechne. Z mojego doświadczenia wynika, że jest błędne. To miłość, akceptacja, uważność, bliskość dodają skrzydeł i wiary we własne możliwości. Wpływają pozytywnie na rozwój dziecka i jego więź z rodzicami. Karcenie, owszem jest czasem potrzebne, ale kiedy stanowi główny komunikat, jaki druga osoba słyszy od rana do wieczora, obniża to jej poczucie własnej wartości i niekorzystnie odbija się na relacji. To samo tyczy się relacji między małżonkami. Wysłuchiwanie niekończącej się listy zażaleń, brak słów "dziękuję", "kocham", "jesteś dla mnie ważna/ważny" prowadzi do frustracji. Nie odkryłam Ameryki, pisząc to zdanie. Niby każdy o tym wie, ale wciąż to sobie robimy, wciąż robimy to dzieciom. Jak zmienić złe nawyki?

 

Wiele lat temu podjęliśmy wspólnie z mężem decyzję, że chcemy wypracować taki model rodzicielstwa, by jak najbardziej zrezygnować z przemocy. Nie chodzi tylko o bicie, krzyk, lecz o takie formy komunikacji jak: ubliżanie, zawstydzanie, porównywanie, wymuszanie, szantaż emocjonalny i wiele innych. Dlaczego? Bo chcemy, żeby czuły się kochane. Bóg obdarzając nas dziećmi, powierzył nam bezcenny skarb i ogromną odpowiedzialność. Nasze zachowanie wobec nich będzie miało wpływ na całe ich życie. To od nas zależy, czy to, co im przekażemy, będzie dla nich wsparciem, źródłem siły czy trudnym do uniesienia bagażem.

 

Wiedzieliśmy, że nie chcemy bić, stawiać do kąta itp., ale nie wiedzieliśmy, czym to zastąpić. Jak z nimi rozmawiać, by nas słuchały? Z pomocą przyszły kursy i książki dla rodziców (między innymi cytowana wcześniej pozycja). Od osób postronnych zdarzało nam się oberwać za to, że nie "stawiamy dzieci do pionu", że zanadto czule się do nich odnosimy. Byliśmy też porównywani do innych rodziców stosujących przemoc, która podobno daje lepsze rezultaty wychowawcze. Gdy się na dzieciaka nakrzyczy czy dziecko zleje albo po prostu zignoruje jego płacz (co jeszcze kilka lat temu uważane było za postępową metodę zwaną "wypłakiwaniem"), ono chodzi jak w zegarku. Posłusznie, bez szemrania wykonuje wszystkie polecenia. Dziecko-ideał? Rodzic-ideał? Pozornie. W jednej z książek wyczytałam: "Przemoc owszem działa i przynosi natychmiastowy skutek. Do czasu. Do wieku nastoletniego, potem przychodzi czas zapłaty".

 

Podczas poznawania metod wychowawczych opartych na szacunku dowiedzieliśmy się wiele o nas samych. Nauczyliśmy się akceptować nasze emocje, artykułować potrzeby. Dzięki temu zaczęliśmy się lepiej komunikować między sobą. To wzmocniło naszą relację małżeńską. Na jednym z warsztatów dotyczących poczucia własnej wartości u dzieci wspólnie z innymi uczestnikami doszliśmy do wniosku: "Cokolwiek chciałbyś zmienić w zachowaniu swojego dziecka, zacznij od siebie". Rodzic, który zna siebie, może lepiej poznać młodego człowieka. Ten, kto ma szacunek do siebie, umie stawiać granice, bronić się przed agresją, będzie mógł w sposób naturalny przekazać swoje umiejętności potomstwu. Dzieci uczą się przez przykład.

 

W filmie Andrzeja Wajdy "Powidoki" główny bohater Władysław Strzemiński mówi do zasłuchanych studentów: "W sztuce tak jak w miłości, nie można dać czegoś, czego się nie ma". To zdanie odnoszę także do miłości rodzicielskiej. Są rzeczy, umiejętności, które chciałabym przekazać dzieciom, ale wiem, że sama nie w pełni je opanowałam. Traktuję to jako wyzwanie. Rodzicielstwo mobilizuje mnie do nieustannej pracy nad sobą.

