Ks. Władysław Korniłowicz w drodze na ołtarze. Wyprzedził swoją epokę

Karol Kleczka Karol Kleczka
data11.07.2019 07:00

(fot. Wikimedia Commons / [Public domain])

Ta informacja mogła umknąć, a absolutnie nie powinna, bo dotyczy niezwykłego Polaka. 5 lipca papież Franciszek zatwierdził dekret o heroiczności cnót ks. Władysława Korniłowicza.

 

Wielu żyło niedawnymi ogłoszeniami o dacie kanonizacji kardynała Newmana. Pewnie jeszcze większą grupę ucieszyła informacja o prostej drodze do beatyfikacji abpa Fultona Sheena. Źle by się stało, gdyby w natłoku tych wiadomości nie wybrzmiała postać duszpasterza wspólnoty w podwarszawskich Laskach. Do beatyfikacji sługi Bożego potrzebny jest cud za jego wstawiennictwem.

 

Ze świecą szukać podobnych duchownych, a powiedzenie, że Korniłowicz wyprzedził epokę, to banał, ale biografia zmarłego w 1946 roku księdza zaskakuje nowoczesnością tej postaci. Prowadził otwarte duszpasterstwo, w którym swoje miejsce znajdował każdy człowiek - niezależnie od wiary i poglądów. Rozumiejący wagę liturgii i uformowany przez tradycję tomistyczną, a przy tym personalistycznie wrażliwy na ludzi.

 

Droga do powszechnego uznania przez Kościół postaci Korniłowicza zajęła wiele lat. 13 kwietnia 1978 Stolica Apostolska wydała zgodę tzw. nihil obstat na rozpoczęcie procesu jego beatyfikacji, po czym 27 września tegoż roku kard. Stefan Wyszyński rozpoczął proces informacyjny, który przebiega na poziomie diecezji. Ten zakończył się w czerwcu 1995. Odtąd przysługiwał mu tytuł Sługi Bożego. Akta procesu zostały następnie przekazane Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych do Rzymu, która po zapoznaniu się z tą dokumentacją, trzy lata później uznała jego poprawność. Musiała minąć kolejna dekada zanim złożono positio, czyli zbiór dokumentów wymaganych do procesu beatyfikacyjnego. W ostatnich dniach, 5 lipca 2019, papież Franciszek promulgował dekret o heroiczności życia i cnót Korniłowicza. Odtąd przysługuje mu tytuł Czcigodnego Sługi Bożego.

 

"Nazywano go za życia Ojcem, tak mówią o nim do dzisiaj, w 25 lat po śmierci (…). W przypadku tego księdza - nie było i nie ma w tym określeniu niczego z paternalistycznego schematu" pisał Stefan Frankiewicz w tekście mu poświęconym. O Korniłowiczu mówiono tak nie tylko z szacunkiem, ale przede wszystkim miłością - bo jak nie kochać człowieka, w którym "zainteresowanie sprawami ducha nie przytępiało (…) naturalnych, zwyczajnie ludzkich odruchów solidarności"?

 

Z pewnością był prekursorem duszpasterstwa świeckich, zwłaszcza jeśli chodzi o ich posługę w Kościele. Korniłowicz preferował małe wspólnoty, takie jak spontanicznie powstałe "Kółko", w którym ksiądz Władysław pełnił rolę inspiratora i opiekuna duchowego. Zadaniem "Kółka" miało być uformowanie nowej elity katolickiej, świadomej swej wiary, jej zasad, dlatego praca w nim dodała mu łatki kapelana intelektualistów, ale potrzebujących znajdywał wszędzie. Najbardziej znana dziś jest jego wieloletnia posługa w Zakładzie dla Niewidomych w Laskach. Z jego inicjatywy powstał tam w 1933 roku Dom Rekolekcyjny i z pomocą Matki Elżbiety Czaskiej, założycielki Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek, założył wyjątkową wspólnotę opartą o siostry zakonne, niewidomych pacjentów i świeckich wolontariuszy.

 

Korniłowicz już przed wojną dążył do realizacji posoborowego ideału, który jeszcze dziś bywa obcy, a dokładniej do zasypywania przepaści dzielącej księdza od wiernych. Potwarzał, że pojęcie kapłaństwa należy rozszerzyć, bo "każdy wierny mocą swego królewskiego kapłaństwa spełnia również funkcję kapłańską, ofiaruje nie tylko Chrystusa, ale i siebie". Był również prekursorem dialogu ekumenicznego i międzyreligijnego. Otwierał się na niewierzących, którym potrafił zaświadczyć o Bogu. Nie brak licznych świadectw osób, do których Bóg dotarł właśnie przez księdza Władysława i jego zdolność towarzyszenia. W kręgu Korniłowicza "znajdowali się ludzie o różnych światopoglądach i orientacjach, szczerze szukający prawdy" podkreśli ks. Andrzej Luter, pisząc o towarzystwie zgromadzonym przez duchownego.

 

Na czym polegał jego sekret? Może po prostu na tym, jak pojmował chrześcijaństwo. Nie jako masowy ruch, który oddawałby się w ręce jakiejś ideologii czy polityce, bo "wtedy nie można apostołować", co mówił w 1927 roku. To także nie indywidualne czy zbiorowe marsze do Boga albo "abstrakcyjne wykuwanie duszpasterskich programów" napisze Frankiewicz. Korniłowicz przez chrześcijaństwo rozumiał widzenie w każdym osoby. Jak choćby wtedy, gdy mówił, że miarą naszej wiary jest "jeśli nasz stosunek do każdego człowieka, nawet najgorszego, najbardziej jak gdyby wynaturzonego, będzie taki, że dojrzymy w nim to, czego może w tej chwili tam nie ma, ale co może się obudzić, zaistnieć: podobieństwo z Bogiem, obraz Boży".

 

Karol Kleczka - redaktor i publicysta DEON.pl, doktorant filozofii na UJ, współpracuje z Magazynem Kontakt, pisze również w "Tygodniku Powszechnym". Prowadzi bloga Notes publiczny