Bóg nienawidzi rozwodów, nie rozwodników

America Magazine Patty Breen
data12.08.2017 15:00

(fot. shutterstock.com)

Kiedyś myślałam, że tylko tak zwani "letni katolicy" się rozwodzą. Że rozwód jest dla tych mężczyzn i kobiet, którzy nie próbowali wystarczająco intensywnie lub nie modlili się wystarczająco wytrwale, kiedy byli w małżeństwie.

 

Kiedyś myślałam, że osoby, które biorą rozwód, myślą o nim jako o łatwym i szybkim sposobie na ucieczkę od czegoś, z czego chcą się wyplątać.

 

A potem przyszło prawdziwe życie. Stałam się jedną z tych osób, które wylądowały w klubie, do którego nikt nie chce należeć - byłam katoliczką, rozwódką i osobą, która otrzymała stwierdzenie nieważności małżeństwa. Stałam się jedną z tych osób, które kiedyś osądzałam.

 

Jednym z największych błędów, jakie popełniłam jako chrześcijanka, było to, że przez lata miałam serce, które osądza oraz samowystarczalne podejście pod tytułem "jestem świętsza od ciebie". Nie poświęcałam czasu na to, aby słuchać innych i poznawać osoby, które miały inne poglądy lub inne życie niż moje. Naturalnie zakładałam, że byłam lepszą katoliczką i osobą postępującą bardziej moralnie niż inni. Patrzyłam na wiarę i moralność w sposób legalistyczny, tak jak robili to faryzeusze. Dlatego przypuszczałam, że nigdy nie będę w tej sytuacji - nigdy nie będę się rozwodzić - i uważałam, że to stawia mnie na szczycie wielkiego rankingu życia duchowego.

 

Wyszłam za mąż w wieku 26 lat - byłam szczęśliwa, naiwna i bardzo niepewna siebie. Myślałam, że jestem bohaterką rodem z idealnej, katolickiej bajki. Poznałam byłego seminarzystę. Szaleńczo się w sobie zakochaliśmy. Okres narzeczeństwa był krótki. Wzięliśmy ślub i wreszcie mogłam zacząć naprawdę przeżywać życie, bo byłam spełniona w małżeństwie.

 

Siedem miesięcy po ślubie mój świat się zawalił. Dowiedziałam się, że mój mąż jest uzależniony od seksu oraz że notorycznie i nieświadomie kłamie. Byłam w szoku. Nie czułam już niczego. Wszystko, w co kiedykolwiek wierzyłam i o czym marzyłam, odkąd byłam małą dziewczynką, odeszło w jednej chwili.

 

Przez następne trzy lata wydałam około 25 tysięcy dolarów na to, aby uratować nasze małżeństwo - na poradnie małżeńskie, sesje intensywnej terapii, spotkania terapii grupowej, a nawet na testy wykrywaczem kłamstw. Jeśli pojawiał się choć cień nadziei na to, że to małżeństwo mogło być uratowane, wykorzystywałam każdą z tych okazji, aby je ocalić.

 

Przez cały ten czas byłam poddawana zarówno przemocy werbalnej, jak i wykorzystywaniu seksualnemu. Byłam manipulowana emocjonalnie. Przez połowę mojego małżeństwa żyliśmy z moim mężem jak brat i siostra, ponieważ mu nie ufałam, a przez to jak agresywnie potrafił się zachowywać, bałam się być z nim w intymny sposób. Nie mogłam nawet wyobrazić sobie tego, że ten mężczyzna mógłby zostać ojcem moich dzieci.

 

W czasie, gdy byliśmy małżeństwem, wyszło na jaw więcej faktów z jego życia. Mój mąż po raz pierwszy miał kontakt z pornografią w wieku 10 lat podczas wspólnych noclegów z kolegami, których nie kontrolowali jego rodzice. Zaczął przejawiać zachowania seksualne już jako chłopiec, a kiedy stał się dorosłym mężczyzną, jego nawyki nie tylko przetrwały, ale jeszcze bardziej się pogłębiały. Wieczorami, kiedy pracowałam do późna w kościele, on na swoim komputerze przeszukiwał Netflix w poszukiwaniu najbardziej seksualnych filmów. Zanim go poznałam, z okazji swoich urodzin chodził z kolegami do klubów ze striptizem. Przez cały okres trwania naszego małżeństwa potrafił wytrzymać bez seksu najwyżej trzy do czterech tygodni.

 

Jako dobra, katolicka dziewczyna, miałam wbite do głowy, że małżeństwo trwa aż do śmierci. Rozwód nigdy nie jest wyjściem. Ale w pewnym momencie zorientowałam się, że znalazłam się w moim własnym piekle na ziemi. Byłam zła na Boga i na kościół. Jakim cudem mi się to przydarzyło? Dlaczego Bóg, którego tak kochałam i któremu służyłam, chciał, abym pozostawała w takim związku? Czułam się odizolowana, samotna i sfrustrowana, ponieważ Kościół miał bardzo niewielkie - a raczej nie miał żadnych środków - do tego, aby mi pomóc wyrwać się z tego koszmaru.

 

Przejście przez rozwód i uzyskanie orzeczenia nieważności małżeństwa dla mnie jako młodej katoliczki było doświadczeniem otwierającym oczy. Zdałam sobie sprawę z tego, że rozwód i orzeczenie o nieważności to dwie rzeczy, które zarówno katolicy, jak i nie-katolicy rozumieją zupełnie opacznie. Często Kościół nie oferuje wystarczającego wsparcia, materiałów i grup terapeutycznych dla osób, które trwają w trudnych małżeństwach.