 

Jednym z najcenniejszych odkryć wśród nowych metod wychowawczych jest dla mnie "kredyt zaufania". Kiedy obdarzam nim dziecko, uczę je zaufania i wiary we własne możliwości. Już od małego pytam moje pociechy: A jak ty myślisz? Jakie jest twoje zdanie? Co byś zrobił? Nie chodzi o oddawanie latorośli kontroli nad życiem rodzinnym, ale o uczenie małymi krokami (dostosowanymi do wieku), że ma wpływ na swoje życie. Dzięki temu dzieci przysposabiają się do szukania rozwiązań problemów, podejmowania decyzji, wiary w siebie, zaufania własnym odczuciom. Gdy rodzice stawiają się w roli wszystkowiedzącej wyroczni, uzależniają dzieci od siebie. Postępowanie w myśl zasady "starszy ma zawsze rację" albo "dzieci i ryby głosu nie mają" hamuje rozwój, zabiera pewność siebie, sprawia, że wychowankowie mogą mieć trudności z podejmowaniem decyzji, braniem odpowiedzialności za swoje czyny. Niepewne własnego zdania stają się podatne na manipulację. Dając naszym pociechom kredyt zaufania, wychowujemy je do samodzielnego myślenia i samodzielnego życia - to jedne z najważniejszych zadań rodzicielstwa.

 

Obraz Boga Ojca kształtują doświadczenia miłości rodzicielskiej. Jaki obraz Stwórcy przekazuje ojciec czy matka, która wciąż dziecko karci, poprawia, poszturchuje, daje do zrozumienia, że nie spełnia oczekiwań? Jaki obraz kształtuje, gdy akceptuje i szanuje dziecko, cieszy się nim, poświęca swój czas, uwagę, nie stosuje przemocy, wierzy w jego możliwości? Który obraz Boga jest ci bliższy?

 

Za cicho śpiewamy…

 

W niedzielę, wychodząc z kościoła, spotykam sąsiadkę.

 

- Co u ciebie? - pytam.

- Mąż ciągle siedzi w warsztacie. Cały tydzień sama z dziećmi. Zasuwam. Szkoła - dom - przedszkole - zajęcia dodatkowe. Nie mam nawet chwili, żeby pomyśleć.

- Wyjdziemy na kawę?

- Nie mogę. Kręgosłup mnie boli, nie mam chwili oddechu.

- Dziewczyno, potrzebujesz tego, wyjdźmy! - nalegam.

- Nie mam szans, mąż w warsztacie ma mnóstwo roboty, cały tydzień jestem sama z dziećmi.  

 

Co dziś usłyszałyśmy na kazaniu chwilę wcześniej? Między innymi: "Czy ty, aby drogi bracie, droga siostro, cieszysz się oddaniem się Panu Bogu? Czy się cieszysz? Bo jeśli nie, to znak, że gdzieś, kiedyś musiała się pojawić zgoda na grzech (...). Chciejmy się cieszyć oddaniem się Bogu, umiłowani bracia i siostry". Ksiądz w kazanie wplótł uwagę, że za cicho śpiewamy, musimy się bardziej postarać. Wspomniana była także Karolina Kózkówna: "Jej wystarczyło 16 lat życia, żeby Kościół wyniósł ją do chwały błogosławionych…". Jej wystarczyło 16, a my? Siedzimy w tych ławkach, kilkanaście, kilkadziesiąt lat i ciągle tacy nieświęci.

 

Pomyślałam o sąsiadce. Mogłaby usłyszeć, że jej codzienny trud podoba się Bogu, że troszcząc się o rodzinę i dzieci, buduje królestwo niebieskie na ziemi, że jest piękna, dobra. Usłyszała: "jak się nie cieszysz, to znaczy, że grzeszysz". "Upupianie" ludzi ubrane w ładnie brzmiące frazesy.

 

Mam wrażenie, że duchowni próbują wychowywać świeckich. Nie przeszkadzało mi to, gdy miałam kilka czy kilkanaście lat, ale z biegiem czasu coraz trudniej to znoszę. Szczególnie gdy do głosu dochodzą stare metody wychowawcze. Parafrazując słowa Adele Faber i Elaine Mazlish, czy nie panuje wśród kapłanów przekonanie: "Gdy będę mówić parafianom, jacy są źli, egoistyczni i grzeszni - staną się święci". A gdyby odrzucić takie myślenie i odnieść się do ludzi z wiarą w ich możliwości? Z zaufaniem, że dadzą radę? Gdyby częstować ich radością ze wspólnego spotkania, akceptacją, uznaniem dla codziennych zmagań? Przyjęciem prawdy, że stanie na ambonie nie czyni lepszym?