 

Wzięcie rozwodu nie oznacza, że nigdy nie było się zamężną czy żonatym lub że dzieci, które masz, są nieślubne. Orzeczenie o nieważności małżeństwa nie jest katolicką wersją rozwodu. Jest stwierdzeniem przez kościół, że to, co uznawało się za ważny, sakramentalny związek, nim nie jest. Jeśli spojrzeć na to opatrznościowo, przeszłam przez proces orzeczania nieważności małżeństwa w trakcie trwania Roku Miłosierdzia ogłoszonego przez papieża Franciszka. Byłam emocjonalnie i duchowo wykończona, ale pod wieloma względami udało się mnie uleczyć. Nie zdawałam sobie sprawy, że mam jeszcze tyle do nauczenia się o miłosierdziu, łasce i prawdziwym przebaczeniu.

 

Rozwód nie sprawia, że jesteś gorszym człowiekiem, ponieważ twoje małżeństwo się nie udało albo nie mogło zostać uratowane. Rozwód nie oznacza, że poniosłeś porażkę lub się poddałeś. Oznacza tylko tyle, że jesteś człowiekiem. A my, ludzie, jesteśmy istotami upadłymi, rozbitymi i niedoskonałymi. Jestem rozbita tak samo jak mój były mąż.

 

Papież o tym, że "Amoris Laetitia" dopuszcza Komunię dla rozwodników >>

 

Kiedy patrzę wstecz, widzę o wiele wyraźniej moje własne problemy emocjonalne i rozbicie, które wciągnęłam za sobą do tego małżeństwa - wszystkie te problemy, z których wcześniej nie zdawałam sobie sprawy: byłam potwornie zależna, emocjonalnie zakompleksiona, ciągle wymagałam uwagi, manipulowałam innymi i próbowałam wszystko kontrolować. Kiedy byłam jeszcze mężatką, zaczęłam stawiać czoła moim własnym demonom podczas spotkań w poradni małżeńskiej. I nawet teraz, kiedy moje małżeństwo się skończyło, wciąż ciężko pracuję nad tym, aby być uczciwą względem samej siebie tak, abym mogła się rozwijać, a nie tylko przetrwać, jak to często robiłam przed rozwodem.

 

Miałam ogromne szczęście i jestem niesamowicie wdzięczna za wsparcie, które okazała mi moja najbliższa rodzina, dobrzy przyjaciele i zaufani księża. Jednym z kluczowych spotkań, które odbyłam w tamtym czasie, było spotkanie z księdzem z naszego seminarium. Poszłam się z nim spotkać, szukając perspektywy kogoś z zewnątrz i dobrej porady. Usiadłam naprzeciwko tego szlachetnego, świętego człowieka, płacząc i powtarzając w kółko, że nie wiem, co mam robić. On tylko siedział i słuchał, i pozwolił mi wyrzucić z siebie cały żal, ból i wszystkie emocjonalne reakcje.

 

W końcu nachylił się do mnie i powiedział: "Patty, Bóg nienawidzi rozwodu. Ale to nie znaczy, że nienawidzi rozwodników. Jest pewna nadzieja, ale nie możesz być głupia. Musisz postąpić mądrze i rozsądnie spojrzeć na to, jaka jest rzeczywistość". Dopiero pięć miesięcy później zdecydowałam się odejść od mojego męża i wrócić do domu moich rodziców, ale słowa duszpasterskiego współczucia, które wypowiedział tamten ksiądz zostały ze mną aż do teraz. Odtąd stały się moim okrzykiem wojennym. Teraz intensywnie przyglądam się tej naglącej potrzebie w Kościele katolickim, aby zabrać się do roboty i okazać więcej wsparcia dla osób w trudnych małżeństwach oraz osobom rozwiedzionym.

 

Widzę tę potrzebę w Kościele i staram się słuchać głosu Ducha Świętego, aby rozeznać, w jaki sposób mogę pomóc wypełnić tę lukę w duszpasterskiej trosce o wiernych. Chcę, aby mój kościół mówił głośno i otwarcie o bólu spowodowanym przez uzależnienie od seksu. Chcę słyszeć księży, którzy głoszą z ambony, że pornografia jest złem. Chcę więcej niż tylko krótki list pasterski od biskupów odczytany przy jakiejś okazji. Chcę, aby kościół wstawiał się za rodzinami także w kwestiach wykraczających poza sprawy ochrony życia i małżeństw osób tej samej płci. Małżeństwa katolickie wymierają i potrzebują pomocy oraz duszpasterskiej troski.

 

Ja jestem tylko jedna. Ale Duch Boży zapalił jasne światło w moim sercu, aby wstawiać się za tymi, którzy wzywają kościół, aby mówił o rzeczywistości, która powoduje tyle cierpienia w życiu jego członków. Wciąż się tego uczę i modlę się za to, jak to będzie wyglądało w moim własnym życiu i osobistej służbie. Nasz Bóg gorąco troszczy się o osoby ze złamanym sercem i o osoby rozwiedzione. Ponieważ kiedy dzieci Boże ciepią z jakiegokolwiek powodu, ich Ojcu leży to głęboko na sercu.

 

Tak, Bóg nienawidzi rozwodu. Ale z pewnością nie nienawidzi rozwodników. Tak naprawdę Bóg nas kocha, kocha każdego z osobna miłością, która przewyższa wszystko.

 

 

Tekst ukazał się na stronie portalu America Magazine