 

Grzeszna i słaba. Co na to Pan Bóg?

 

Bywa, że jestem przytłoczona oczekiwaniami innych, swoimi ograniczeniami. Gdy ogarnia mnie niemoc, dochodzę do granic wytrzymałości, czuję, że poległam, zawiodłam, właśnie wtedy najbardziej doświadczam, że Bóg mnie kocha. Wcale nie jest przyjemnie nie mieć kontroli, nie spełniać wymagań, mijać się z własną wizją siebie. Ta świadomość jest trudna, z drugiej strony jest przestrzenią, w której przyzywam Bożej łaski. Doświadczenie bezradności okazuje się zbawienne dla mojej duszy, każe mi zwracać się do źródła miłości. W chwilach gdy wszystko mi się sypie, wołam Go na pomoc. Odpowiedzią na moje wołanie jest przekonanie, że niczego nie muszę robić, by zasłużyć na Bożą miłość, i właśnie taka, jaka jestem dzisiaj, jestem kochana. Moja słabość jest miejscem, w którym najmocniej doświadczam Bożego miłosierdzia.

 

Dobra nowina

 

Ciągłe poprawianie, upominanie, wykazywanie czyjejś niegodności podcina skrzydła, uderza w poczucie własnej wartości. Może oddalać zamiast przybliżać do Boga. Jeśli ktoś tak robi, przypuszczalnie postępuje jak go nauczono. Sposobów komunikacji uczymy się w domu czy otoczeniu, w którym wyrośliśmy. Bardzo trudno jest zmienić nawyk, jednak warto podjąć zmaganie, by podnieść jakość relacji z ludźmi. Prawda o tym, że jesteśmy grzesznikami, jeśli nie jest głoszona w formie "bata" na drugiego człowieka, może stać się dla niego dobrą nowiną, gdyż jest częścią Bożego Planu Zbawienia. Jego zamysłem. Wierzę, że Bóg nigdy nie gorszy się nami, choćby wszyscy w nas zwątpili. Gdy Go wzywamy, uznajemy naszą słabość, On przychodzi z pomocą. Cieszy się jak ojciec z przypowieści o synu marnotrawnym. Podnosi nas i z radości urządza ucztę. Oby nic nie przesłaniało nam tego obrazu, obyśmy potrafili go przekazać innym.

 

By głosić prawdę o miłości Bożej, potrzebna jest osobista relacja z Bogiem, poznanie samego siebie (praca nad sobą), szacunek do drugiego człowieka i rezygnacja z przemocy.

 

 

Natalia Świderska - absolwentka Akademii Sztuk Pięknych, grafik. Pasjonatka  życia rodzinnego. Pisze wiersze. Prowadzi blog almadecasa.blog.deon.pl. Lubi obalać mity, które przeszkadzają w budowaniu jedności między ludźmi. Uwielbia wymyślać bajki dla swoich dzieci

___________________________________________________________________________________________________________________________________________

 

[ŚWIECCY DO DUCHOWNYCH]

 

Każdego roku bierzemy udział w rekolekcjach prowadzonych przez księży i zakonników dla nas. Mają mówić do nas, naszym językiem, o naszych sprawach. Różnie to wychodzi w praktyce. Jedni mówią porywająco, po wysłuchaniu innych wychodzimy z przeświadczeniem "nie wie o czym mówi, nie zna życia". Rzeczywistość budowania relacji z Bogiem inaczej wygląda dla kogoś, kto "zawodowo" poświęca na to czas niż dla zapracowanej matki lub ojca, który wybiera dzień z dzieckiem zamiast dnia skupienia. Zarzucamy często księżom, że nas nie rozumieją - pozwólmy więc im się zrozumieć. Być może w doświadczeniu modlitwy: matki, kobiety, ojca, mężczyzny, świeckiego singla - księża odnajdą coś, z czego nie zdawali sobie wcześniej sprawy. Przecież Bóg jest osobą, a kto lepiej niż świeccy rozumie trud budowania relacji z kimś drugim?

 

Nie będziemy pouczać ani moralizować. Opowiemy wam o Bogu, jakiego być może nie znacie, być może nie dostrzegacie - widzianego z naszej ławkowej perspektywy.

 

___________________________________________________________________________________________________________________________________________